MI 4: escape from Monkey Island - recenzja

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Adam_OK
Moderator
Posty: 2758
Rejestracja: 24 lutego 2013, 10:28
Lokalizacja: Ząbki koło Warszawy
Podziękował(a): 61 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 36 razy
Płeć:

MI 4: escape from Monkey Island - recenzja

Post autor: Adam_OK » 28 lipca 2013, 15:26

Obrazek
Wszystko co dobre, musi się kiedyś skończyć. Tak jest z dzieciństwem, z wakacjami, z beztroskim życiem i dobrym filmem. Za skończone można też uznać przygody Guybrusha Threepwooda na Małpiej Wyspie, bo ostatnią ich część wypuszczono blisko siedem lat temu. I choć co jakiś czas pojawiają się w sieci informacji o kolejnym epizodzie, to jak na razie nie znalazły one potwierdzenia w życiu. Jednak w tym tekście nie będę zanudzał nikogo swymi narzekaniami, lecz zamierzam podzielić się swymi wrażeniami z ostatniej odsłony tej wspaniałej serii gier.*)

Wydawać by się mogło, że życie naszego ulubionego pirata wreszcie będzie sielskie i anielskie. W końcu już 3 razy pokonał LeChucka, zdjął klątwę ze swej ukochanej i poślubił ją. Wydawać by się mogło, że czeka go nudne życie żony polityka, gdyż jak wiadomo Elaine jest gubernatorem Melee Island. Ktoś jednak uznał ją za martwą, gdyż bardzo długo nie było jej w swojej siedzibie. W związku z tym kazano m.in. zburzyć posiadłość świeżo upieczonego państwa Marley. No cóż, jak widać Guybrush będzie miał sporo roboty, nim jednak o wszystkim się dowie będzie musiał wyswobodzić się z więzów, bo ciężko jest cokolwiek zdziałać będąc przywiązanym do masztu i to w czasie bitwy morskiej ;) Nie z takich opałów wychodził nasz bohater więc i tym razem da sobie radę. A człowiek z katapultą strzelający do jego domu to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Jak łatwo się domyśleć ponownie dojdzie do konfrontacji z LeChuckiem i jego poplecznikami. Pierwsze starcie nastąpi dosyć szybko, gdy „miejscowy” czarny charakter stanie (jako Charles L. Charles) razem z Elaine do wyborów na gubernatora Tri Island Area. Z jakim skutkiem – tego nie zdradzę, ale mogę zapewnić, że okazja do rewanżu dla przegranego nadejdzie podczas „grande finale”, które w pełni zasługuje na swą nazwę. A co jest w nim takiego wielkiego – zagrajcie i przekonajcie się sami ;-)

A jeśli chodzi o moje odczucia odnośnie opowiedzianej tutaj historii – jak w całym cyklu trzyma ona odpowiedni poziom – wiele się tu dzieje, odwiedzamy sporo lokacji na różnych wyspach (Melee, Lucre, Jambalaya, no i oczywiście Monkey Island) i na każdej z nich czeka nas wiele atrakcji. Ta historia naprawdę potrafi wciągnąć i przyssać do monitora, a czas biegnie przy niej strasznie szybko. krótko mówiąc - wychodzi na plus.

Obrazek
Czas na esencję przygodówek, czyli zagadki. Tych na szczęście nie brakuje, a wśród nich są skok do wody ze skały (podczas niego należy wykonać kilka akrobacji), zagadka typu „sama prawda czy same kłamstwa” (chodzi o te papugi) czy nieco zręcznościowe rzucanie kamieniami do celu. Ta ostatnia jest trochę denerwująca, bo po kilku próbach „wyrzutnia” się blokuje, a jedynym sposobem na jej odblokowanie jest wczytanie odpowiedniego sejwa. Poza tym, trzeba się tu wykazać olbrzymią precyzją, bo wykonanie jednej próby sekundę za wcześnie lub za późno oznacza konieczność wykonania kolejnego podejścia. Nie pamiętam, ile prób wykonałem nim uzyskałem pożądany efekt, ale co najmniej kilkanaście. Ostatecznie się udało, a o stresie związanym z tą łamigłówką szybko zapomniałem.

