The legend of Kyrandia - recenzja

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Adam_OK
Moderator
Posty: 2953
Rejestracja: 24 lutego 2013, 10:28
Lokalizacja: Ząbki koło Warszawy
Podziękował(a): 67 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 40 razy
Płeć:

The legend of Kyrandia - recenzja

Post autor: Adam_OK » 30 sierpnia 2020, 23:08

Obrazek

W połowie lat 90-tych XX-go wieku wśród najwięcej przygodówek produkowały dwa studia – Sierra On – Line oraz Lucas Arts (wcześniej znany jako Lucas Film Games). Jako, ze było to czas, gdy nasz ulubiony gatunek był u szczytu swej popularności, więc i inne firmy też chciały uszczknąć kawałek z tego tortu dla siebie. Udało się to przede wszystkim Revolution Software (za sprawą Beneath a Steel Sky i serii Broken Sword) oraz Westwoodowi. O ich dziele, wydanym w 1992 roku będzie ten tekst.

Na początku obserwujemy pewnego starca imieniem Kallak piszącego list. Okazuje się on dziadkiem naszego bohatera, Brandona, którego losami kierujemy w tym tytule. Z treści listu dowiadujemy się, że pewien błazen imieniem Malcolm uwolnił się ze swego więzienia i planuje zemstę. Tuż po tym, gdy staruszek skończy pisać rzeczony Malcolm zjawia się i zamienia Kallaka w kamień. Gdy Brandon przychodzi w odwiedziny zostaje już tylko posąg, ale od magicznego drzewa dostaje wskazówkę dotyczącą jego dalszych kroków. Udaje się więc do świątyni i tam od kapłanki dowiaduje się, że na początek musi zdobyć pewien amulet, a potem należy odblokować jego cztery moce i z ich pomocą będzie można pokonać złośliwego klauna. Trzeba więc wyruszyć z domu na pełną niebezpieczeństw wyprawę. W jej trakcie Brandon pozna prawdę o sobie, spotka wiele istot (nie tylko ludzi), z których część mu pomoże, ale i tak będzie musiał on strzec się na każdym kroku, bo jeden niewłaściwy ruch może skończyć się śmiercią. Niestety, tak jak i w grach Sierry, tak i tutaj można zginąć lub trafić na tzw. dead end, jeśli nie ma się w inwentarzu właściwego przedmiotu (a jest to wielce prawdopodobne, ale o tym nieco później). Kiedyś na to jedynym lekarstwem było częste robienie zapisów swoich postępów, dziś można także sięgnąć po solucję. I o ile to drugie rozwiązanie często w wielu innych produkcjach odbiera satysfakcję z grania i z samodzielnego rozwiązywania zagadek, co jest złe, tak tutaj przeciwnie – dzięki niej można uniknąć wielu frustracji, co jest dobre. Stosowanie solucji wpływa również na skrócenie czasu zabawy do dwóch, może trzech godzin (bez niej to rozgrywka wydłużyć się może nawet kilkukrotnie), także nim się po nią sięgnie, warto wszystko dokładnie przemyśleć. Oczywiście najlepiej jest zrobić wszystko samemu, ale w przypadku takiej np. jaskini, lepiej wydrukować sobie mapkę, bo inaczej kilka(naście) zgonów jest wręcz gwarantowanych.

Obrazek

OK, ale na czym polega trudność we wspomnianym fragmencie gry? Otóż mamy do pokonania labirynt składający się z bardzo podobnych do siebie pomieszczeń. Jako, że jaskinia to miejsce, do którego światło słoneczne nie dochodzi, więc drogę trzeba sobie rozjaśnić w inny sposób. Służą do tego ogniste jagody, których krzaki znajdziemy co kilka ekranów. Można te owoce albo cały czas ze sobą nosić w ekwipunku pamiętając o ich uzupełnianiu (po przejściu trzech plansz takie jagody nie nadają się już do użytku) albo zrywać po trzy kiście z krzaka i zostawiać po jednym w każdej kolejnej części tej groty. Osobiście polecam drugi wariant, bo dzięki temu problem z ciemnymi zakątkami mamy tylko raz, a cały labirynt pokonujemy kilkukrotnie (zwłaszcza, jeśli czegoś zapomnimy i później trzeba będzie się wracać). Z innych zadań mamy np. zbieranie klejnotów losowo porozrzucanych po okolicznym lesie i nie tylko, a następnie wrzuceniu ich do specjalnej misy w odpowiedniej kolejności. Trudność w tym zadaniu polega na tym, że: a) nie mamy wskazówek jakie klejnoty i w jakiej kolejności należy wrzucić b) musimy włożyć cztery kamienie, które należy wybrać spośród czternastu c) jeśli włożymy zły kamień to on ulegnie spaleniu, więc albo trzeba wtedy wgrać ostatniego sejwa, albo (jeśli nie mamy tego odpowiedniego klejnotu) trzeba znowu udać się na przeszukiwanie okolicy w celu odnalezienia brakującego kamienia szlachetnego. Podobnie jest z miksturami, które trzeba przygotować w późniejszym fragmencie rozgrywki. Gracz (bez solucji) nie wie jakie eliksiry ma sporządzić, z czego je zrobić, w jakich ilościach ma je przygotować, jakie jest ich działanie i jak je ze sobą połączyć, by uzyskać właściwy efekt. Co prawda, jest pewna postać, która mogłaby nam pomóc w tym zakresie, ale akurat tuż przed koniecznością ugotowania tych magicznych napojów sobie poszła. Owszem, ona (to kobieta imieniem Zanthia) wróci, ale dopiero... w drugiej odsłonie serii :P Reszta zagadek jest bardziej „gracz friendly”, choć na sam koniec czeka nas mała i dość prosta czasówka. Jak widać, w elemencie tym było sporo mankamentów, które (szczególnie ponad ćwierć wieku temu) mocno uprzykrzały życie graczom.

