Largo Winch: empire under threat - recenzja

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
DirkPitt1
Publicysta
Posty: 552
Rejestracja: 08 lipca 2015, 13:42
Podziękował(a): 16 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 41 razy
Płeć:

Largo Winch: empire under threat - recenzja

Post autor: DirkPitt1 » 16 sierpnia 2021, 23:12

Ostatnio naszła mnie ochota na powrót do jakiegoś starszego tytułu, nienależącego do żelaznej klasyki. Odkurzyłem stare płyty i mój wybór padł na Largo Winch Empire Under Threat, wydaną prawie 20 lat temu przez Ubisoft (aż ciężko uwierzyć, że ta firma miała kiedyś w swoim portfolio skradanki, taktyczne strzelaniny, zręcznościówki, czy przygodówki, gdy dziś to prawie wyłącznie gry akcji w otwartym świecie). Bardzo możliwe, że kojarzycie, kto to ten cały Largo, bo pojawił się już w książkach, dwóch filmach, serialu, a przede wszystkim, w serii komiksów, do których scenariusz napisał Jean Van Hamme, twórca XIII i Thorgala (zresztą obie te serie również mają swoje growe wersje). Na wszelki wypadek wyjaśnię jednak, kim jest Largo Winch. Otóż, jest on miliarderem, właścicielem międzynarodowego konglomeratu przedsiębiorstw, znanego, jako Grupa W. Ale nie ma się co martwić, opowiadająca o jego przygodach gra nie będzie polegała na śledzeniu kursów akcji i tabelek Excela. Largo nie przypomina żadnego, zwykłego bogacza. To sierota z byłej Jugosławii, który odziedziczył korporację po Nerio Winchu, ze względu na zbieżność nazwisk. Na posiedzeniach zarządu, umila sobie czas, rzucając nożem, za najlepszego przyjaciela ma Simona Ovronnaza, zawodowego, szwajcarskiego złodziejaszka (co prawda w książce był z Izraela, ale dla mnie to komiks jest kanoniczny). W dodatku lubi wyzwania i załatwianie spraw po swojemu. Pojawiają się podejrzenia, że Nerio nie zmarł śmiercią naturalną? To nie sprawa dla policji, tylko okazja do przeprowadzenia własnego śledztwa (więcej o tym w komiksie, w „Spadkobiercy” i „Koncernie W”). Ktoś używa samolotów transportowych Grupy W do przemytu narkotyków? To już poważniejsza sprawa i wręcz wyścig z policją, oraz szybkie wymierzenie kary, poprzez wysadzenie samolotu z przemycanym towarem i organizatorami przemytu na pokładzie („H” i „Holenderski Łącznik”). Co jeszcze o tym człowieku? Tylko standard młodego, przystojnego faceta z nieograniczonym limitem na karcie kredytowej, czyli szybkie samochody, luksusowe, prywatne odrzutowce i ilość miłosnych podbojów, której pozazdrościłby mu sam agent 007.
Obrazek
Obrazek
Jak widać, z takim bohaterem nie sposób się nudzić. Ale o czym jest sama gra? Zaczyna się dość spokojnie, od eleganckiej gali, na której Winch ogłasza wdrożenie programu pomocy dla targanej konfliktami etnicznymi Drinavii (jak zawsze, fikcyjny kraj, ale opisywany konflikt Drinavia-Beluca kojarzy mi się z Bałkanami). Chwilę później zjawia się pracownica Grupy W, z ważnymi informacjami o nieprawidłowościach w laboratorium badawczym w Meksyku. Ktoś stworzył tam genetycznie modyfikowaną odmianę rzepaku, co we wszystkich przedsiębiorstwach grupy jest zabronione ze względów etycznych. To samo w sobie nie kwalifikowałoby się do zawracania głowy szefowi wszystkich szefów, bo zwykłe zwolnienie dyscyplinarne niesfornego pracownika załatwiłoby sprawę, gdyby nie pewien problem. Ktoś włamał się do laboratorium, zabijając przy okazji dwóch ochroniarzy, a rzepak GMO i jeden z pracowników zniknęli bez śladu. W dodatku ktoś przesyła informację o bombie podłożonej w hotelu, w którym trwa gala, a biedny