To the Moon - recenzja

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
twig
Przyjaciel forum
Posty: 1558
Rejestracja: 25 lutego 2012, 12:41
Podziękował(a): 21 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 39 razy
Płeć:

To the Moon - recenzja

Post autor: twig » 05 marca 2013, 18:00

Obrazek
To the Moon to pierwsza komercyjna produkcja studia Freebird Games, za którą stoi kanadyjski projektant i kompozytor Kan Gao. Stworzona za pomocą programu RPG Maker XP gra po niewiele ponad roku od swojej premiery doczekała się polskiego wydania. Upływ czasu nie odcisnął na grze swojego piętna z dwóch powodów. Po pierwsze, już w listopadzie 2011 roku To the Moon wyglądem przypominało produkcję żywcem wyrwaną wprost z konsoli SNES, która królowała na rynku elektronicznej rozrywki w latach 90. poprzedniego stulecia. Po drugie, To the Moon to przede wszystkim wzruszająca historia, a te się przecież nie starzeją.
Obrazek
Głównymi bohaterami gry są dr Eva Rosalene i dr Neil Watts, pracownicy Sigmund Agency of Life Generation zajmującej się wszczepianiem fałszywych wspomnień umierającym ludziom. Eva i Neil, dzięki zaawansowanej technice, potrafią przeniknąć do wspomnień swoich klientów. Wyszukują w nich przedmioty wiążące się z istotnymi momentami z ich życia - i skacząc dzięki nim między wspomnieniami - docierają do dzieciństwa. Wszystko po to, aby wprowadzić w tych najwcześniej zapamiętanych momentach subtelne zmiany, które doprowadzą ostatecznie do całkowitej zmiany tego, w jaki sposób klient będzie pamiętał swoje życie, nim umrze. W ten sposób Sigmund Agency of Life Generation spełnia najskrytsze marzenia swoich klientów. Jednym z nich jest John Wyles. Tuż przed przybyciem Evy i Neila do jego domu nad brzegiem morza, John zapada w śpiączkę. Nasi bohaterowie mają tylko dwa dni na przemierzenie jego wspomnień i spełnienie ostatniego życzenia - wysłanie go w podróż na Księżyc.
Obrazek
Wprowadzenie brzmi jak świetny materiał na przygodówkę point'n'click. Niestety zawiodą się ci, którzy sięgając po To the Moon, liczą na zabawę znaną z klasycznych gier przygodowych. Choć na oficjalnej stronie internetowej znajdziemy informację, że gra jest połączeniem przygodówki i RPG, to już sam jej twórca w wywiadach przyznaje, że jest to interaktywna opowieść - i ma rację. Z gatunku gier przygodowych mamy historię stanowiącą dominujący element To the Moon. Szczątkowy ekwipunek i śladowe ilości czegoś, co można by na siłę nazwać zagadkami, nie są nawet warte dłuższego wspomnienia. Z gatunku gier RPG nie ma tu właściwie niczego poza estetycznymi drobiazgami kojarzącymi się z japońskimi RPG-ami. Są one raczej efektem ubocznym wykorzystania RPG Makera w roli silnika gry, niż świadomym zabiegiem twórcy. Interaktywna opowieść wydaje się być więc najlepszym określeniem To the Moon.
Obrazek
Na początku gry miałem wrażenie, że To the Moon będzie zapowiadaną w materiałach marketingowych hybrydą przygodówki i gry RPG. Pojawiły się zadania, w których wykorzystujemy znajdowane przedmioty. Choć trudno określić te zadania mianem zagadek, to dawały nadzieję na to, że będzie to jednak gra przygodowa. Niestety, gdy rozpoczęła się właściwa część gry tocząca się we wspomnieniach Johna, zupełnie znikły nawet te szczątkowe zagadki. Ich miejsce zajęło zbieranie pamiątek, polegające na chodzeniu po planszy oraz klikaniu różnych obiektów, z których wyskakują kolorowe kulki. Po zebraniu pięciu kulek możliwe jest przeskoczenie na nową planszę. Zanim jednak skok będzie możliwy, należy uaktywnić wspomnienie poprzez rozegranie minigry polegającej na odsłonięciu obrazka. Zarówno zbieranie kulek jak i odsłanianie obrazka nie stanowiły dla mnie ciekawego wyzwania. Co gorsze, schemat ten powtarza się przy każdej nowej planszy i po pewnym czasie staje się po prostu nudny. Sytuacji nie poprawia również sterowanie. Przemieszczać naszych bohaterów możemy za pomocą myszki lub klawiatury. Niestety żaden z tych sposobów nie działa idealnie. Sterując klawiszami WSAD, co rusz wpadamy na przeszkody takie jak kępki trawy, meble czy kamienie. Używając myszki, teoretycznie nie powinniśmy mieć problemu - wystarczy kliknąć gdzieś na planszy, aby postacie tam przeszły. W praktyce okazuje się, że nie zawsze poprawnie odnajdują drogę. Do tego jeśli chcemy zbadać jakiś obiekt, to zanim na niego klikniemy, musimy do niego podejść - w przeciwnym razie postacie stoją jak zaklęte i nic się nie dzieje. Sterowanie może się dać we znaki szczególnie pod koniec gry, gdzie pojawia się sekwencja zręcznościowa - atakują nas zombiaki, a my musimy przed nimi uciekać, strzelając w nie roślinami doniczkowymi oraz unikając kolców wyskakujących z podłogi. Co prawda kontakt z zombiakami czy kolcami nie powoduje śmierci bohatera a jedynie cofnięcie o kawałek, to jednak ten fragment może zirytować kogoś, kto przyzwyczajony jest raczej do klasycznych przygodówek.

