Alter ego - recenzja

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Adam_OK
Moderator
Posty: 2758
Rejestracja: 24 lutego 2013, 10:28
Lokalizacja: Ząbki koło Warszawy
Podziękował(a): 61 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 36 razy
Płeć:

Alter ego - recenzja

Post autor: Adam_OK » 13 lutego 2019, 17:54

Obrazek
Zdarza się, że jakiś twórca gier (zarówno pojedyncza osoba, jak i konkretne studio) wypracuje jakiś swój, charakterystyczny dla siebie styl, że gdy potem uruchomimy sobie daną grę, to od razu widać, ze to jest dzieło danego twórcy. Tak było m. in. ze studiem Future Games, którego tytuły łatwo rozpoznać po stylu graficznym i interfejsie. Gdy więc uruchomiłem opisywaną tu grę, to od razu wiedziałem, z czym będę mieć do czynienia.

Fabularnie jest to opowieść o Thomasie Moorze, który przybywa właśnie na statku do Plymouth. W zasadzie trudno mówić o „przybyciu”, bo był on pasażerem na gapę na statku, który zawinął właśnie do tego miasta. Thomas miał zostać wydany w ręce stróżów prawa, ale udało mu się uciec. Jego pierwszym celem, poza niedaniem się złapać, będzie odzyskanie pewnego medalionu, który zabrał mu kapitan wspomnianego wcześniej statku. I tu jest pierwszy zgrzyt – wydawało mi się, że niniejsza pamiątka będzie ważnym artefaktem, że w trakcie rozgrywki okaże się on przedmiotem istotnym dla rozwiązania jakiejś tajemnicy sprzed wieków, może dzięki niemu uda się odnaleźć jakiś skarb albo coś w tym stylu. I co? I nic. Po jego odzyskaniu pod koniec pierwszego epizodu w kolejnych rozdziałach (a tych jest bodajże dziewięć) nie odgrywa on żadnej roli. Podkreślam – ŻADNEJ. Poczułem się tym mocno rozczarowany, bo najpierw narobiono mi smaka, a potem twórcy stwierdzili, że „nie dla psa kiełbasa”. No dobrze, w takim razie o czym jest opowiedziana historia w kolejnych etapach rozgrywki? Otóż sprawa dotyczy serii brutalnych zabójstw o które podejrzewano trzydziestokilkuletniego arystokratę. Problem polega na tym, że główny podejrzany sam niedawno rozstał się z tym światem, ale nie przerwało to ciągu przestępstw. W intrygę, którą próbuje rozwikłać detektyw Briscol, zostaje wplątany również i Thomas. Gracz, kierując raz jednym, raz drugim z bohaterów próbuje rozwiązać tę tajemnicę (a także przeżyć). Czy to się uda, to tego oczywiście nie zdradzę tym, którzy jeszcze nie mieli okazji zapoznać się z tym tytułem, ale powiem tylko jedno – epilog jest co najmniej dziwny. Widać w nim jedno – grę wydano w pośpiechu z powodu kłopotów finansowych twórców. Niestety, m.in. to urwanie miało negatywny wpływ na sprzedaż „Alter Ego”, a to ostatecznie pogrzebało Future Games. Tak więc zamknęło się koło (parafrazując znany skecz ze Stanisławem Tymem w roli lekarza) kłopoty finansowe – niedopracowany produkt – jeszcze większy debet na koncie i studio, które stworzyło klasyka z początku XXI wieku - „Black Mirror”, przeszło do historii. Szkoda, zarówno autorów, jak i ich ostatniego dzieła, bo potencjał na dobrą grę ono miało naprawdę duży.
Obrazek

Podobne stwierdzenie pasuje do zagadek. Dominują zdecydowanie zadania przedmiotowe związane z wykorzystaniem zawartości naszego inwentarza. Co prawda, oprócz nich postawiono przed graczem również i inne problemy, a wśród nich dwukrotne otwieranie sejfu. Niestety, trudność polega tu na znalezieniu pięciocyfrowego kodu, gdyż samo otwieranie skrytek z ich wykorzystaniem jest banalnie proste. Oprócz tego, kilka razy pewne czynności trzeba będzie w określonym limicie czasowym. Na szczęście, nie zmieszczenie się w nim skutkuje cofnięciem akcji do początku rzeczonej sekwencji i daniem szansy na poprawę. Poza tym, elementy te nie są ani zbyt częste, ani strasznie trudne, więc da się je wykonać maksymalnie w pięciu próbach. Dzięki temu gracza (zwłaszcza tak negatywnie nastawionego do czasówek i zręcznościówek, jak ja) nie ogarnia frustracja. Pomimo tego, oraz faktu, że wspomniane zadania przedmiotowe są logiczne, nie mogę tego aspektu gry ocenić jednoznacznie pozytywnie. Poprzestanę więc na stwierdzeniu, że element związany z łamaniem głowy został tu wykonany poprawnie, a w wystawieniu mu wyższej oceny przeszkadza kilka drobnych, acz istotnych spraw.

