Riven: the sequel to Myst - recenzja

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Adam_OK
Moderator
Posty: 2797
Rejestracja: 24 lutego 2013, 10:28
Lokalizacja: Ząbki koło Warszawy
Podziękował(a): 62 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 37 razy
Płeć:

Riven: the sequel to Myst - recenzja

Post autor: Adam_OK » 19 października 2013, 17:36

Obrazek
Grając w pierwszą część Mysta, przekonałem się, że lepiej jest wydawać ocenę na podstawie swoich doświadczeń, niż kierując się opiniami osób trzecich. Gra ta sprawiła, że do Rivena podchodziłem z całkiem dużą dozą entuzjazmu. Niestety, z każdą chwilą spędzoną przy tej drugiej produkcji entuzjazm ten malał. A wszystkiemu winna była...

...NUDA :-( To ona sprawiła, że w Rivena grałem bardziej z obowiązku kronikarskiego (z którego teraz się wywiązuję) niż dla przyjemności. Ba, gdyby nie ten obowiązek, to nigdy bym tej gry nie ukończył. Moi wierni czytelnicy (mam nadzieję, że choć kilku takowych jest) zapewne pamiętają, że to samo pisałem o polskiej produkcji pt. „Chłopaki nie płaczą”, której wystawiłem ocenę 3/10. Jak widać trudno uznać to za rekomendację.

No dobrze, ale cóż takiego mnie w Rivenie znudziło? Otóż przede wszystkim tragiczna fabuła. Co prawda wiele osób twierdzi, że dzieła firmy Cyan jej nie mają, niemniej o poprzedniku Rivena powiedzieć się tego nie da, ba ten element był całkiem udany. Tu niby też jest opowiedziana pewna historia, która zaczyna się w tym samym momencie, w którym zakończył się pierwszy Myst. Okazało się bowiem, że rozwiązanie problemu synów Atrusa to nie wszystko – teraz trzeba odnaleźć ich matkę. Wiadomo, że jest ona gdzieś w świecie zwanym Riven i że to my mamy podjąć się misji jej uratowania, gdyż jej „kochający” (właśnie widać jak bardzo) mąż ma ważniejsze sprawy do załatwienia. Żeby jednak nie było, Atrus załatwia nam „transport” do Rivena, obiecuje też, że gdy wykonamy zadanie, to po nas wróci. Tuż po dotarciu na miejsce i po objęciu kontroli nad naszą postacią znajdujemy na półce skalnej zwłoki pewnego mężczyzny, które rozbudziły moją nadzieję na wątek kryminalno–sensacyjny, lecz okazała się ona płonna. Jednak najgorsza była kompletna dezinformacja i zdezorientowanie jakie mi towarzyszyło podczas podróży po świecie gry. Objawiało się to tym, że nieraz nie miałem zielonego pojęcia, gdzie mam iść, co mam zrobić i czy czegoś nie przeoczyłem. Nie podobało mi się również to, że był tylko główny cel – odnaleźć Catherine, a nie było żadnych celów pośrednich czy niezwiązanych z głównym zadaniem. To tak jakby grać w grę RPG bez questów pobocznych! Po prostu koszmar, bo to ich liczba i jakość decydują często o jakości całej gry. Kto grał w Baldura, Fallouta czy inną grę tego typu, ten wie o czym mówię i zapewne przyzna mi rację. Niestety, w kontynuacji Mysta zabrakło tego elementu. W części pierwszej taką rolę pełniło zbieranie kolorowych stron dla obu braci, tu niczego podobnego nie było. Prowadziło to do wspomnianego zdezorientowania, a to z kolei sprawiało, że coraz bardziej odechciewało mi się grania i z coraz większą niecierpliwością wypatrywałem napisu „The End”. A gdy w końcu zobaczyłem finalny filmik, uznałem, że gdybym to ja był kierowaną przeze mnie postacią, to normalnie spuściłbym Atrusowi łomot, bo w decydującym momencie zachował się jak typowy polski polityk, brrrrr.

