Dreamfall: the longest journey - recenzja

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Adam_OK
Moderator
Posty: 2801
Rejestracja: 24 lutego 2013, 10:28
Lokalizacja: Ząbki koło Warszawy
Podziękował(a): 62 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 37 razy
Płeć:

Dreamfall: the longest journey - recenzja

Post autor: Adam_OK » 14 czerwca 2020, 16:03

Obrazek

Czasami twórcy gier maja pewien nietypowy problem. Polega on na tym, że ich dzieło jest bardzo udane i zostało ono odpowiednio docenione zarówno przez branżę (np. przez recenzentów czy przez różne nagrody typu „Gra Roku”), jak i odbiorców, którzy kupili bardzo dużo jego kopii (co oznacza sukces finansowy), a to oznacza, że pojawia się presja na powstanie sequela. To jednak nie wszystko, bo jak dotąd opisany „kłopot” chcą mieć twórcy wszystkich gier. Jeśli jednak fabuła tego świetnego tytułu jest dziełem zamkniętym, to co wtedy? Jest niby kilka opcji – stworzenie nowej historii opowiadającej wcześniejsze losy znanych i lubianych bohaterów lub też osadzenie jej przynajmniej kilka lat po wydarzeniach z poprzednika. Czemu o tym piszę? Powód jest prosty – ta sytuacja pasuje do gry, którą zrecenzuję w tym tekście.

„Dreamfall” jest bowiem kontynuacją świetnej przygodówki z końcówki poprzedniego stulecia - „Najdłuższej Podróży”. Główną bohaterką była April Ryan, która była Skoczkiem, czyli kimś, kito potrafił przemieszczać się między dwoma równoległymi światami. Tyle, że jej historia była kompletna – zadanie, jakie przed nią stało zakończyło się sukcesem i wszystko wróciło do normy. Czy więc w opisywanej tu produkcji poznamy jej dalsze losy? Teoretycznie tak, bo April przewija się w tej opowieści, ale pierwsze skrzypce gra tu ktoś inny – niejaka Zoë Castillo. Mieszka ona w Casablance razem ze swoim ojcem. Za sprawą swego przyjaciela, niejakiego Rezy, wplątuje się w niezłą aferę. Oczywiście, wszystko zaczyna się dosyć niewinnie, ale po pewnym czasie akcja znów przeniesie się do świata pełnego magii – Arkadii, do miasta Markuria. Oczywiście, nie będę tutaj teraz zdradzał dokładnie całej fabuły, choć zapewne wielu z was ją zna. Dla tych, którzy jeszcze nie mieli okazji zapoznać się z nią powiem jeszcze tylko, że oprócz Zoë i April ważną rolę (na tyle istotną, że czasowo przejmiemy nad nim kontrolę) odegra niejaki Kian Alvane. Kim on jest, oraz czy i jak splotą się losy wspomnianej trójki, to tego nie zdradzę. To po prostu trzeba zobaczyć samemu, bo nie da się przejść obok tego obojętnie. Zachęcam do tego tym bardziej, że to naprawdę ciekawa historia, która przykuwa do monitora bardziej niż jeszcze (względnie) niedawno łańcuch psa do budy w typowym gospodarstwie na typowej, polskiej wsi. Co więcej, jest to naprawdę długa opowieść (na kilkanaście godzin), więc wszyscy powinni być zadowoleni. W końcu skoro jest czegoś dużo i to coś jest dobre, to na co tu narzekać? :P

Obrazek

Na pewno nie ma co marudzić w kwestii zagadek. OK, może małe sprostowanie – nie ma co ZBYTNIO marudzić, bo pewne powody do posłania kilku „ciepłych” słów są. Chodzi przede wszystkim o elementy czasowo – zręcznościowe. Jest ich dosyć sporo, ale nie są one aż tak trudne, by osoba nie posiadająca nadzwyczajnej zręczności albo dwudziestu palców u rąk z nimi sobie nie poradziła. Ja osobiście nie pamiętam, by któryś z tych elementów sprawił mi jakieś większe problemy, a trzeba zaznaczyć, że wśród nich była walka. Oprócz niej były też bardziej „tradycyjne” zadania, zarówno te inwentarzowe, jak i nie. Były one dosyć proste, ale fajne. Co prawda, wśród zagadek „puzzlowatych” było kilka wariacji tego samego zagadnienia. Z jednej strony oznacza to, że twórcy poszli nieco na łatwiznę, ale z drugiej – skoro było to fajne, to czemu nie? Zadanie to było wariacją na temat gry „memo”, choć na czas. Z jednej strony trochę to utrudniało zadanie, z drugiej – było to uzasadnione fabularnie, więc można to było uznać za urozmaicenie tej zagadki. Jeśli chodzi o łamigłówki przedmiotowe to nie są one trudne, bo najczęściej zawartość naszych kieszeni używamy zgodnie z ich przeznaczeniem. Ponadto, w naszym ekwipunku nie nosimy nie wiadomo ile „klamotów”, więc w ostateczności zawsze zostaje opcja używania wszystkiego na wszystkim. W sumie ten element rozgrywki ma pewne mankamenty, ale wbrew pozorom nie są one aż tak duże, by znacząco obniżyć końcową ocenę tej gry.