Graficznie pierwsza Kyrandia prezentuje się bardzo ładnie i kolorowo. To po prostu baśniowy świat, w którym zapewne wiele osób chciałoby żyć. Piękne plaże, błękitne morze pełne soczystej zieleni lasy, do tego góry, bagna czy jaskinie – różnorodnych krajobrazów tu nie brakuje. Tylko czy aby na pewno różnorodnych? Najwięcej jest tu „terenów zielonych”, ale są one bardzo podobne do siebie; ba niektóre z nich są względem siebie lustrzanymi odbiciami. Krótko mówiąc zastosowano tu coś, co nazywa się „recyklingiem lokacji” - coś, co upraszcza i skraca proces produkcji gry, dzięki czemu jest on też trochę tańszy. Z jakiego powodu tak zrobiono – nie wiem, ale wiem, że można tutaj to wybaczyć. Pomimo wielu lat na karku ten tytuł wygląda naprawdę dobrze, a to najlepsza rekomendacja.

Obrazek

Muzycznie i dźwiękowo też jest wszystko w porządku. Kiedy się człowiek wsłucha w tę oprawę, to robi się znacznie milej i przyjemniej. Wszelkie odgłosy, jakie dobiegają do uszu odbiorcy brzmią również tak, jak należy. Bardzo dobrze ze swej roli wywiązały się osoby podkładające głosy postaci, zwłaszcza Malcolma. Myślę, że tylko po jego kwestiach nawet osoba niewidoma by się zorientowała, że jest to ktoś wredny, złośliwy; ktoś, kto chce nam i wszystkim dookoła uprzykrzyć życie. Z kolei aktor dubbingujący Brandona postarał się, by słychać było przemianę bohatera od naiwnego chłopca do pewnego siebie następcy tronu. Tak więc patrząc na całokształt oprawy audio trudno znaleźć w niej jakieś niedoróbki, co należy pochwalić.

Równie udany jest interfejs. Co prawda, to klasyczny point and click, tyle tylko, że trzeba wziąć tu pod uwagę jeden szczegół. Chodzi oczywiście o rok premiery, gdyż wówczas takie „międzymordzie” nie było jeszcze standardem. Dzięki temu łatwiej z Kyrandią się obcuje i łatwiej się znosi różne inne przeciwności, których podczas rozgrywki nie brakuje.

Obrazek

Ogólnie pierwsza część cyklu „Legend of Kyrandia” to naprawdę dobra gra, zwłaszcza pod względem jakości wykonania. Fabuła jest mało odkrywcza, ale ciekawa i wciągająca. Najgorszy element to zagadki, gdzie albo brakuje podpowiedzi, albo (chcąc zrobić wszystko samemu, bez solucji) trzeba wykazać się ogromną cierpliwością. Mimo tego nie żałuję, że zagrałem w ten tytuł i jeśli ktoś z was jeszcze tego nie zrobił, to niech to zrobi jak najszybciej, pamiętając jedynie o tym, by ewentualnie uzbroić się w mapę jaskini i robienie częstych zapisów.

OCENA GRY: 7/10

ZALETY:

+ fabuła
+ oprawa graficzna (generalnie)
+ warstwa audio
+ interfejs

WADY:

- zagadki bez (wystarczających) podpowiedzi
- recykling lokacji

Obrazek
Czasem trzeba się cofnąć, aby móc pójść dalej.
Moja lista gier ukończonych
W sprawach forum i www piszcie: adam_ok(at)przygodomania.pl

ODPOWIEDZ

Wróć do „Fables & fiends. The legend of Kyrandia book one”