The night of the rabbit - recenzja

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
vaapku
Administrator
Posty: 901
Rejestracja: 04 stycznia 2012, 08:56
Lokalizacja: Resovia
Podziękował(a): 18 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 10 razy
Płeć:

The night of the rabbit - recenzja

Post autor: vaapku » 23 lutego 2014, 17:06

Obrazek
Moje dotychczasowe doświadczenia z grami od Daedalic Enterntainment nie były szczególnie udane. Zaczęło się od The whispered world. Zachęcona pozytywnymi opiniami innych graczy, sprezentowałam sobie tę przygodówkę na urodziny. I to był błąd, straszny błąd. „Wzruszająca historia o rozczulającym klaunie” okazała się być rozlazłą opowiastką o jeszcze bardziej rozlazłym, użalającym się nad sobą, sepleniącym niedojdzie, obliczoną na wywołanie u odbiorcy konkretnych uczuć. U mnie niestety wywołała jedynie potężne rozczarowanie. Później miałam okazję zagrać w całkiem udane, acz niezapadające w pamięć A new beginning, całkiem niedawno zaś wznosiłam modły o jak najszybsze skończenie się przygód wkurzającego Rufusa. Delikatnie mówiąc, dzieła Daedalica nie kojarzą mi się z niczym wybitnym, więc i do Nocy królika podchodziłam raczej sceptycznie, zwłaszcza że od początku zanosiło się na kolejną grę z „głębokim przesłaniem”.
Głównym bohaterem jest tutaj dwunastoletni Jerzy Orzech, chłopiec wydawałoby się niewyróżniający się spośród innych w jego wieku. A jednak! Jerzyk – cóż za niespodzianka – ma wielkie marzenie: pragnie zostać magiem. I bardzo szybko otworzy się przed nim szansa realizacji tego celu. Oto bowiem na dwa dni przed końcem wakacji zaczynają dziać się dziwne rzeczy. W radiu, zamiast listy przebojów, odzywa się tajemniczy spiker, który zdaje się przemawiać bezpośrednio do naszego bohatera; a w skrzynce na listy jakimś tajemniczym sposobem ląduje intrygująca wiadomość. Jerzyk postępuje zgodnie z otrzymanymi instrukcjami i w rezultacie staje przed nim niejaki markiz De Hoto – tytułowy królik. Pod jego okiem główny bohater przenosi się do Mysiboru, gdzie rozpoczyna szkolenie na maga.
Czymże jest wspomniany Mysibór?To miasteczko, którego centrum znajduje się pod rozłożystym drzewem, zamieszkiwane przez różnoraką drobnicę: jeżyki, myszki, zające, żaby, wiewiórki. Taaa… Bohater z marzeniami, myszki-słodziaczki, do tego niebezpieczeństwo, które zawisło nad okolicą, no i oczywiście tak charakterystyczne dla Daedalica proekologiczne wtręty (są sponsorowani przez Greanpeace, czy jak?). Od początku gry towarzyszyła mi więc obawa, że po raz kolejny przyjdzie mi się męczyć, prowadząc denerwującego głównego bohatera, by zapobiegł jakiejś olbrzymiej, acz mało mnie interesującej katastrofie. A otóż i nie.
Tym razem twórcom udało się nie przegiąć w żadną stronę. Główny bohater jest rezolutny, ale nie bezczelny, nie odpycha swoim zachowaniem jak Rufus z Deponii, ani też nie bierze na litość, jak yyy… Jak zwał się ten flegmowaty klaun z The whispered world? Nie mam również zastrzeżeń do pozostałych postaci występujących w grze – a jest ich naprawdę sporo. Duże wrażenie zrobili na mnie zwłaszcza, o dziwo, mieszkańcy Mysiboru. Mają swoje problemy, prowadzą różne interesy, i każdy obdarzony jest innym charakterem. Jest więc burkliwy zając, zakochana żaba – listonosz, wiewiórka modnisia czy usychająca z tęsknoty mała myszka. Słodko, ale bez przegięcia. Postaci, które spotykamy w trakcie zabawy jest zresztą więcej, a każda z nich wnosi wiele do świata gry. Moim faworytem jest bezsprzecznie złośliwy leprechaun – zawsze miałam do nich słabość :D
Obrazek
Jerzy Orzech i jego mali (choć nie zawsze mili) przyjaciele
A skoro o świecie gry mowa – dwa słowa o nim. Zdecydowanie najwięcej czasu przyjdzie nam poświęcić na zwiedzanie Mysiboru – w jego obrębie znajduje się kilkanaście lokacji – ale zobaczymy również kilka innych miejsc, jak dolina w Irlandii czy japoński ogród. A całość podana w bardzo przyjemnej dla oka oprawie graficznej, wykonanej w pełnym 2D. Wszystko to – młodociany protagonista, małe sierściaste, pierzaste i kolczaste istotki zamieszkujące okolicę, nieco bajkowa grafika i na dopełnienie pasująca do całości oprawa dźwiękowa (mam tu na myśli zarówno przygrywającą w tle muzykę, jak i kapitalny moim zdaniem angielski dubbing) – zdaje się sugerować, że gra niekoniecznie skierowana jest do zaawansowanego wiekiem odbiorcy. Rzeczywiście Night of the rabbit jest jakby interaktywną bajką, której bohaterowie wydają się być wzorowani na przykład na postaciach z jednej z moich ulubionych książek z dzieciństwa – O czym szumią wierzby. Jednak gdyby mnie ktoś spytał o zdanie, sugerowałabym raczej wspólną rodzinną zabawę, gra jest bowiem