O ile zagadkowo „Dreamfall” nie wszystkim przypadnie do gustu, o tyle graficznie powinien on spodobać się znacznie większej ilości osób. Pomimo kilkunastu lat na karku dalej mogą się podobać modele postaci (ach ta Zoë w krótkim topie i majteczkach :P ) czy też lokacje. Te ostatnie są bardzo różnorodne, bo mamy i słoneczną Casablancę, i Markurię ze swoją średniowieczno – fantastyczną zabudową i wiele innych miejscówek. Jedne odwiedzamy za dnia, inne w nocy. Jedne mają kolorystykę kojarzącą się z wakacjami, plażą i drinkami z palemką, a inne – z wytworami wyobraźni ludzi chorych psychicznie. Wszystkie łączy jedno – są naprawdę ładne i klimatyczne. Co tu dużo mówić – graficy spisali się naprawdę świetnie!
Muzycznie i dźwiękowo też dobrze. O odgłosach za wiele rozpisywał się nie będę, bo po prostu brzmią tak, jak powinny. Za to ścieżka dźwiękowa to prawdziwy majstersztyk. Kawałki są zróżnicowane pod względem poziomu głośności czy tempa, ale każdy z nich jest bardzo dobrze dobrany do chwili, w której wybrzmiewa. To zgranie z fabułą oraz klimatyczność muzyki jest naprawdę bardzo duże. Myślę, że soundtrack z tego tytułu mógłby być równie dobrze zrobiony na potrzeby filmu, i to nie byle jakiego, ale dosyć dużej, hollywoodzkiej produkcji. Jako, że ciężko jest oddać w tekście wrażenia słuchowe, tak więc powiem wam, że jeśli jeszcze w „Dreamfalla” nie zagraliście, to zróbcie to (także) dla muzyki – a jeśli już tę grę znacie, to odświeżcie ją sobie, albo chociaż włączcie tę ścieżkę dźwiękową na YT i delektujcie się nią, bo to bardzo smakowite danie.

Obrazek

Jak zapewne zauważyliście, w poprzednim akapicie nie wspomniałem nic o dubbingu. Zrobiłem to celowo, bo jest to jeden z ostatnich tytułów z pełną polską wersją językową. Możemy więc ponownie, choć w mniejszych rolach niż poprzednio, usłyszeć Edytę Olszówkę i Jarosława Boberka. Oprócz nich usłyszymy też Agnieszkę Grochowską, Mirosława Zbrojewicza czy Brygidę Turowską. Wszyscy oni oraz inni aktorzy głosowi spisali się bardzo dobrze, co znacznie uprzyjemnia czas spędzony z tym tytułem. Wpływ na to ma też udane tłumaczenie różnego rodzaju tekstów i napisów. Tu też jest w porządku, bo nie przypominam sobie większych wpadek np. ortograficznych. Po prostu solidna robota i tyle.

A czy tak samo jest ze sterowaniem? Wiem,że niejedna osoba strasznie na nie narzekała, ale ja się do nich nie zaliczam. OK, może nie należy ono do najwygodniejszych i najbardziej intuicyjnych w porównaniu do tego, co było w innych przygodówkach, ale i tak najtrudniej nie jest. Może dlatego, ze nie jestem zatwardziałym „fanem” myszki i nie potępiam w czambuł używania klawiatury do kierowania postacią, a z tym tutaj mamy do czynienia (poruszanie się za pomocą strzałek lub kombinacji WSAD). Trochę niewygodne jest korzystanie z zawartości naszego ekwipunku, zwłaszcza w kwestii łączenia przedmiotów, ale da się do tego przyzwyczaić. Oczywiście, to jest tylko i wyłącznie moje zdanie i każdy ma prawo się z nim nie zgadzać ;P

Obrazek

A jakie jest moje zdanie odnośnie całości tej gry? Generalnie pozytywne, i to bardzo. Wciągająca fabuła, świetna oprawa audio – wizualna oraz polonizacja na wysokim poziomie to jej główne atuty. Jedyne moje zastrzeżenie jest takie, że mogłoby być nieco mniej zręcznościówek, a nieco więcej klasycznych zagadek logicznych. Polecam tę grę każdemu, zwłaszcza fanom poprzedniej części. Jeśli więc należysz do osób, które jeszcze nie zagrały w tę produkcję, to czym prędzej nadrób tę zaległość, bo po prostu warto.

OCENA GRY: 9/10

ZALETY:

+ fabuła
+ grafika
+ muzyka
+ polonizacja
+ generalnie zagadki
+ mimo wszystko sterowanie

WADY:

- za dużo czasówek i zręcznościówek

Obrazek
Czasem trzeba się cofnąć, aby móc pójść dalej.
Moja lista gier ukończonych
W sprawach forum i www piszcie: adam_ok(at)przygodomania.pl

ODPOWIEDZ

Wróć do „Dreamfall: the longest journey”