Neverhood - recenzja

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Adam_OK
Moderator
Posty: 2801
Rejestracja: 24 lutego 2013, 10:28
Lokalizacja: Ząbki koło Warszawy
Podziękował(a): 62 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 37 razy
Płeć:

Neverhood - recenzja

Post autor: Adam_OK » 14 czerwca 2020, 15:51

Obrazek

Kiedy niedawno pisałem recenzję „Armikroga” byłem święcie przekonany o tym, że jego duchowy poprzednik został już przeze mnie opisany. Jak się okazało, tak nie jest. W związku z tym postanowiłem nadrobić to zaniedbanie i skupić się dziś na grze z 1996 roku.

Fabularnie jest to opowieść o Kalymenie. Na początku gry nasz bohater budzi się w pewnym pomieszczeniu. Dom, w którym on jest, jak i cały świat (z naszą postacią włącznie) jest plastelinowy, a jego twórcą jest niejaki Hoborg. Trochę jak w Biblii, tak i tutaj, po tym, jak powstało otoczenie, to następnie pojawił się pierwszy mieszkaniec, a był nim niejaki Klogg. Dostał on pełną swobodę w działaniu, z czego skrzętnie skorzystał. Kombinował on długo, aż w końcu mu się osiągnąć swój cel, jakim była kradzież korony Hoborga. Gdy to się stało, to pierwotny właściciel wspomnianego symbolu władzy dosłownie zamarł. Stało się z nim to samo, co dzieje się z samochodem bez paliwa – przestał działać. Jedynym sposobem na to, by wszystko wróciło do normy jest zabranie korony Kloggowi i oddanie jej Hoborgowi. To jest właśnie zadanie dla Klaymena, choć szczegóły tej historii poznajemy wraz z rozwojem fabuły. W związku z tym, nie zdradzę czemu akurat nasz plastelinowy ludzik został do tego zadania wybrany ani też nie powiem, skąd on się w ogóle wziął. Nie zdradzę też, jak się ta cała historia skończy, tym bardziej, że pod koniec rozgrywki trzeba dokonać wyboru decydującego o tym, jaki będzie finał. Dojście do niego wytrawnemu graczowi zajmie stosunkowo niewiele czasu – myślę, że trzy godziny to maks. Jeśli jednak nie jesteś weteranem gatunku albo jakimś sposobem przez te ponad dwadzieścia lat nie miałeś okazji, by się z ta produkcją zapoznać, to jej przejście zajmie ci odpowiednio więcej czasu. Co prawda, to i tak nie da jakiegoś nadzwyczajnie wysokiego wyniku, ale tego się wcale nie czuje. I choć ja w „Neverhooda” grałem już dosyć dawno temu i nie jestem w stanie powiedzieć ile mi osobiście zajęło jego ukończenie, ale pamiętam, że każda chwila spędzona z dziełem Douga TenNapela była bardzo przyjemna i czas przy niej płynął bardzo szybko. Za to należy się duży plus.

Obrazek

Kolejny przyznam za zagadki. Tradycyjnie są ich dwa podstawowe rodzaje – przedmiotowe i „puzzlowate”. Jeśli chodzi o te pierwsze, to Klaymen wszelkie potrzebne mu rzeczy przechowuje w swoim... brzuchu. Najczęściej są to tamtejsze kasety VHS, na których nagrane są fragmenty filmu opowiadającego całą historię świata oraz Klaymena. Zebranie ich wszystkich jest wymagane do poznania całej tej opowieści. Kasety te można włożyć do jednego z odtwarzaczy rozmieszczonych w różnych punktach otoczenia naszego bohatera. Na szczęście działa to tak, że jak się dany nośnik włożysz do jednego z nich, to fragment historii, który na nim jest można potem obejrzeć w dowolnym miejscu. Można wręcz powiedzieć, że te odtwarzacze są połączone w coś rodzaju internetu i wprowadzenie danych w jednym punkcie sieci daje dostęp do nich, tak jakby były na jakimś serwerze. Piszę o tym sporo, bo zdobycie jednej ze wspomnianych kaset do najłatwiejszych nie należy. Właściwie jest ono nie tyle trudne, co żmudne. Wymaga ono pójścia czterdzieści (!) ekranów w jedną stronę, zabrania wspomnianego nośnika i powrót, czyli ponowne przejście tych czterdziestu (!) ekranów, tyle że w drugą stronę.

