Tesla effect: a Tex Murphy adventure - recenzja

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Adam_OK
Moderator
Posty: 2790
Rejestracja: 24 lutego 2013, 10:28
Lokalizacja: Ząbki koło Warszawy
Podziękował(a): 62 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 37 razy
Płeć:

Tesla effect: a Tex Murphy adventure - recenzja

Post autor: Adam_OK » 10 maja 2020, 21:54

Obrazek

W świecie gier komputerowych nieraz się zdarzało, że kolejne części serii dzieliło kilka(naście) lat. Tak było choćby z „Diablo”, gdzie odstęp czasowy między pojawieniem się części drugiej i trzeciej wynosił lat dwanaście. W serii „Fallout” różnica między grami opatrzonymi tymi samymi numerkami to lat dziesięć, a w przypadku „Duke Nukem” między odsłonami „3D” a „Forever” minęło piętnaście lat. W naszym ulubionym gatunku coś podobnego też miało miejsce i tu zamierzam opisać grę, która wyszła szesnaście lat po swym poprzedniku.

Mowa oczywiście o szóstej odsłonie przygód Texa Murphy'ego, czyli o „Tesla Effect”, które zadebiutowało w 2014 i kontynuowało wątki rozpoczęte w „Overseerze” w 1998 roku. Chcąc nie chcąc muszę nieco zaspoilerować finał piątej części serii, bo jest on punktem wyjścia do fabuły w recenzowanym tu tytule. Wówczas to, Tex wracając z randki z jego ukochaną Chelsee z powodu problemów ze ścigaczem detektywa (dokładnie chodzi o to, że go ktoś ukradł) korzystają z podwózki, jaka zaoferował im pewien nieznajomy. Kończy się to dla nich bardzo źle, bo ów „dobry Samarytanin” aplikuje im po dawce środka usypiającego. Co się działo później, tego już „Overseer” nie zdradził, podobnie jak początek „Tesla Effect”, gdyż historia w tym ostatnim zaczyna się siedem lat później. Mamy tu klasyczny przykład na zastosowanie doktryny Alfreda Hitchcocka o trzęsieniu ziemi na starcie i wzroście poziomu emocji w dalszej części. Widzimy bowiem, jak do biura Texa wchodzi kilku, niekoniecznie miłych, panów. Po krótkiej wymianie „uprzejmości” Tex ląduje na podłodze z rozbitą głową i (jak się okaże nieco później) amnezją, zwłaszcza odnośnie tego, co się działo z nim w ciągu ostatnich... siedmiu lat (tak, tak, amnezja naszego bohatera obejmuje dokładnie okres między wydarzeniami z „piątki” i „szóstki”). Trzeba więc wyjaśnić, co się działo przez ten czas, zarówno w odniesieniu do samego Texa, jak i jego ukochanej Chelsee. W bonusie :P detektyw Murphy zostanie wplątany w kolejną intrygę, gdyż dziwnym „zbiegiem okoliczności” wokół niego kilka osób pożegna się ze swoim życiem, a dla miejscowej policji nasz bohater to idealny główny podejrzany. Trzeba więc wziąć się do roboty, bo jest jej całkiem sporo do wykonania. Mnie dojście do napisów końcowych zajęło około dwunastu godzin, co jest wynikiem wręcz doskonałym, jak na współczesne produkcje. No dobrze, o kwestiach ilościowych już napisałem, a jak to jest z jakością? Według mnie, tu również jest bardzo dobrze – historia tu opowiedziana (podzielona na dwanaście dni, z czego ostatni to w zasadzie jedynie outro) jest naprawdę wciągająca i intrygująca. Praktycznie odkąd po raz pierwszy uruchomiłem tę grę, to ciężko było mi się z nią rozstać i zwykle następowało to w późnych godzinach nocnych.