Jest jeszcze jedna sprawa, której należy poświęcić osobny akapit, a dotyczy zagadek. Mówię tu o Monkey Kombat, czyli pojedynkach niekoniecznie na gołe klaty ;) Typowy pojedynek wygląda następująco – jeden zawodnik przyjmuje jedną z pięciu pozycji bojowych (np. Anxious Ape, Charging Chimp czy Drunken Monkey), a następnie jest ona porównywana z pozycją przeciwnika. Jeśli twoja postawa „wygrywa” z postawą rywala – zadajesz mu cios, jeśli jest gorsza – sam obrywasz, a jeśli jest taka sama – odzyskujesz część energii. Każda z postaw wygrywa z dwoma innymi, z dwoma kolejnymi przegrywa (działa to na zasadzie kamień – papier – nożyczki). Aby zmienić jedną z pozycji na drugą należy wydać z siebie okrzyk będący kombinacją trzech z czterech krótkich odgłosów (Eek, Ack, Oop, Chee). Każda kombinacja działa w dwie strony, czyli przejście np. z Charging Chimpa na Drunken Monkey jest takie samo, jak z Drunken Monkey’a na Charging Chimpa. Skąd gracz ma wiedzieć jakie są właściwe kombinacje przejść z jednej postawy na inną i która postawa z którą wygrywa? To proste – trzeba stoczyć kilka „zapoznawczych” pojedynków (rywali nie brakuje), które oczywiście kończą się naszą porażką. Podczas nich dobrze jest notować sobie wszystkie spostrzeżenia w tabelce, gdyż zapamiętanie wszystkich możliwości jest trudne. Dzięki temu, w kolejnych starciach będzie szansa na zwycięstwo. Ja pierwszy sukces zanotowałem już w czwartym pojedynku, co pokazuje, że nie takie to straszne ;) Gdy odniesie się minimum 3 wygrane, można stanąć do rywalizacji z „bossem”:-), a później jeszcze z jednym, choć trochę innego kalibru ;)

Obrazek
Tyle opisu – czas na moje odczucia. Otóż mnie się te walki bardzo podobały, były ciekawe, dobrze pomyślane i nawet nieco śmieszne. A dzięki temu, że wszelkie kombinacje związane z MK są generowane losowo nic nie stoi na przeszkodzie, aby znowu zagrać w tę grę i czerpać tę samą radość z pojedynków. Bo cóż to za frajda wygrać, gdyby wzięło się kompletny opis z internetu i wiedziało, jakich okrzyków użyć, aby pokonać rywala? A tak, trzeba samemu kombinować, opracowywać własną strategię i myśleć. A o to przecież chodziło, no nie? ;)

Jeśli zaś chodzi o kwestie techniczne, to jest różnie. Najlepiej wypada udźwiękowienie i muzyczka, do których nie mam żadnych zastrzeżeń. Może nie jestem ekspertem w tej kwestii, ale wiem jedno – wszystko wykonano naprawdę dobrze, wszystko brzmi naprawdę realistycznie. Jednym zdaniem – jest w porządku.

Nieco słabiej jest z grafiką, choć nie znaczy to, że jest źle. Po prostu mam do niej jedno zastrzeżenie – postacie są trochę zbyt kanciaste. Wiem, wiem, to pierwsza (i jak na razie ostatnia) część cyklu z grafiką trójwymiarową, a wczasach gdy ona powstała, możliwości sprzętowe nie były tak wysokie, jak obecnie, ale mimo tego miałem wrażenie, że można było poświęcić temu szczegółowi więcej uwagi. Szkoda, że tego nie uczyniono, bo w pozostałych aspektach grafika prezentuje się naprawdę dobrze. Na szczęście kanciastość np. Murraya czy głowy Guybrusha nie przeszkadzały mi zbytnio w grze i nie powodowały u mnie podwyższenia poziomu adrenaliny, więc przymknę nieco na to oko.