Simon dostaje po głowie. Coś tu zaczyna mocno śmierdzieć i bynajmniej nie jest to nieświeży kawior. Largo postanawia osobiście przyjrzeć się sprawie i leci do Meksyku, gdzie, niesamowitym zbiegiem okoliczności, o mało nie pada ofiarą „wypadku” w terrarium pełnym kobr. W tym samym czasie, niejaki Karenski, specjalista od cyberbezpieczeństwa Grupy W, mający właśnie namierzyć hakera, infiltrującego sieć korporacji, spotyka kilku niezbyt sympatycznych panów, ubogich w zasady moralne, ale bogatych w siłę fizyczną, co kończy się dla niego pobytem w szpitalu… Próby odkrycia, kto i dlaczego wziął na celownik Grupę W, zabiorą nas razem z Largo (i towarzyszącymi mu czasem Joy Arden i Simonem) w podróż do takich miejsc jak Nowy Jork, meksykańskie Vera Cruz, Syberia, wyspa Sarjevane gdzieś na Adriatyku, czy malownicze miasteczko i klasztor na Sardynii. Fabuła przypomina dobry film sensacyjny, więc nie zabraknie strzelanin i kilku wybuchów (tylko w cutscenkach), ani wymiany ciosów (w postaci turowego starcia, o którym więcej za chwilę).
Obrazek
Obrazek
Jeśli chodzi o kwestie techniczne, to gra ma już swoje lata (w końcu działa na wiekowym silniku RenderWare, tym samym, który napędzał GTA Vice City), co widać zwłaszcza po kanciastości modeli i niskiej rozdzielczości tekstur. Sterowanie przy użyciu klawiatury może nie przypaść do gustu osobom przyzwyczajonym do tradycyjnego wskaż i kliknij, ale nie jest jakoś szczególnie niewygodne. Działa niemal identycznie jak w Broken Sword 3. Muzyka się nie zestarzała i trzyma poziom.
Obrazek
Obrazek
W kwestii zagadkowej jest całkiem dobrze. Większość wyzwań, to zagadki przedmiotowe, ale jest też trochę logicznych. Mamy klasyczną przesuwankę, ustawienie partii szachów, przechodzenie po odpowiednich literach zgodnie z zasadą „Idź śladami założyciela, ale nie nastąp na Zbawiciela” (warto sobie zapamiętać drugą część tego zdania, bo zlekceważenie jej będzie miało nieprzyjemne konsekwencje), i hakowanie serwerów. To ostatnie zrealizowano w postaci gierki, polegającej na przejmowaniu węzłów sieciowych, dotarciu do serwera, a następnie powrotu do punktu startu, nie dając się złapać programom ochronnym. Ogólnie ten rodzaj zagadki przypadł mi do gustu, ale w trakcie gry wykorzystano go ze 2-3 razy za dużo. Osobną kategorię wyzwania stanową wspomniane już wcześniej walki, które zamiast zręcznych palców wymagają odrobiny pomyślunku. Do wyboru jest cios pięścią, albo silniejsze kopnięcie i ruchy specjalne, jak chwilowe obezwładnienie przeciwnika, rzut nożem, albo przedmiotem z otoczenia. W tych starciach (i w paru innych miejscach w grze) można zginąć, ale są dość proste, chyba, że bogowie generatora liczb pseudolosowych spowodują, że prawie każdy cios Largo chybi, a dosłownie każde uderzenie przeciwnika będzie celne (chociaż taka sytuacja zdarzyła mi się tylko raz). Ogólnie przejście gry zajęło mi około 14 godzin, co jest całkiem niezłym wynikiem dla tego gatunku.
Obrazek
Obrazek
Dobrze się bawiłem (ponownie) w towarzystwie ekscentrycznego miliardera, tropiąc wrogów Grupy W.

Ocena: 8+

Plusy:

Muzyka
Largo (w przeciwieństwie do bohaterów wielu przygodówek) nie ma oporów przed stosowaniem przemocy
Ciekawa fabuła
Zachowano przygodowy klimat komiksu

Minusy:
Po grze widać upływ czasu
Sterowanie z klawiatury
PRNG potrafi być bezlitosny
Kolejna gra, która wymyśla nieistniejące kraje
- Bruno, ty chyba masz paranoję.
- Paranoja jest wtedy, gdy nikt nie chce cię zabić. -BS3

ODPOWIEDZ

Wróć do „Largo Winch: empire under threat”