Jeśli zaś idzie o zadania niewymagające korzystania z zawartości ekwipunku, to jest ich całkiem sporo. Można powiedzieć, że mamy tu ich standardowy zestaw ze sliderami i różnego rodzaju układaniem symboli na czele. Poza tym jest jeszcze mini – gra w stylu memo oraz kierowanie myszką do odpowiedniej dziury tak, aby w końcu dostała ona kawałek sera. Jest tego naprawdę dużo, więc wszyscy ci, którzy lubią łamanie głowy będą zadowoleni.

Obrazek

Jeśli chodzi o oprawę graficzną, to uważam, że „Neverhood” zestarzał się całkiem godnie. Owszem, trudno dziś się zachwycać tym, co widać podczas rozgrywki, ale trudno aby tak było w przypadku gry liczącej sobie ponad dwadzieścia lat. A w chwili swej premiery ten tytuł robił naprawdę niemałe wrażenie, i nie chodzi tu tylko o ogrom pracy, jaki włożyli twórcy tworząc cały świat i wszystko to, co w nim jest z plasteliny. Do dziś, choć piksele zapewne wielu bija po oczach, to animacje czy cut-scenki mogą się podobać. Mówiąc krótko – to naprawdę ładna, dobrze wyglądająca gra.
Muzycznie i dźwiękowo też jest co najmniej spoko. W większości kawałków usłyszymy gitarę i/lub perkusję, czasem też trąbkę. W niektórych jest też coś na kształt śpiewu, choć mi osobiście bardziej przypominało to pijacki bełkot :P W sumie daje to bardzo fajną mieszankę, bo muzyka łatwo wpada w ucho. Sprawia ona też wrażenie nieporadności, tak jakby została stworzona przez kilkulatka. Tak oczywiście nie było, a uzyskany efekt bardzo dobrze pasuje do klimatu tej produkcji i do jej humoru. Budzi ona też pewne skojarzenia z utworem z show Benny'ego Hilla (tym, który słychać było w czasie finałowego „pościgu”), a to spory komplement. Dźwiękowo oraz w kwestii dubbingu (choć aktorzy w tej ostatniej sprawie za wiele pracy nie mieli) też jest dobrze, więc nie ma co się o tym rozpisywać.

Obrazek

Za to warto poświęcić parę słów humorowi. To bardzo istotny element tej gry, z którym stykamy się praktycznie bez przerwy. A to dlatego, że Klaymen jest niezgrabny i coś wywinie, a to wydarzy się coś zabawnego niezależnie od poczynań naszej postaci, a to zobaczymy śmieszną animację lub filmik. Ta gra (według mnie) potrafi rozbawić każdego, naprawdę nie wyobrażam sobie, by ktoś podczas zabawy nie zaśmiał się albo chociaż nie uśmiechnął pod nosem kilka razy. I jeśli ktoś jeszcze nie zna dzieła Douga TenNapela, a grafika z końca poprzedniego stulecia go odrzuca, to tylko i wyłącznie ze względu na humor powinien się przełamać i dać „Neverhoodowi” szansę. Naprawdę warto.

Warto, bo jest to po prostu klasyk gatunku i stał on się nim całkowicie zasłużenie. Nie tylko ze względu na humor, ale także nie można pominąć całkiem udanej fabuły, wielu intrygujących zagadek oraz świetnej (jak na datę premiery) oprawy audio – wizualnej. Poza wspomnianą „akcją” z czterdziestoma ekranami, to trudno mi znaleźć w tej grze więcej wad. Jeśli więc jakimś cudem ten tytuł jest ci nieznany, to nadrób szybko to „niedociągnięcie”.

OCENA GRY: 9/10

ZALETY:

+ humor
+ fabuła
+ zagadki
+ oprawa wizualna
+ muzyka i ścieżka dźwiękowa

WADY:

- te słynne czterdzieści ekranów
- dla niektórych może być nieco za krótka

Obrazek
Czasem trzeba się cofnąć, aby móc pójść dalej.
Moja lista gier ukończonych
W sprawach forum i www piszcie: adam_ok(at)przygodomania.pl

ODPOWIEDZ

Wróć do „Neverhood”