MI 3: the curse of Monkey Island - recenzja

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Adam_OK
Moderator
Posty: 2797
Rejestracja: 24 lutego 2013, 10:28
Lokalizacja: Ząbki koło Warszawy
Podziękował(a): 62 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 37 razy
Płeć:

MI 3: the curse of Monkey Island - recenzja

Post autor: Adam_OK » 28 lipca 2013, 15:13

Obrazek
Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane – chyba każdy zna to przysłowie, a wielu z Was przekonało się o jego prawdziwości. Wie o tym również Guybrrush Threepwood, szczególnie od momentu, gdy dał Elaine Marley pierścionek zaręczynowy. Wszystko miało być piękne i miłe, bo tego chciał nasz pirat, a wyszło jak zwykle, czyli kiepsko. Stało się tak, gdyż nakładając jej na rękę ten złoty pierścionek z bardzo dużym brylantem nałożył na nią również klątwę – Klątwę Małpiej Wyspy.

Guybrush widząc co uczynił nie zamierzał siedzieć z założonymi rękami i rozpaczać, tylko wziął się do roboty. Nim jednak zajął się odwróceniem złego zaklęcia musiał odnaleźć Elaine. A wszystko dlatego, że klątwa zamieniła ją w złoty posąg, który stał się łakomym kąskiem dla konkurencji Mr Threepwooda. Konkurencja ta, czyli inni piraci, widząc samotny złoty posąg nie namyślali się wiele i zabrali go ze sobą. W związku z tym pierwsze co nasz hero musi zrobić, to odszukać swą ukochaną, a dopiero potem można pomyśleć o odwróceniu złego czaru. Te problemy to jednak tylko preludium do prawdziwych tarapatów, a te jak zwykle, „zapewni” LeChuck. Nim jednak dojdzie do ostatecznej rozgrywki na Małpiej Wyspie, nasz bohater odwiedzi takie miejsca jak Plunder, Blood czy Skull Island. Przeżyje tam sporo przygód, które nam – graczom zapewnia zabawę na długi czas. Nie będzie się jednak tego odczuwało, bo gra wciąga jak tornado i to jest także zasługa fabuły. Jest ona bowiem ciekawie skonstruowana, nie brakuje w niej zwrotów akcji, a tempo jej rozwoju jest również na wysokim poziomie. Jest więc jednym z argumentów przemawiających na korzyść opisywanej tu gry.

Kolejnym jest tradycyjnie już humor. Jak zwykle twórcy zadbali o jego poziom i obfitość. Śmiać się będziemy praktycznie ze wszystkiego, z czego tylko można – od intra, w którym widzimy Guybrusha dryfującego na tratwie, aż do szczęśliwego zakończenia. Wiem, że zapewne trudno w to uwierzyć, ale dla mnie ta część Małpiej Wyspy jest najśmieszniejsza ze wszystkich. Wśród ogromu dobrego humoru, najlepszymi momentami są według mnie filmik przedstawiający odczarowanie Elaine, konkurs w rzucie belą drewna oraz pierwsze „spotkanie” naszego alter ego z kapitanem Rottinghamem, które znacznie utrudni zdjęcie klątwy z ukochanej. To oczywiście tylko mały wycinek atrakcji, jakie czekają na nas w tej grze, niemniej uważam, że każdy powinien znaleźć wśród nich coś, co mu się spodoba i co zapamięta na długo.

Obrazek
Jak na dobrą przygodówkę przystało, tak i tutaj mamy różnego kalibru zagadki. Na szczególną uwagę zasługują bitwy morskie, których kilka tu stoczymy. W elemencie tym można dopatrzyć się elementów RPG, gdyż aby pokonać ostatecznego przeciwnika musimy wpierw nieco się „doświadczyć”. Przede wszystkim musimy mieć najlepsze możliwe uzbrojenie, które co prawda można bez trudu nabyć, ale tylko pod warunkiem, gdy mamy czym za nie zapłacić. Kasę na nowe armaty zyskujemy łupiąc okręty, które mają słabsze działa niż nasze. Nim jednak dorwiemy się do zawartości ładowni tych statków musimy dokonać dwóch czynów – po pierwsze wykonując manewry na morzu trzeba ostrzelać wrogą jednostkę jednocześnie samemu unikając kul przeciwnika. Gdy to się uda dokonujemy abordażu, a na pokładzie staczamy walkę na szable z kapitanem zaatakowanego okrętu. Jak to zrobić? – oczywiście wykorzystując obelgi. Wprowadzono tu jednak pewną nowość – odpowiedzi na zaczepki muszą być nie tylko sensowne, ale również mają być „do rymu”. Właśnie z nimi związany jest kolejny element erpegowy – nim staniemy naprzeciw wspomnianego kapitana Rottinghama trzeba poznać odpowiednią ilość obelg i odpowiedzi na nie. A sama walka z nim wygląda jak pojedynek ze Sword Masterem z części pierwszej – jest on dłuższy niż wcześniejsze, a kapitan używa innych zaczepek niż wcześniejsi rywale. Zapewne nie każdemu te morskie starcia przypadną do gustu, gdyż manewrowanie na morzu można uznać za element zręcznościowy, za którymi również i ja nie przepadam, ale mogę powiedzieć, że tutaj nie zwraca się na to uwagi. A wszystko dlatego, że te bitwy są naprawdę wciągające, bardzo emocjonujące, poza tym możne uznać je za pewną nowość, coś niespotykanego wcześniej w gatunku (później zresztą raczej też). To sprawia, że zaliczę je do plusów.