Tych przeszkód nie ma w przypadku oprawy graficznej. Trudno się temu dziwić, bo już wcześniej pracownicy czeskiego studia pokazali, że stronę wizualną to oni tworzyć potrafią. Zresztą, co tu się rozpisywać, wystarczy spojrzeć na obrazki. Patrząc na różne budynki miałem przed oczami ich wcześniejsze dzieła z „Black Mirror” czy też z „Ni.Bi.Ru.”. W „Alter Ego” odnalazłem ten sam styl, ten sam klimat, w pewnym sensie również ten sam monumentalizm. Wszystkie one z zewnątrz prezentowały się wręcz imponująco, a i ich wnętrza również nie pozostawiały nic do życzenia. Tak po prostu wyglądała XIX – to wieczna Anglia. To oczywiście nie wszystko, bo na grafikę składają się również postacie oraz przerywniki filmowe. Do nich również zastrzeżeń nie mam – różne osoby napotykane podczas rozgrywki wyglądają tak, jak można by się tego spodziewać, zwłaszcza po obejrzeniu X filmów osadzonych w tych samych realiach historycznych, co ta gra. Zastrzeżeń nie mam też do ich animacji, w tym do sposobu w jaki poruszają się nasi bohaterowie. Co prawda nieco denerwowało mnie to, że Thomas chcąc przeskoczyć przez pewien murek nieco dziwnie rusza rękami przy rozglądaniu się na boki, ale to był naprawdę drobiazg, o który nie warto kruszyć kopii. Co do filmików, to mamy tak naprawdę tylko dwa – intro i outro, a pomiędzy rozdziałami mamy statyczne wstawki, ale może to i lepiej. W końcu ważniejsza jest ich jakość, niż ilość, a do tej pierwszej (pod względem technicznym) naprawdę nie mogę się przyczepić. Tak więc, graficy spisali się tu (moim zdaniem) naprawdę bardzo dobrze.
Obrazek

Jeśli idzie o muzykę, to mogę w zasadzie tu napisać coś, co pojawia się w moich recenzjach dosyć często – np. że nie wyróżnia się ona niczym szczególnym w żadną stronę (ani pozytywną, ani negatywną) albo że rzadko kiedy zwracałem na nią uwagę podczas rozgrywki. O dźwiękach też w zasadzie nie napisze nic nadzwyczajnego, bo po prostu nie da się tego zrobić. Po pierwsze – są, a po drugie brzmią tak, jak należałoby się tego po nich spodziewać. Kilka pozytywnych słów warto zaskrobać o dubbingu (oczywiście nie jest on polski, jakby ktoś pytał) – aktorów głosowych dobrano na tyle dobrze, że tylko po mich wypowiedziach (np. z zamkniętymi oczami) dałoby się rozpoznać, czy prowadzimy dialog z przedstawicielem miejscowego kościoła, policjantem czy stałym bywalcem lokalnego baru. Za to wszystko należy się spory plus.

Z obowiązku powinienem też wspomnieć o takich sprawach jak interfejs czy polonizacja. Z tą drugą będzie o tyle łatwiej, że je zwyczajnie nie ma, nawet tej nieoficjalnej. Sterowanie też niczym się nie wyróżnia (tradycyjne point and click), a gracze zaznajomieni z poprzednimi grami Future Games po kilku sekundach się zapewne do siebie uśmiechną, bo jest on praktycznie taki sam, jaki był np. w „Black Mirror”.

Obrazek

Kończąc ten tekst sparafrazuję tekst jednej z piosenek śpiewanych przez Kazika Staszewskiego - „to mogła być fajna przygodówka”. Intrygująca fabuła w dobrej oprawie z dobrymi (w większości) zagadkami to recepta na bardzo udany produkt, nawet jeśli komuś (jak mi) przeszkadzałyby zawarte w nim np. czasówki. Zabrakło do tego dwóch rzeczy – pieniędzy i czasu na ostateczne szlify. Wyszedł więc jedynie średniak z urwaną w najciekawszym (jak do tamtego momentu rozgrywki) fabułą. Mimo tego nie żałuję czasu spędzonego przy „Alter Ego” i jeśli ktoś z Was nie miał jeszcze okazji zapoznania się z tą grą, to uważam, że warto dać jej szansę.
OCENA GRY: 6,5/10

ZALETY:

+ fabuła...
+ większość zagadek
+ grafika
+ muzyka i dźwięki
+ sterowanie i interfejs

WADY:

- ... urwana w bardzo intrygującym momencie
- czasówki
- brak cut – scenek, zwłaszcza między rozdziałami
Obrazek
Czasem trzeba się cofnąć, aby móc pójść dalej.
Moja lista gier ukończonych
W sprawach forum i www piszcie: adam_ok(at)przygodomania.pl

ODPOWIEDZ

Wróć do „Alter ego”