Obrazek

Spory udział w tym miały zagadki. Raz,że było ich naprawdę dużo, a dwa, że pierwsza część tego zdania tyczy się zarówno zadań ekwipunkowych, jak i nieprzedmiotowych. Wszystkie są logiczne i da się je rozwiązać własnymi siłami, choć w przypadku działań związanych z korzystaniem z zasobów nagromadzonych w kieszeniach denerwować może nieco fakt nieco dziwnego ich łączenia ze sobą. Przygodomaniacy są przyzwyczajeni do tego, że aktualnie wystarczy przeciągnąć jeden przedmiot na drugi by uzyskać ich kombinację. Tutaj trzeba „włożyć” je do specjalnych okienek i jeśli uczynimy to poprawnie, to powstanie z nich jedna rzecz. To jednak drobiazg, na który dość szybko przestałem zwracać uwagę. Waszą skieruję teraz na łamigłówki „puzzlowate”, bo jest na co. Co prawda są one dosyć klasyczne, ale często nie są tak sztampowe, jak to znamy z innych gier. Przykładem może być tu slider, który nie jest układanką na planie kwadratu, a prostokąta (dwa rzędy i pięć kolumn). Do tego było m.in. regulacja zaworami w taki sposób, aby w pięciu rurach był ten sam poziom wody; zagadka z przesyłaniem sygnału z satelity do odpowiedniej anteny; ustawianie regulacji chłodzenia reaktora; trójkąt i kwadrat magiczny i wiele innych. Wszystkie naprawdę ciekawe i dające sporo satysfakcji z samodzielnego ich rozwiązania. Niestety, w tej beczce miodu jest łyżka dziegciu. Chodzi mi o elementy czasowo – zręcznościowe, których spotkamy przynajmniej kilka. O ile mowa o pewnej skradance czy o zręcznościówce w korytarzu z laserami, to najgorzej nie jest. Wynika to z faktu, że w tej pierwszej jeśli uda nam się schować w pewnym pomieszczeniu nawet tuż przed nosem osoby, której trzeba unikać, to i tak nic złego nam się nie stanie, więc ten etap aż taki trudny nie jest. W przypadku wspomnianego korytarza też najgorzej nie jest, bo choć te lasery się ruszają, a kontakt z jednym z nich kończy się śmiercią, to nie jest on bardzo długi i da się przejść ten fragment biegnąc „na rympał” jedynie pod koniec lekko korygując kierunek biegu. To wszystko nic przy ostatniej zagadce. Polega ona na tym, że musimy na trzech oscyloskopach ustawić trzy fale o odpowiednich parametrach. Pomiędzy oscyloskopami przełączamy się klikając odpowiednie pokrętło. Gdy ustawimy poprawnie te trzy fale zapala się jedno światełko i znów trzeba ustawić kolejne trzy fale, a po nich kolejne trzy. Gdy to wykonamy to mamy zaliczone... pół zadania, bo po krótkim przerywniku filmowym należy ustawić kolejne trzy zestawy po trzy fale. Ktoś spyta – i co w tym trudnego, wystarczy pokręcić nieco gałkami i tyle. Byłaby to prawda, gdyby nie jeden fakt – to wszystko należy wykonać w pewnym, bardzo ograniczonym czasie, a nie zmieszczenie się w nim oznacza wyświetlenie animacji z eksplozją... całej Ziemi :P O ile dobrze sprawdziłem, to limit na pierwszą połowę zadania wynosi półtorej minuty, a na drugą część – dwie minuty i wbrew pozorom to wcale nie jest dużo. Dobrze chociaż, że autozapis uruchamia się praktycznie po każdym, nawet najmniejszym postępie fabuły, więc porażka podczas drugiej połowy finałowej czasówki nie oznacza konieczności powtarzania jej pierwszej odsłony. No dobrze, a może dałoby się to pominąć? I tak, i nie. Tak – taką opcję przewidzieli twórcy. Nie – na początku gry wybiera się jeden z dwóch poziomów trudności. Decydując się na ten wyższy (jak ja) automatycznie wyłączamy taką możliwość i wszystkie łamigłówki itp. trzeba przejść samemu. Ja z tą ostatnią się trochę użerałem, ale gdy się w końcu udało (tę drugą część pokonałem za około dziesiątym podejściem), to poczułem wielką ulgę i satysfakcję. Warto było, choć niestety to wszystko znajdzie swe odbicie w ocenie końcowej gry.

