Runaway: a road adventure - recenzja

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Adam_OK
Moderator
Posty: 2790
Rejestracja: 24 lutego 2013, 10:28
Lokalizacja: Ząbki koło Warszawy
Podziękował(a): 62 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 37 razy
Płeć:

Runaway: a road adventure - recenzja

Post autor: Adam_OK » 19 października 2013, 17:41

Obrazek
Grając w różne gry i patrząc na to, co oddali w nasze ręce twórcy, ma się nieraz wrażenie „ale to już było” ;). Niestety, ciąg dalszy nie jest taki sam, jak w piosence Maryli Rodowicz, bo zamiast „i nie wróci więcej, znikło gdzieś za nami” jest „damy to jeszcze raz, bo gracze to lubią” ;) Na szczęście niektórzy programiści czasem stworzą grę, która w ten szablon się nie wpisuje. Tak było w przypadku gry „Runaway”, wydanej w 2003 roku.

Ktoś spyta „co w niej takiego oryginalnego, przecież to typowe point&click?” Choć trudno z tym zdaniem się nie zgodzić, to jest w niej coś innego niż w wielu innych produkcjach. Chodzi mi o sposób opowiedzenia fabuły, dzięki któremu można tę grę nazwać „grą drogi”. Oznacza to, że (tak jak w filmach drogi) bohaterowie bardzo często przemieszczają się z miejsca na miejsce, a kolejne postoje są krótkie. Nawiązuje też do tego tytuł gry, który sugeruje, że ktoś przed kimś ucieka. Tak jest w tej grze, ale po kolei...

Pewnego dnia niejaki Brian Basco miał udać się w podróż, której celem był uniwersytet w Berkeley. Po drodze miał tylko wpaść do biblioteki i oddać kilka książek. Gdy tam jechał, prosto pod jego samochód wpadła młoda dziewczyna. Przerażony Brian odwiózł ją do szpitala. Nim to się stało, Gina (tak nazywa się ta dziołcha) opowiedziała mu, że była świadkiem morderstwa popełnionego na jej ojcu. W związku z tym grozi jej śmiertelne niebezpieczeństwo, bo zbiry z pewnością będą chciały się jej pozbyć. Brian, jako gentelman, dołoży swych starań by pomóc czarnowłosej piosenkarce (ciekawe, kto w to uwierzył, widząc jej „talenty” ;) ) i nie tylko ją ocalić, ale również rozwiązać tajemnicę krucyfiksu przekazanego Ginie przez jej umierającego ojca.


Obrazek
Jak widać, historia może i oryginalna nie jest, ale i tak jest wciągająca. Sprawia to fakt, że w grze się sporo dzieje. Dodatkowo podczas zabawy miałem wrażenie, że nie mogę się grzebać i muszę nie tylko myśleć, ale również robić to szybko, aby zdążyć przed pościgiem, można wręcz powiedzieć, że czuło się oddech zbirów na plecach. Z drugiej strony spieszyć się nie musiałem (bo Brian, którym steruje gracz, jest nieśmiertelny), więc zamiast stanu przedzawałowego odczuwało się jedynie lekkie podwyższenie ciśnienia, co było w pewnym sensie przyjemne. Ponadto na plus można grze zaliczyć to, że jak na obecne standardy „Runaway” jest dosyć długie i można przy nim spędzić kilka miłych wieczorów.

Wszystko to jednak tylko mała przystawka przy daniu głównym, jakim jest humor. Tu go nie brakuje, a jako przykład podam, że jedna z bohaterek pobocznych na imię ma Sushi. Z kolei w innym miejscu trzeba uwolnić Ginę, w czym pomocne będą pociski do karabinu maszynowego wykonane m.in. ze... szminek. Podobne przykłady żartów sytuacyjnych oraz śmiesznych dialogów długo można by mnożyć. W efekcie gracz, siedząc przy komputerze, nieraz wesoło zarży, obserwując kolejne poczynania bohaterów.

No dobra, fajnie, ale w przygodówkach dużo ważniejszy element to zagadki. Większość z tych, które napotkamy w tej grze, opiera się na zbieraniu różnych przedmiotów i używaniu ich we właściwy sposób. Przy czym w tym przypadku „właściwy” nie zawsze oznacza „najbardziej logiczny”, o czym przekonuje wymieniony nieco wcześniej przykład szminek. Jest też kilka zagadek, w których trzeba bardziej wytężyć swój umysł, ale niestety jest ich troszkę mało. Wymienić tu można zagadkę, którą nazwałem „muzyczny Mastermind” – polega ona na odgadnięciu właściwej kombinacji kilku nut przy zastosowaniu zasad wspomnianej gry logicznej. Ponadto mamy klasyczne otwieranie sejfu przy użyciu stetoskopu oraz coś, co można określić „megazagadką” – opracowanie planu „ataku” na przestępców i odbicie z ich rąk Giny. Co prawda nie jest to najgorszy wynik, ale gdyby twórcy uraczyli graczy jeszcze z dwiema – trzema podobnymi łamigłówkami, to byłbym w siódmym niebie. Niemniej dobre i tyle, w końcu jak się nie ma, co się lubi....
Obrazek
Teraz kolej na kwestie techniczne, które zacznę od grafiki. Jak widać po screenach, jest ona kreskówkowa. Wiem, że nie wszystkim się to podoba (cześć Ewka ;) ), mnie jednak się spodobała. Nie będę się więc o niej długo rozpisywał, bo pisanie (i czytanie) po raz n-ty, że tła są ładne, że postacie nie wyglądają dziwacznie i nie poruszają się jakoś koślawo, ciekawe nie jest. Podobnie będzie z dźwiękiem i muzyką, które też są typowe i ani nie rzucają na kolana, ani nie są kakofonią. W zasadzie, gdyby nie kronikarski obowiązek, to bym o nich nie wspominał, bo jest to norma. W normie jest też interfejs (w końcu to point&click), więc gracze, którzy są starymi wyjadaczami, od razu połapią się, o co biega, a nowicjusze w gatunku na opanowanie podstaw obsługi gry nie poświęcą więcej niż 5 minut.

Jak widać jest to pozycja dosyć solidna, a jedyne, do czego można się przyczepić (oprócz niewielkiej liczby łamigłówek „nieprzedmiotowych”) to nadmierna liniowość, przez co łatwo utknąć w jednym miejscu. Generalnie nie ma co narzekać, więc jak ktoś nie grał jeszcze w tę pozycję, powinien to szybko nadrobić, tym bardziej że wielkimi krokami nadciąga „Runaway 2”.
OCENA GRY: 8,5/10

ZALETY:

+ humor
+ pewna oryginalność („gra drogi”)
+ porządne wykonanie od strony technicznej
+ wciąga

WADY:

- ciut za mało zagadek
- liniowość
- trochę sztampowa fabuła

Obrazek
Czasem trzeba się cofnąć, aby móc pójść dalej.
Moja lista gier ukończonych
W sprawach forum i www piszcie: adam_ok(at)przygodomania.pl

ODPOWIEDZ

Wróć do „Runaway: a road adventure”