dość długa i choć nie ma tu właściwie żadnych łamigłówek poza standardowym wykorzystywaniem znalezionych/podprowadzonych/zdobytych w dowolny inny sposób przedmiotów, to nie jestem przekonana, czy najmłodsi dadzą sobie samodzielnie radę z wyzwaniem, jakie stanowi ta przygodówka. Twórcy przygotowali co prawda kilka „ułatwiaczy”, jednak mam wrażenie, że nie do końca spełniają one swoją rolę. Opcja „wskazówkowicz” miała w założeniu pomagać tym, którzy utknęli na jakimś etapie gry i nie wiedzą, co dalej począć. Niestety, zamiast choćby bardzo enigmatycznej podpowiedzi, przewiduje jedynie informację, jakie jest obecnie główne zadanie – bez żadnej sugestii, co zrobić, by je wykonać. Gracz może również skorzystać z ciekawie wymyślonego wyświetlacza hot spotów, jednak i tutaj mam drobne zastrzeżenie. Otóż aby wyświetlić aktywne miejsca, trzeba użyć należącej do Jerzyka magicznej monety z dziurką. Bardzo oryginalny pomysł, sęk w tym, że moneta pełni także drugą funkcję – pokazuje obecność niewidocznych postaci. W trakcie rozgrywki starałam się raczej unikać korzystania z monety, przez co niestety kilkakrotnie przez chwilę nie wiedziałam, co dalej robić – potem okazywało się, że przegapiłam jakąś niewidzialną istotkę.
Z kolei jeśli ktoś, tak jak ja, miał kilkudniową przymusową przerwę od grania, może skorzystać z dziennika, w którym zanotowane są wszystkie ważniejsze wydarzenia oraz obserwacje Jerzyka. Zarówno to, jak i dostępną od pewnego etapu możliwość szybkiego przemieszczania się między lokacjami, uważam za udane, choć przecież nie nowatorskie udogodnienia.
Nie ma tutaj, jak przed momentem napisałam, zagadek, których niektórzy gracze pożądają zawsze w dużej liczbie, jest za to kilka bardzo przyjemnych przerywników, zadań, które niekoniecznie trzeba wykonać, by ukończyć zabawę, ale które stanowią ciekawe urozmaicenie rozgrywki. Przede wszystkim brawa za grę w kwartet. Jest ona dostępna po dojściu do pewnego etapu i od tego momentu w dowolnej chwili (na przykład gdy nie mamy pomysłu, co zrobić, by popchnąć akcję) można zaproponować partyjkę któremuś z mieszkańców Mysiboru. Boli mnie tylko straszliwie, że jak dotąd żaden z wydawców nie wpadł na prosty pomysł dołączenia do pudełka z grą kompletu kart – takie wydanie chętnie sprowadziłabym nawet z Australii.
Warto wspomnieć również o tym, co stanowi właściwie oś rozgrywki, a więc o nauce magii. Dzięki pomocy różnych istot, Jerzyk poznaje pięć czarów, które ułatwiają mu poruszanie się po świecie, do którego trafił, a w konsekwencji (nie zdradzę tu chyba żadnej tajemnicy) umożliwiają mu jego uratowanie. Pomysł jest bardzo udany, choć nie miałabym nic przeciwko, gdyby bohater częściej mógł wykorzystywać nowo zdobyte umiejętności.
Dla poszukiwaczy wyzwań twórcy przygotowali również szereg dodatkowych zadań. Niektóre przypominają te znane z gier typu hidden object – jak choćby szukanie po całej okolicy dobrze zakamuflowanych kropel rosy. Inne wymagają wykonania pewnych czynności określoną liczbę razy, niektóre zaś osiągnięcia odblokowywane są w miarę postępu w rozgrywce. „Nagrody” są w tym przypadku nietypowe, nie zyskujemy bowiem, jak to często bywa, dostępu do szkiców koncepcyjnych czy soundtracka, zamiast tego twórcy przygotowali m.in. kilka opowieści z Mysiboru, przedstawionych w formie audiobooków. Szkoda tylko, że nie zostały one przetłumaczone na nasz język.
Obrazek
[align=center]Partyjka z leprechaunem - sama przyjemność![/align]
Polskiej wersji nie doczekały się audiobooki, reszta gry – i owszem. Na temat spolszczenia można na upartego napisać dwie dobre rzeczy. Po pierwsze – właśnie to, że w ogóle jest. Co prawda dzięki naszym rodzimym wydawcom udało mi się całkiem skutecznie odkurzyć znajomość języka angielskiego, ale miło jest wiedzieć, że jeszcze są tacy, którym chce się włożyć odrobinę wysiłku, byśmy mogli od czasu do czasu zagrać po polsku. Po drugie – tłumaczom udało się stworzyć kilka ciekawych „nowotworów” językowych, które przypadły mi do gustu, choć, stara sklerotyczka, nie potrafię sobie teraz przypomnieć ani jednego. Niestety – doszłam do przekonania, że ktokolwiek odpowiadał za tłumaczenie – nie widział Nocy królika na oczy. Jak bowiem inaczej wytłumaczyć, że wiewiórka, która zresztą została ochrzczona w polskiej wersji jaszczurką, mająca żeńskie imię i odziana w damskie ciuszki, mówi o sobie, używając formy męskiej? Dlaczego drogi prowadzące do poszczególnych miejsc nazywane są uparcie śladami? I co to u licha jest strumień powszedni? Takich cudów wianków jest niestety znacznie więcej. Szkoda, że nikt nie zadał sobie trudu, by zagrać i sprawdzić jakość spolszczenia, zanim udostępniono je graczom.