Oprawa graficzna To the Moon przypomina 16-bitowe gry jRPG z lat 90. Plansze skomponowane są z kolorowych płytek tworzących wypełnione szczegółami obrazy, które obserwujemy z charakterystycznej dla gier jRPG perspektywy. Choć grafika jest uproszczona, a wiele elementów się powtarza, oprawa graficzna może się podobać. Podróżując po wspomnieniach Johna, odwiedzamy wiele ciekawych lokacji - wśród nich jest szkoła, dom z dzieciństwa, jarmark czy ośrodek NASA. Każde z tych miejsc wypełnione jest szczegółami sprawiającymi, że mimo uproszczeń i pewnej schematyczności, patrzy się na nie z przyjemnością. Istotne momenty podkreślane są poprzez zastosowanie specjalnych filtrów, które sprawiają, że obraz traci barwy, pulsuje czerwienią lub przebiegają po nim zakłócenia podobne do telewizyjnego "śnieżenia". Gra wyświetla obraz w rozdzielczości 640x480 pikseli i domyślnie uruchamia się w trybie pełnoekranowym. Na dużym monitorze widok może być nieszczególny. Niestety w grze nie można tego zmienić. Po krótkich poszukiwaniach na internetowych forach udało mi się przełączyć grę w tryb okienkowy skrótem Alt+Enter, więc do wyboru miałem obraz zbyt duży lub zbyt mały. Zdecydowanie zabrakło możliwości ustawienia rozdzielczości gdzieś pomiędzy tymi dwoma ekstremami.
Obrazek
Czytając tę recenzję, można odnieść wrażenie, że To the Moon to kolejna kiepska gra zrobiona na szybkiego w jakimś kreatorze. To wrażenie jest na szczęście mylne, bo nie napisałem jeszcze nic o tym, co w tej grze najlepsze, czyli o fabule i muzyce. To the Moon to emocjonalna opowieść o miłości łączącej na pozór zwykłego mężczyznę i niezwykłą kobietę. Poznajemy życie Johnny'ego, przeżywając je, cofając się w przeszłość aż do dzieciństwa. Każdy skok stawia znane nam już wydarzenia w nowym świetle. Obserwując to, co dzieje się na ekranie, zaczynamy zadawać sobie pytanie o to, co jesteśmy w stanie poświęcić dla spełnienia naszych pragnień. Utożsamiamy się z umierającym bohaterem i zastanawiamy się, jakie byłoby nasze największe marzenie - i co musielibyśmy stracić, aby się ono spełniło. Ten szczególny nastrój potęguje muzyka skomponowana przez Kan Gao, która pojawia się zawsze w kluczowych momentach i celnie porusza w nas odpowiednie struny. Oprócz utworów na fortepian i skrzypce, które stanowią główną część ścieżki dźwiękowej, w finale gry pojawia się również jedna piosenka - "Everything's Alright" - którą napisała oraz zaśpiewała Laura Shigihara. Można śmiało powiedzieć, że muzyka w To the Moon opowiada historię na równi z tekstem. Na szczęście polski wydawca dołączył soundtrack do płyty z grą, więc można go słuchać nawet po jej ukończeniu.