Obrazek
Tego samego nie mogę niestety zrobić w odniesieniu do interfejsu i sterowania. Teoretycznie jest ono pomyślane logicznie, bo za każdą czynność odpowiada klawisz z pierwszą literą angielskiej nazwy danej czynności (np. „P” – pick up, czyli podnieś). Jak wiadomo nie od dziś, teoria ma z praktyką niewiele wspólnego, co się potwierdza w tym przypadku, bo kierowanie Guybrushem jest bardzo niewygodne przy domyślnym obłożeniu klawiszy. Przypadnie ono do gustu jedynie masochistom o zręczności małpy, reszta zmieni je po 2 minutach gry. Na szczęście, ze zmianą nie ma wielkich problemów, a kombinacja WSAD plus spacja, Shift, Control czy Enter sprawdza się o niebo lepiej. Niestety, aby w pełni docenić ten zestaw trzeba mieć trochę ogrania w FPS-ach lub wyścigówkach, gdzie to rozwiązanie jest powszechnie stosowane. Jeśli ktoś grywa jedynie w przygodówki, to może mu tego ogrania zabraknąć, a wówczas będzie musiał poświęcić nieco czasu na opanowanie WSAD – u. Nie jest to strasznie skomplikowane, ale może odebrać nieco radości z gry, szczególnie na początku. W związku z tym, prawo serii nie będzie podtrzymane :-(

Nim przejdę do podsumowania, zgodnie z powiedzeniem „last, but not least” wspomnę o jeszcze jednym elemencie, czyli humorze. Jak zwykle jest go tu na pęczki i jak zwykle jest on naprawdę świetny. Ciężko powiedzieć, co mnie tu najbardziej śmieszyło, a co mniej, bo elementów wywołujących uśmiech na twarzy było co niemiara – dialogi, filmiki, wydarzenia, w których uczestniczymy czy nawet pojedynki Monkey Kombat (szczególnie ten ostatni w finale gry). Śmiało mogę powiedzieć, że to właśnie humor sprawia, że ta gra jest tak dobra, że tak trudno o niej zapomnieć i że chce się do niej wracać. I możecie być pewni – do niej, jak i do wcześniejszych części cyklu wrócę pewnego długiego, zimowego wieczoru. Humor to właśnie to „coś”, czego szukam w grach (i w dziewczynach również ;) i co sprawia, że chce się, aby każda chwila spędzona z daną grą (lub dziewczyną) trwała wiecznie.

No dobra, wróćmy na ziemię, bo czas już kończyć te wypociny ;) Myślę, że widać z nich, że ta gra przypadła mi do gustu, choć miałem też do niej małe zastrzeżenia. Pomimo tych ostatnich jest to naprawdę świetna pozycja zapewniająca rozrywkę na najwyższym poziomie. A błędy? Zdarzają się każdemu, więc można je wybaczyć, tym bardziej, że są tak niewielkie. Nie można ich jednak pominąć w ocenie końcowej i tym razem nie będzie 10/10 (to o tym pisałem mówiąc o „prawie serii”), ale i tak z czystym sumieniem polecam ją każdemu.
OCENA GRY: 9/10

ZALETY:
+ humor
+ fabuła
+ zagadki
+ Monkey Kombat
+ udźwiękowienie
+ generalnie grafika

WADY:
- sterowanie
- trochę kanciaste postacie

*) recenzja tej gry pierwotnie powstała jeszcze przed tym, jak TellTale Games wypuściło swoje Tales of Monkey Island

Obrazek
Czasem trzeba się cofnąć, aby móc pójść dalej.
Moja lista gier ukończonych
W sprawach forum i www piszcie: adam_ok(at)przygodomania.pl

ODPOWIEDZ

Wróć do „Monkey Island 4: escape from Monkey Island”