Oczywiście morskie walki to nie jedyne zagadki, jakie spotykamy w grze. Oprócz nich będziemy mieli okazję wziąć udział we wspomnianym konkursie rzutu belą, pojedynku w grze na banjo i innych. Są one naprawdę ciekawe, mają odpowiedni poziom trudności i zapewniają dobrą gimnastykę dla umysłu. Czy trzeba pisać coś więcej? Chyba nie ;-)

Obrazek
Przejdźmy teraz do wykonania samej gry. To jak zawsze jest bardzo dobre, szczególnie oprawa audio. Muzyczka po prostu pieści uszy, a dźwięki jej w tym pomagają. Z kolei grafika jest rozkoszą dla oczu, zwłaszcza widok Elaine robi baaaardzo dobre wrażenie ;-). Niestety, nasz hero tak piękny nie jest (w końcu to brzydka płeć ;-), a wszystko za sprawą głowy. Według mnie jest ona nieproporcjonalnie duża w stosunku do reszty ciała i wygląda to jakby ktoś ją rozciągnął w pionie. To jednak tylko mała łyżeczka dziegdźciu w beczce miodu , bo według mnie Klątwa Małpiej Wyspy jest najładniejszą częścią całego cyklu (wliczając część czwartą). Ta grafika po prostu urzeka swym stylem, kolorystyką i starannym wykonaniem. Tego nie da się opisać słowami, to trzeba zobaczyć samemu.

Teraz słów kilka o interfejsie, gdyż jest on inny niż w poprzedniku. Tutaj całość obsługujemy myszą – najpierw najeżdżamy kursorem na aktywne miejsce i przytrzymując LPM wywołujemy mini menu w postaci monety. Są na niej 3 obrazki najechanie i klikniecie na rękę to wykonanie jakiejś akcji (np. podniesienie przedmiotu), klik na czaszce to komenda wykonanie komendy „obejrzyj”, a klik na ptasi dziób to rozmowa; z kolei PPM to pokazanie ekwipunku. I choć z początku nie każdy może wiedzieć, jak ten system działa, ba można mieć problemy ze zrobieniem czegokolwiek, to po paru minutach wszystko staje się jasne i ma się wrażenie, że to „międzymordzie” zna się co najmniej kilka lat. To naprawdę proste, można wręcz stwierdzić, że banalne.

Curse of Monkey Island to naprawdę świetna gra, mająca wszystko, co tylko można sobie zażyczyć. Piękna grafika, świetne zagadki, mnóstwo dobrego humoru, cała masa nawiązań do innych produktów przemysłu rozrywkowego (ich obecność jest wręcz wpisana w tę serię jak LeChuck czy Voodoo Lady, więc nie wspominałem o czymś tak oczywistym ;-) i wszystko inne sprawia, że całość jest po prostu rewelacyjna, niezapomniana i ponadczasowa. To produkcja, która jest wzorem dla innych, o czym sam się przekonałem. W tej grze można się po prostu zakochać i to miłością od pierwszego wejrzenia. Mnie to dopadło, dlatego nawet zbyt wielka głowa Guybrusha nie jest wystarczającym powodem, aby obniżyć końcową ocenę. To gra kultowa w pełnym tego słowa znaczeniu i dlatego dam jej również „kultową” notę.
OCENA GRY: 10/10

ZALETY:
+ zagadki
+ bitwy morskie
+ grafika
+ humor
+ i wszystko inne

WADY:
- za duża głowa Guybrusha
- i to by było na tyle.

Obrazek
Czasem trzeba się cofnąć, aby móc pójść dalej.
Moja lista gier ukończonych
W sprawach forum i www piszcie: adam_ok(at)przygodomania.pl

ODPOWIEDZ

Wróć do „Monkey Island 3: the curse of Monkey Island”