Choć historia opowiedziana w grze jest wzruszająca i smutna, to twórcom na szczęście udało się uniknąć zbytniego przygnębiania graczy. Osiągnięto to dzięki postaciom Evy i Neila, które poprzez częste, przepełnione sarkazmem kłótnie oraz zabawne uwagi, poprawiają nam nastrój. Wprawne oko wyłapie w nich nawiązania do znanych gier czy seriali. Napisałem "oko", bo w grze nie znajdziemy ścieżki dialogowej, a jedynie tekst wyświetlany w ramkach znanych z gier jRPG.

Obrazek
Na koniec wypadałoby napisać o polskim wydaniu przygotowanym przez Techland. To the Moon jako jeden ze startowych tytułów trafiło do nowej serii wydawniczej Dobra Gra. W jaskrawoczerwonym pudełku DVD znajdziemy płytę z grą, na której znalazła się również ścieżka dźwiękowa. Niestety zabrakło jakiejkolwiek instrukcji po polsku - jest jedynie plik tekstowy z licencją. Gra została przetłumaczona na język polski, jednak jakość przekładu pozostawia wiele do życzenia. Całkowite ignorowanie zasad interpunkcji to najlżejszy grzech tego tłumaczenia. Błędy stylistyczne sprawiają, że dialogi czytało mi się bez przyjemności. Najgorsze były jednak błędy w samym przekładzie - często polski tekst nie pokrywał się z tekstem angielskim. Przepadło w ten sposób wiele dowcipnych rozmów oraz szczegółów, które choć nie były niezbędne do zrozumienia historii, z pewnością ją wzbogacały. Na szczęście cena gry jest bardzo przystępna, więc choćby dla samej ścieżki dźwiękowej przełknąć można nawet zepsute spolszczenie.

To the Moon to produkcja trudna do ocenienia. Jako gra nie prezentuje się zbyt ciekawie. Mechanizm rozgrywki jest uproszczony, a zadania jakie stawia przed graczem polegają na ciągłym powtarzaniu kilku prostych czynności. Sytuację ratuje historia, którą uzupełnia piękna muzyka. Chęć poznania losów Johnny’ego oraz emocje, które temu towarzyszą, sprawiają, że przymyka się oko na niedostatki gameplay’u. To the Moon to od 4 do 5 godzin pięknej, emocjonalnej podróży, w którą warto wyruszyć.

+ wzruszająca fabuła, która skłania do refleksji
+ piękna ścieżka dźwiękowa
+ nawiązania do popkultury
+ oprawa retro dla miłośników pikseli

- uproszczona rozgrywka, mało gry w grze
- brak możliwości zmiany sposobu wyświetlania obrazu w grze
- niewygodne sterowanie
- kiepska polska wersja językowa

ocena: 7/10 (dobra, ale czegoś jej brakuje)
Hurra i wciąż szukasz dziur
Gram: ---
W sprawach PrzygodoManii piszcie na twig(małpa)przygodomania(kropka)pl
Przygodomania - z miłości do przygodówek. Wszystko o przygodówkach: solucje, recenzje, galerie, łatki, zapisy z gier

ODPOWIEDZ

Wróć do „To the Moon”