Simon the Sorcerer - recenzja

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Adam_OK
Moderator
Posty: 2801
Rejestracja: 24 lutego 2013, 10:28
Lokalizacja: Ząbki koło Warszawy
Podziękował(a): 62 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 37 razy
Płeć:

Simon the Sorcerer - recenzja

Post autor: Adam_OK » 16 listopada 2013, 15:42

Obrazek
W czasach, gdy obecni licealiści robili w pieluchy, gry przygodowe przeżywały swą złotą erę. Tworzono ich wtedy bardzo wiele, a duża część z nich przeszła do klasyki z gatunku. A wszystko za sprawą dwóch firm – LucasFilm Games (przemianowany później na Lucas Arts) i Sierra. Z tortu, którego lwią część zgarniały one dla siebie, chciały coś uszczknąć też inne studia. Przykładem tego może być Adventure Soft, które w 1993 wypuściło na rynek pierwszą część opowieści o młodym czarodzieju.

Kiedy poznajemy Simona jest on typowym chłopcem. Pewnego dnia, przy sporym udziale swego psa, znajduje na strychu dziwną księgę. Po jej otwarciu oczom Simona ukazuje się portal, który zaprowadzi go do krainy pełnej magii. Po krótkich perypetiach z ogrami nasz bohater dociera do pracowni czarnoksiężnika imieniem Calipso, który zostawił mu wiadomość. Simon ma zostać czarodziejem, pokonać złego maga Sordida i ocalić Calipso, który dostał się w jego szpony (ach, ta oryginalność). Nasz młodzian nie zasypiając gruszek w popiele bierze się od razu do roboty. Najpierw swe wysiłki skoncentruje na tym, by zaliczono go w poczet magów, a potem zabierze się za właściwą część swej misji. Droga prowadząca do pokonania Sordida jest długa, kręta i pełna wybojów. Jak sobie z nimi poradzi, to zależy tylko od gracza.

Wspomniane wyboje to zagadki, jakie rozwiązać musimy wraz z nastolatkiem. Większość napotkanych problemów sprowadza się do zagadnienia typu „znajdź rzecz A i użyj ja w miejscu B”, ale są od tej reguły wyjątki np. pojedynek z wiedźmą w jej chatce. Niestety, z definicji słowa „wyjątek” wynika, że takich łamigłówek jest sporo mniej od tych wspomnianych wcześniej, co ja osobiście uznaję za wadę.

Obrazek
W tej grze zagadki schodzą na plan dalszy, a ich niedobór rekompensują dwie rzeczy. Pierwszą z nich jest czarny humor obecny praktycznie na każdym kroku. Żeby nie być gołosłownym przytoczę parę przykładów takich jak scena z księżniczką zamkniętą w wieży, poczęstunek u mister Swamplinga czy wspomniany wcześniej pojedynek. Poza tym wiele dialogów i komentarzy Simona wywoływało u mnie na twarzy uśmiech. Tego wszystkiego nie da się ani zapamiętać, ani opisać, to trzeba samemu zobaczyć.

Drugą z „rekompensat” jest całe mnóstwo nawiązań do znanych filmów, książek itp. Nie wiem, jak wy, ale ja to po prostu uwielbiam, zwłaszcza w takim wykonaniu jak w Simonie Pierwszym. W czasie naszej wędrówki spotykamy Golluma łowiącego ryby i przygotowującego ucztę na zjazd Towarzystwa Tolkiena, ponadto Simon będzie mógł się też poczuć jak Alicja w krainie czarów, Calineczka, Jaś Fasola itp. Najlepszy kawałek zostawiono na sam koniec, nie będę więc go zdradzał, powiem tylko że nawiązuje nieco do „Terminatora” i że widząc go moja szczęka opadła na podłogę, a następnie kilka minut wręcz rżałem ze śmiechu. Nawet teraz, gdy sobie to przypomnę chce mi się śmiać, a naprawdę niewiele rzeczy tak na mnie działa, przez co ta gra wiele zyskuje w moich oczach.

Zejdźmy teraz na ziemię i pomówmy o sprawach technicznych. Jak było powiedziane na początku ta gra do najmłodszych nie należy, więc jeśli ktoś na dźwięk słowa „piksele” dostaje wysypki niech omija ją szerokim łukiem, w końcu są tu one dosyć wyraźnie widoczne. Nie należy tego traktować jako wadę, w końcu blisko 15 lat temu taka grafika, jaką zaimplementowano w tej produkcji była czymś normalnym. Poza tym, jak na tamte czasy, wykonano ją naprawdę starannie, więc nawet dzisiaj nie można o niej powiedzieć, że jest brzydka. Spójrzcie tylko na obrazki – ta gra pokazuje, że nawet piksele mogą mieć swój urok.

Podobnie jest z oprawą dźwiękową – nie oczekujcie po niej wyrafinowania, przestrzennego brzmienia czy orkiestrowych nagrań, a prostych melodyjek składających się z niewielkiej liczby dźwięków. Czy to jednak jest powód, aby ją zganić? Nie, gdyż taka muzyczka też może być czarująca, a dla kogoś tak sentymentalnego jak ja, jest okazją do nostalgii i cofnięcia się w czasy dzieciństwa. Dla kogoś niepamiętającego gier z końca XX wieku może wydać się to śmieszne, lecz ja uważam że takim grom (i ich twórcom) należy się szacunek za to, co zrobi
li.

Obrazek
Wróćmy jednak do recenzji, a w niej przyszła teraz kolej na kilka zdań o interfejsie. Ten również jest archaiczny, a gracze którzy nie mieli z nim wcześniej do czynienia mogą mieć problemy z jego opanowaniem. Dla nich więc powiem, że sterowanie odbywa się przy pomocy myszy, ale trzeba wykonać nieco więcej kliknięć niż obecnie. Przykładowo, chcąc z kimś porozmawiać należy najpierw kliknąć na napis „talk to”, a potem na wybraną osobę. Podobnie ma się sprawa z przedmiotami – chcąc coś podnieść klikamy „pick up”, a potem interesującą nas rzecz. Jej wykorzystanie odbywa się za pomocą polecenia „use”. Nie będę opisywał wszystkich poleceń, ale już po tym widać, że do jego opanowania potrzeba podstawowej znajomości języka angielskiego, nieco pomyślunku i w zasadzie nic więcej. Interfejs ten nie jest również autorskim pomysłem panów z Adventure Soft, gdyż wcześniej stworzyli go pracownicy firmy znanej obecnie jako Lucas Arts.

W sumie „Simon the Sorcerer” jest pozycją naprawdę godną uwagi. Może fabuła nie wyróżnia się niczym z tłumu, może zagadek najwięcej nie ma, ale ta gra ma w sobie to „coś”, co sprawia że czas przy niej spędzony upływa miło. To „coś” to humor, humor i jeszcze raz humor. Jeśli więc ktoś nie zna jeszcze Simona, niech to jak najszybciej nadrobi, bo naprawdę warto.
OCENA GRY: 8/10

ZALETY:
+ humor!
+ nawiązania książkowo – filmowe
+ dobre wykonanie od strony technicznej (jak na 1993 rok)

WADY:
- średnio oryginalna fabuła
- mało zagadek

Obrazek
Czasem trzeba się cofnąć, aby móc pójść dalej.
Moja lista gier ukończonych
W sprawach forum i www piszcie: adam_ok(at)przygodomania.pl

ODPOWIEDZ

Wróć do „Simon the sorcerer”