Tale of a hero: zaginiona historia - recenzja

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Adam_OK
Moderator
Posty: 2758
Rejestracja: 24 lutego 2013, 10:28
Lokalizacja: Ząbki koło Warszawy
Podziękował(a): 61 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 36 razy
Płeć:

Tale of a hero: zaginiona historia - recenzja

Post autor: Adam_OK » 31 grudnia 2013, 15:32

Obrazek
Panowie z Future Games mają spory wkład w rozwój naszego forum. W końcu to dzięki ich tytułowi „Black Mirror” ono powstało. Od tego czasu minęło kilka lat, ale i my i oni nadal się rozwijamy. My ulepszamy nasze forum i stronkę, a oni tworzą kolejne gry. Niedawno w Polsce ukazał się ich najnowszy produkt o nazwie „Zaginiona Historia – Tale of a Hero”. Czy jest ona równie udana jak Czarne Zwierciadło? Przeczytajcie i oceńcie sami.

Wcielamy się w tej produkcji w Olafa. Jest on synem sławnego swego czasu rycerza, który stawiał czoła różnym potworom, wśród nich i smokom. Gdy odmówił udziału w wojnie, którą uważał za bezsensowną wygnano jego i jego rodzinę. Wstawiła się za nimi jedynie córka króla, ale że była ona wtedy jedynie małą dziewczynką, to nikt jej nie posłuchał. Po wielu latach, gdy ojciec Olafa już nie żył, a młodzieniec wiódł spokojne życie rybaka w małej wiosce i szykował się do ślubu z córką karczmarza pojawił się w okolicy potwór, który gnębił wieśniaków. Olaf postanowił się z nim rozprawić. Od tego momentu przejmujemy kontrolę nad wydarzeniami. Oczywiście pokonanie wrednej kreatury nie oznacza końca naszych przygód, a stanowi jedynie do nich wstęp. Otóż nasz bohater dowiaduje się, że królewska córka (ta sama, która się wstawiła za jego ojcem) została porwana przez lodowego giganta zwanego Krugellem. Wiele lat wcześniej ojciec Olafa zabił brata Krugella, który teraz chce się zemścić. Nasz młodzieniec wiedząc, że jest to pułapka postanawia wyruszyć na wyprawę i pomóc księżniczce. Chce też w ten sposób spłacić wobec niej dług wdzięczności za to, co zrobiła wiele lat temu. Oczywiście droga do siedziby Krugella jest długa i żmudna, ale jednocześnie ciekawa i pełna wrażeń. Podczas niej odwiedzimy takie lokacje jak jaskinie, bagna czy nawet dno morza. Wszystko to składa się na cztery rozdziały, na ukończenie których potrzeba około 12 – 15 godzin. Biorąc pod uwagę obecne standardy, to dobry wynik. Niestety, ja sam byłym nim rozczarowany, gdyż gdzieś czytałem, że gra oferuje zabawę nawet trzy razy dłuższą (i na tyle się nastawiałem). Tyle, że nie pamiętam gdzie to było, może po prostu mi się tak tylko wydawało. Oczywiście długość gry zaliczę jej na plus, tym bardziej, że chwile przy niej spędzone były pełne wrażeń i emocji.

