Under a killing Moon - recenzja

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Adam_OK
Moderator
Posty: 2828
Rejestracja: 24 lutego 2013, 10:28
Lokalizacja: Ząbki koło Warszawy
Podziękował(a): 63 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 37 razy
Płeć:

Under a killing Moon - recenzja

Post autor: Adam_OK » 12 marca 2017, 12:55

Obrazek

Jak do tej pory seria gier o przygodach detektywa Texa Murphy'ego nie rzuciła mnie na kolana. Choć druga część była sporo lepsza od poprzednika, to do ideału trochę jej zabrakło. Gdy więc zacząłem część trzecią zastanawiałem się, czy panów z Access Software było stać na coś lepszego, czy nie. Odpowiedź na to pytanie znajdziecie w tym tekście.

Rzecz dzieje się kilka lat po wydarzeniach z „Martian Memorandum”. Tex jest już po rozwodzie z Sylvią i to chyba jedyna dobra rzecz, jaka mu się przytrafiła, bo swoje małżeństwo porównywał do piekła. Zawodowo zaś jest jedna wielka posucha, więc gdy tylko usłyszał, że na pobliski lombard został obrabowany, to z braku lepszego zajęcia postanowił wziąć tę sprawę. Wkrótce potem otrzymał poważniejsze zlecenie – odnalezienie pewnej kryształowej statuetki, która ma sporą wartość sentymentalną dla jej właścicielki, którą jest pewna hrabina. Tex (a tym samym gracz) przyjmując tę robotę nie wie, że stawka jest o wiele większa niż tylko jakaś figurka, bo gra toczy się o przyszłość całej ludzkości. Czy uda się ją ocalić i pokrzyżować szyki „tym złym”? Kim tak naprawdę jest nasza zleceniodawczyni? I kto stoi za spiskiem zagrażającym życiu na naszej planecie? O tym wszystkim lepiej przekonać się samemu uruchamiając tę grę. A warto, bo fabuła jest naprawdę dobra, ciekawa i nie daje o sobie zapomnieć. Jest to jeden z tych tytułów, gdy wciskając przycisk „exit” jest się ciekawym, co będzie dalej. Gra naprawdę wciąga, a czas przy niej mija bardzo szybko. Po jej ukończeniu byłem przekonany, że zajęła mi ona około 7-8 godzin, czyli tyle, ile poświęciłem na poprzednią odsłonę serii. Gdy więc mój „steamowy” licznik pokazał blisko 12 godzin byłem nieco zdziwiony, bo wcale tego nie odczułem.

Obrazek

Sporo odczuć mam za to odnośnie zagadek. Tradycyjnie zbieramy sporo przedmiotów, a każdy z nich można (nieraz wręcz trzeba) dokładnie zbadać, by móc go potem użyć we właściwym miejscu. Są też zadania nieprzedmiotowe, czyli takie, jakie lubię najbardziej. Najciekawsze z nich jest tuz przed finałem – należy wybudzić pewną osobę wprowadzoną w stan hibernacji. Poza tym mamy też układanie zniszczonych listów w dwóch wersjach – w jednym przypadku został on porwany na nieregularne kawałki, a w drugim – przepuszczony przez niszczarkę na wąskie paseczki. Oprócz tego przyjdzie nam m.in. odczytać tajemniczą wiadomość czy też włamać się do kilku sejfów. Jest też jeden etap, który można nazwać skradankowym – w siedzibie pewnej firmy trzeba uważać na robota ochrony z wielkim okiem, który jeździ po korytarzu, ale czasem zagląda też do pomieszczeń, które się przy nich znajdują. Wbrew pozorom, nie jest to bardzo trudne, bo wspomniany robot do najszybszych nie należy, więc można przed nim uciec np. do jakiegoś pokoju. Gdy zaś przebywamy w jednym z nich, to tuż przed tym, gdy ten mechaniczny cyklop ma do niego wejść gra zatrzymuje akcję, a z głośników wydobywa się komunikat uprzedzający o jego „wizycie”. Dzięki temu można się schować (każde pomieszczenie ma takie miejsce, które może służyć za kryjówkę) lub spróbować uciec do innego pokoju. Jeśliby ktoś miał z tym lub jakimkolwiek innym zadaniem problem, to od czego jest system podpowiedzi? Co prawda, w tej serii nie jest to nowość, bo i w „Martian Memorandum” była możliwość uzyskania wiadomości o najważniejszych miejscach i przedmiotach znajdujących się w danej lokacji, ale tu jest on znacznie bardziej rozbudowany. Gdy więc ktoś się zatnie może skorzystać z pomocy i w każdej ze spraw będących aktualnie „na tapecie” można dostać wskazówkę, co w następnej kolejności wypadałoby uczynić. Niestety, w tej grze, jak i w życiu, nie ma nic za darmo. Tu za podpowiedzi „płaci się” punktami zdobywanymi za postępy w fabule. Już samo wciśnięcie przycisku „hint” zabiera jeden punkt, a każda konkretna wskazówka jest warta punktów cztery. Tyle, że te wskazówki nieraz są strasznie ogólne (np. znajdź klucz od czegośtam) i nie warte swej ceny, więc najlepiej jest zapisać się przed skorzystaniem z porady, a po tej czynności wczytać ostatni zapis i po sprawie – konto punktowe jest nienaruszone, a my wiemy, co przeoczyliśmy i co trzeba robić. A co do punktów – wydaje mi się, że maksymalnie do zdobycia jest ich 1000 (ja ukończyłem grę mając ich 956), a jeśli zaś idzie o punkty za zagadki do mojej oceny końcowej – aż tyle ich nie dam, ale generalnie uważam ten aspekt za bardzo dobry, gdyż zarówno ilość, jak i (przede wszystkim) jakość (zróżnicowanie, poziom trudności, logiczność) łamigłówek stoi na wysokim poziomie. Dobra robota, panowie!