Długa mi wyszła ta recenzja (zważywszy jaki miałam na początku problem ze skleceniem choćby dwóch zdań), bo i gra, o której piszę, nie należy do najkrótszych. Nie jestem z tych, którzy chwalą się szybkim przechodzeniem każdej przygodówki, raczej robię to w tempie żwawego ślimaka, ale sądzę, że i tym bardziej rozgarniętym przejście Nocy królika zajmie kilkanaście godzin – i nie będą to, jak sądzę, godziny zmarnowane. Choć bowiem na pierwszy rzut oka gra ta może się wydawać piękną, ale nieskomplikowaną bajką, szybko okazuje się, że Jerzyk będzie miał do wykonania Bardzo-Ważną-Misję. Twórcom udało się przemycić do fabuły kilka poważniejszych tematów, na szczęście zrobili to w nienachalny sposób. Dlatego poleciłabym tę grę zarówno rodzicom, którzy szukają jakiejś wartościowej gry, przy której mogliby spędzić trochę czasu ze swoimi pociechami, jak i tym dorosłym, którzy lubią od czasu do czasu wrócić do bezpiecznego świata dzieci.
Zalety:
- fabuła
- oprawa audiowizualna
- bajkowy świat
- gra w kwartet i inne przerywniki
- długość rozgrywki
- bohaterowie

Wady:
- niedopracowany system podpowiedzi
- spolszczenie, które nie otarło się o korektę

Ocena: +8/10
Obrazek

ODPOWIEDZ

Wróć do „Night of the rabbit, The”