Niestety, nie wszystkie te emocje były pozytywne. Mianowicie, podczas rozgrywki zabrakło mi jednej, ale za to bardzo ważnej rzeczy. Mowa tu o zagadkach logicznych, które od wielu lat są nieodłącznym elementem każdej szanującej się przygodówki. Tutaj, przez te wszystkie godziny nie spotkamy ani jednej łamigłówki, układanki, przesuwanki itp., nic, kompletne zero, gdyż twórcy gry świadomie! z nich zrezygnowali. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że pod koniec „podwodnego” rozdziału istniała szansa, że choć jedną takową w grze ujrzymy i trzeba będzie się z nią zmierzyć. Szansa ta zniknęła bardzo szybko, bo nasz bohater zdecydował, że zamiast rozwiązania umysłowego wybierze siłowe. I to w zasadzie wszystko, poza tym gra oferuje jedynie łamigłówki „przedmiotowe”, czyli takie w których korzystamy z zawartości naszego ekwipunku. Przy tej okazji chciałem pochwalić twórców gry za pewne jej urealnienie. Otóż tym razem, gdy potrzebna będzie nam np. drabina, kocioł czy cokolwiek innego o większych rozmiarach, to Olaf nie weźmie tego do kieszeni, bo mu się to normalnie w niej nie mieści. Niemniej ikona tego przedmiotu w inwentarzu jest, ale łatwo ją odróżnić od tego, co jest w nim „na stałe”. Zwykle pojawienie się ikony takiej drabiny poprzedzone jest komentarzem w stylu „Zostawię to na miejscu aż do chwili, gdy będę wiedział do czego mi się to przyda”. W efekcie, gdy chcemy użyć tej drabiny klikamy jej ikonką na właściwym miejscu, nasz bohater idzie po nią i stawia we wskazanym punkcie. Wszystko to trwa dosłownie pięć sekund, bo nie śledzimy całej drogi Olafa w tę i z powrotem, a jedynie jej początek i koniec. Dzięki temu panowie z Future Games rozprawili się z największym absurdem dotyczącym gier z naszego ulubionego gatunku.

Obrazek

Dużo lepiej przedstawia się (i to dosłownie) grafika – kolorowa i bajkowa, czyli dokładnie taka, jaka być powinna. Kiedy się patrzy na świat wykreowany przez grafików, ma się wrażenie, że on naprawdę istnieje i jest na wyciągnięcie ręki. Najlepiej wygląda (moim zdaniem) podwodna kraina pełna różnych wspaniałych rzeczy od raf koralowych począwszy na jaskiniach skończywszy. Wszystko, co tam jest ma swój niepowtarzalny urok. Inne lokacje są również udane, widać że twórcy poświęcili im sporo uwagi. Jeśli chodzi o postacie, to generalnie też jest dobrze – wszystkie wyglądają naprawdę dobrze, nawet Krugell nie odstrasza swym wyglądem. Zastrzeżeń nie mam też do ich animacji – bohaterowie gry poruszają się naturalnie niezależnie od tego, czy chodzą czy pływają. Jeśli zaś chodzi o przerywniki filmowe – te też są świetne, szczególnie ten, na którym nasz hero płynie na wielorybie. Mam jednak jedno małe zastrzeżenie do filmiku, na którym Olaf dostaje łuskę od białego suma. Pokazana jest wówczas na zbliżeniu jego dłoń. Palce u niej wyglądają nienaturalnie, szczególnie ich końce. Oczywiście to tylko drobny szczegół, który nie wpłynie na odbiór całości, ale jest on małą rysą na tym doskonałym obrazie.

Również muzykę ocenię pozytywnie, bo jest ona po prostu fajna. Raz jest cicha i spokojna jak majowy zefirek, raz żywa, skoczna i taneczna, a czasem potrafi zaskoczyć i uderzyć mocno jak Mike Tyson za swoich najlepszych czasów. W efekcie mamy bardzo piorunującą mieszankę, która powinna zaspokoić każdego melomana. Z tego względu polecam każdemu, aby podczas zabawy nieco się zatrzymał i wsłuchał w ścieżkę dźwiękową, gdyż muzyka wkomponowuje się w tło idealnie i można zwyczajnie nie zwrócić na nią uwagi. Można wręcz powiedzieć, że jest ona jak doskonały sędzia sportowy – wszyscy wiedzą, że on jest, ale po zakończeniu meczu nikt nie pamięta, kto go sędziował.