Obrazek

Wizualnie mamy do czynienia z tym, co znamy trzech wcześniejszych części, czyli zastosowano tu technikę FMV. Oznacza to, że wszystkie postacie są odgrywane przez aktorów, którzy nagrali swe sceny na tle bluescreena, a tło i wszystkie obiekty wykonane za pomocą grafiki 3D dodano później. Te ostatnie wyglądają naprawdę dobrze. Z jednej strony poruszając się po Alei Chandlera czułem się jak w domu, bo wszystko wyglądało tak, jak wcześniej. Z drugiej widać było te kilkanaście lat, gdyż piksele nie były po oczach. Widać było, że graficy naprawdę przyłożyli się do swojej pracy, bo zarówno lokacje, jak i różne elementy je wypełniające wyglądały jak prawdziwe. Jeśli zaś chodzi o postacie, to miło było zobaczyć po raz kolejny znajome twarze, włącznie z Chrisem Jonesem w roli Texa. Oczywiście pojawiły się i nowe osobistości, wśród nich niemały wianuszek pań, które starają się o względy detektywa Murphy'ego. Każda postać jest inna, także pod względem charakterologicznym. Spora w tym zasługa aktorów odgrywających ich role, bo wywiązali się oni naprawdę dobrze z postawionego przed nimi zadania. Podobały mi się również cut – scenki, które były bardzo klimatyczne. Naprawdę trudno mi się przyczepić do jakiegokolwiek aspektu związanego ze stroną wizualną tej produkcji.

Do oprawy audio też zastrzeżeń nie mam. Bardzo miło było znowu usłyszeć znajome głosy, które brzmią dokładnie tak, jak je zapamiętałem z poprzednich części. Jeśli do tego dodamy różnego rodzaju dźwięki czy odgłosy otoczenia, które brzmią właściwie oraz muzykę potrafiącą wzmocnić wrażenia wizualne, to mamy komplet :P . Może kawałki przygrywające w tle nie zapadają na długo w pamięć, może soundtrack z tej gry nie jest dziełem życia jego twórcy, ale spełnia swą podstawową rolę, jaką jest umilanie rozgrywki. I o to chodziło :)

Czas na kilka słów o sterowaniu. Można powiedzieć o nim, że niczym nadzwyczajnym się ono nie wyróżnia, bo do poruszania się używamy klawiatury, a do całej reszty – myszy. Jest to bardzo wygodne i praktyczne i nikt nie powinien mieć problemu z jego opanowaniem. Jedyna rzecz, jaka mnie nieco denerwowała to wspomniane wcześniej łączenie przedmiotów, ale jak pisałem wyżej, dało się do tego przyzwyczaić. Poza tym wszystko było w porządku.

Obrazek

Recenzowana tu produkcja była pierwszą z serii, w którą zagrałem po polsku. Co prawda, w poprzednim akapicie wspomniałem o znajomych głosach, co oznacza że postacie mówią tu, tak jak wcześniej, po angielsku. Cała reszta, czyli napisy jest jednak w naszym rodzimym języku. Od razu zaznaczę, że ta polonizacja jest nieoficjalna, a zrobili ją fani. Wyszła ona naprawdę dobrze, choć do ideału nieco zabrakło. Przede wszystkim nie przetłumaczono tytułów rozdziałów (poszczególnych dni), choć zakładam, że stało się tak raczej w wyniku kłopotów technicznych niż w efekcie przeoczenia. Poza tym były pojedyncze przypadki, takie jak w domku na plaży, gdzie obok wejścia do ukrytego pokoju była pewna lampka. Po kliknięciu na nią Tex wygłasza komentarz, ale jego polskiej wersji nie ma. To jednak drobiazg, bo generalnie twórcy rodzimej lokalizacji spisali się dobrze. Dzięki nim przyjemność płynąca z obcowania z tym tytułem była jeszcze większa.

„Tesla Effect” to bardzo dobra gra. Polecam ją wszystkim miłośnikom gatunku i nie tylko, choć najwięcej radości z grania będą mieli ci, co znają wcześniejsze odsłony serii, bo w tym tytule jest sporo nawiązań do nich. Świetna fabuła, bardzo dobre zagadki oraz oprawa stojąca na wysokim poziomie to jej główne atuty. Zagrajcie, bo naprawdę warto!

OCENA GRY: 9/10

ZALETY:

+ fabuła
+ zagadki
+ oprawa wizualna
+ muzyka i dźwięki
+ polonizacja
+ sterowanie
+ nawiązania do poprzedników

WADY:

- zręcznościówki i czasówki, zwłaszcza finałowa

Obrazek
Czasem trzeba się cofnąć, aby móc pójść dalej.
Moja lista gier ukończonych
W sprawach forum i www piszcie: adam_ok(at)przygodomania.pl

ODPOWIEDZ

Wróć do „Tesla effect: a Tex Murphy adventure”