Obrazek

Graficznie tytuł ten w czasie swej premiery stanowił małą rewolucję. Wszystkie postacie były grane przez żywych aktorów, wśród których był m.in. James Earl Jones, który dubbingował Lorda Vadera w „Gwiezdnych Wojnach”. Poza tym środowisko gry jest w pełni trójwymiarowe, dzięki czemu każdy przedmiot można obejrzeć z każdej strony. Możliwe też dzięki temu stało się np. schylanie (po to, by np. podnieść coś z podłogi), zaglądanie w trudno dostępne miejsca (np. pod biurko), kucanie czy wręcz chodzenie na czworakach. I choć w zbliżeniach trudno nie zauważyć bijących po oczach pikseli, to z dalszego planu lokacje czy różne obiekty prezentują się naprawdę dobrze. No i nie można zapomnieć o świetnych przerywnikach filmowych budujących klimat. Nawet dziś, ponad dwadzieścia lat po premierze gry robią one naprawdę dobre wrażenie.

Równie udana jest oprawa audio. Nie mogę się przyczepić tu w zasadzie niczego – bardzo fajna muzyczka przygrywa w tle, wszelkie dźwięki i odgłosy otoczenia brzmią tak, jak powinny, a i głosy aktorów pasują do granych przez nich postaci. Co tu dużo mówić, osoby odpowiedzialne za ten aspekt gry spisały się znakomicie.

Obrazek

Znacznie więcej uwagi poświęcę sterowaniu. Generalnie można powiedzieć, że są dwa tryby rozgrywki, które na potrzeby niniejszego tekstu nazwiemy statycznym i dynamicznym. W tym pierwszym możemy robić w zasadzie wszystko – oglądać przedmioty i ich używać, łączyć je ze sobą, rozwiązywać łamigłówki, przemieszczać się między lokacjami czy też korzystać z podpowiedzi albo z menu głównego. Tryb dynamiczny służy zaś do poruszania się w obrębie danej miejscówki (np. biura Texa) oraz do zmiany kąta patrzenia. Przełączanie się między nimi odbywa się za pomocą spacji, więc dzieje się to szybko i łatwo. Generalnie taki sposób obsługi gry jest dość prosty do opanowania i wygodny, ale początkowo sprawiał mi on nieco kłopotów. Po pierwsze, ciekawe czy ktoś, kto nie miał okazji zapoznać się z tą produkcją zgadnie, co trzeba zrobić, aby Tex gdzieś poszedł? Nie, nie chodzi o kliknięcie myszą, choć za tę czynność odpowiada gryzoń, a dokładniej... ruch tym gryzoniem. Tak, aby przejść do przodu należy przesunąć mysz do góry, a aby się cofnąć – do dołu. Jak więc zmienia się kąt patrzenia? Strzałkami w górę lub w dół. A kucanie/stawanie na palcach? Za to odpowiadają przyciski Ctrl oraz Shift. Przydają się też Tab oraz „E” do centrowania widoku oraz do wyprostowania się. Może trudno niektórym w to uwierzyć, ale da się do tego w miarę szybko przyzwyczaić, mnie to zajęło chyba kilkanaście minut, może ciut więcej, ale z drugiej strony nie da się ukryć, że klasyczne „point and click” jest zdecydowanie wygodniejsze.

Generalnie „Under a Killing Moon” to bardzo udana produkcja, a seria o Texie Murphym (jak do tej pory) jest jednym z niewielu growych cyki, w których każdy kolejny tytuł jest lepszy od poprzedniego. Ta produkcja ma wszystko, czego oczekuje się od dobrej przygodówki – wciągającą fabułę, ciekawe i logiczne zagadki czy dobrą oprawę audio – wizualną. Co prawda można ponarzekać nieco na elementy czasowo – zręcznościowe (za to, że w ogóle są) czy sterowanie, do którego trzeba się przyzwyczaić, ale nie są to wady znacząco wpływające na przyjemność grania. Z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że jest to klasyka gatunku i po prostu nie wypada się z nią nie zapoznać.

OCENA GRY: 8,5/10

ZALETY:

+ interesująca fabuła
+ długi czas rozgrywki
+ ciekawe zagadki
+ świetna oprawa audio – wizualna

WADY:

- niedopracowany system podpowiedzi
- (mimo wszystko) obecność elementów czasówkowo – zręcznościowych
- sterowanie nie tak wygodne, jak tradycyjne „point and click”

Obrazek
Czasem trzeba się cofnąć, aby móc pójść dalej.
Moja lista gier ukończonych
W sprawach forum i www piszcie: adam_ok(at)przygodomania.pl

ODPOWIEDZ

Wróć do „Under a killing Moon”