Obrazek

Teraz kilka zdań o interfejsie. Jest to tradycyjne point and click, więc ani rutyniarze, ani nowicjusze nie powinni mieć z nim problemów. Wszystkie czynności wykonujemy myszą klikając w odpowiednim miejscu. Co poniektórym może przeszkadzać fakt, że Olaf nie umie biegać, ale klikając dwukrotnie na brzegu planszy nasz bohater automatycznie przemieści się do sąsiedniej lokacji. Jeszcze szybciej odbywa się to za pomocą mapy, gdyż dzięki niej można przejść o kilka(naście) plansz naraz. Tu jednak pojawia się mały zgrzyt – w podwodnym świecie pod koniec naszego w nim pobytu skorzystanie z mapy oznacza utknięcie na amen. Trzeba pewien newralgiczny odcinek przejść „ręcznie”, lokacja po lokacji i dopiero wtedy można ruszyć akcję z miejsca. Wkurzyło mnie to ostro, bo nim to odkryłem, to straciłem mnóstwo czasu na łażenie w tę i we wtę zastanawiając się, co zrobiłem źle, albo czego nie zrobiłem.

W grze wkurzyła mnie tez inna rzecz, związana z jej polonizacją. Ta ostatnia generalnie jest udana, ale jednej rzeczy nie daruję nikomu. Otóż we wspomnianym tu wiele razy podwodnym świecie znajdujemy coś, co nazwano „kocioł z brONzu”. Jak to zobaczyłem, to zacząłem się zastanawiać, jak osoba odpowiedzialna za ten tekst skończyła podstawówkę, bo to pomyłka właśnie na poziomie szkoły podstawowej. W końcu jest „brĄz”, kolor „brĄzowy” itp. A może to miał być „kocioł z BrONxu”? To bym jeszcze zrozumiał, tyle, że brąz to stop metali, a Bronx to miejsce (dzielnica Nowego Jorku), a więc zupełnie co innego. Na szczęście to jedyna tak poważna wpadka, innych nie zanotowano, choć tekstu do tłumaczenia było niemało. Piszę „tekstu”, bo to polonizacja kinowa, więc głosy zostawiono angielskie.

Trochę angielskie, bo nieco absurdalne, jest też poczucie humoru. Wbrew pozorom jest go tutaj sporo, wystarczy tu powiedzieć o pewnej przerośniętej i niezwykle gadatliwej małży. Poza tym, gdy wcześniej Olaf ożywił pewnego znanego jasnowidza, to okazał się on ... grzybem. Bardzo interesująca jest też sytuacja, gdy pod koniec rozgrywki Olaf ożywił pocałunkiem (a jakże!, w końcu to bajka) zaklętą w kamień księżniczkę. Myślicie, że ona z wdzięczności rzuciła mu się na szyję? To ... sprawdźcie sami, bo to naprawdę ciekawe. Zresztą tuz obok niej stało pewne Zwierciadło, Czarne Zwierciadło. Brzmi znajomo, czyż nie? To tylko część żartów, jakie przygotowali panowie z Future Games, resztę odkryjcie sami.

Ogólnie „Tale of a Hero” to pozycja godna uwagi, gdyż zapewni sporo interesującej rozrywki na długie zimowe wieczory. Gdyby tylko były jakieś zagadki, to dla mnie byłaby ona zdecydowanym kandydatem do tytułu „Przygodówki Roku 2008”, a tak nie jest. Szkoda, bo inne błędy są niewielkie i nie wpływają na całość tak bardzo, jak ten nieszczęsny brak łamigłówek.
OCENA GRY: 7/10

ZALETY:

+ interesująca fabuła
+ humor
+ świetna grafika
+ bardzo dobra muzyka
+ sensowny pomysł na inwentarz
+ interfejs (bez mapy)
+ polonizacja

WADY:

- zero! zagadek
- mapa
- „kocioł z brONzu”

Obrazek
Czasem trzeba się cofnąć, aby móc pójść dalej.
Moja lista gier ukończonych
W sprawach forum i www piszcie: adam_ok(at)przygodomania.pl

ODPOWIEDZ

Wróć do „Tale of a hero: zaginiona historia”