Obrazek
Co gorsza, opisywanej tu produkcji nie ratują zagadki, czyli kolejny bardzo ważny element. Jak przystało na grę firmy Cyan jest ich tu naprawdę wiele i to takich, które naprawdę zmuszają do myślenia. Normalnie uznałbym to za wielką zaletę, ale tu mam poważny problem. A wszystko przez nudę – sprawiła ona, że odechciewało mi się grania, a więc i myślenia nad łamigłówkami. A, jak wspominałem wyżej, chciałem jak najszybciej zakończyć Rivena, więc było to w sprzeczności z samodzielnym rozwiązywaniem zagadek, bo jest to czasochłonne. W efekcie przynajmniej pół gry (albo i więcej) spędziłem z nosem w solucji. Przyczyniły się do tego również same łamigłówki, bo często były dla mnie zbyt skomplikowane, gdyż nie wiedziałem, jak się za nie zabrać i o co w nich chodzi. Być może nie potrafiłem znaleźć do nich wskazówek, a być może było ich za mało – nie wiem. Wiem za to jedno – niezależnie, która z tych wersji jest prawdziwa, to twórcy gry popełnili tu błąd, bo za bardzo utrudnili swój produkt. W rezultacie jest on tylko dla maniaków, a wielu przeciętnych graczy Rivena ominie szerokim łukiem.

Jeśli zaś chodzi o kwestie techniczne, to w stosunku do poprzednika widać tu wyraźny postęp. Poprawiono m.in. grafikę, która choć także nieco pikselowata, jest bardziej kolorowa niż w pierwszym Myście. Podobały mi się szczególnie niektóre efekty, np. te podczas przejażdżki wagonikiem. Ładnie przedstawiają się również widoczki w grze, a wnętrza różnych pomieszczeń czy jaskiń też robią pozytywne wrażenie. Dobrze oddają to screeny, których kilka zamieściłem w tym tekście. Krótko mówiąc – grafika to jeden z lepiej wykonanych elementów tej produkcji.

Drugą taką rzeczą, o której mogę mówić w pozytywach, jest interfejs. Na to zdanie zasłużył sobie faktem, że wszystkie błędy, o jakich pisałem w recenzji części pierwszej, zostały naprawione. Oznacza to, że sejwy wreszcie działają tak samo jak w innych gierkach i tam gdzie się zapisywałem, to w tym samym miejscu byłem po załadowaniu. Pojawiło się też coś, co można nazwać ekwipunkiem. Co prawda zbieramy jedynie książki i to zaledwie kilka na całą rozgrywkę, ale należy to docenić. Pozostałe sprawy związane z interfejsem też zostały wykonane dobrze i nikt nie powinien mieć problemów z ich obsługą.

Obrazek
Teraz słów kilka o muzyce i dźwiękach, ale tym razem nie będzie tak różowo. A to wszystko dlatego, że po mniej więcej 2/3 gry zamiast dialogów słyszałem tylko trzaski. Czy to wina mojego egzemplarza, czy przyczyna tego stanu rzeczy jest inna – nie wnikam w to, stwierdzam tylko fakt. Ten fakt bardzo mi dokuczał i w efekcie zostałem zmuszony do wyłączenia głośników, bo nie chciałem się katować. Do tego momentu wszystko było całkiem nieźle – muzyczka, która nie drażniła mych uszu, a nawet słuchało się jej całkiem przyjemnie i odgłosy, które brzmiały tak, jak powinny.

Na koniec standardowo o polonizacji. I standardowo napiszę, że nie było się do czego przyczepić. W tekście pisanym nie napotkałem jakichś rażących błędów, a głosy (które słyszałem nim coś się zacięło) były dobrze dobrane.

Porównując Rivena do pierwszego Mysta, można powiedzieć, że to co w tej pierwszej grze było dobre, w drugiej zepsuto, i odwrotnie. A że te gorsze elementy w Rivenie należą do tych najważniejszych, więc ich wpływ na ocenę końcową będzie bardzo duży. Z drugiej strony teraz wiem, skąd wzięły się opinie przytaczane przeze mnie we wstępie do recki Mysta i w pełni je rozumiem. I tak jak długo te opinie mnie zniechęcały do tej serii, tak po drugiej jej odsłonie wróciły one do mnie, powodując, że mój entuzjazm i ochota na bliższe zapoznanie się z kolejnymi częściami są bardzo niewielkie.
OCENA GRY: 4/10

ZALETY:

+ poprawne wykonanie od strony technicznej
+ niezłe spolszczenie
+ poprawienie kilku niedoróbek

WADY:

- nuuuuuuuuuuuda
- przekombinowane zagadki
- beznadziejne zakończenie
- niedoróbki dźwiękowe

Obrazek
Czasem trzeba się cofnąć, aby móc pójść dalej.
Moja lista gier ukończonych
W sprawach forum i www piszcie: adam_ok(at)przygodomania.pl

ODPOWIEDZ

Wróć do „Riven: the sequel to Myst”