Myst: masterpiece edition - recenzja

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Adam_OK
Moderator
Posty: 2790
Rejestracja: 24 lutego 2013, 10:28
Lokalizacja: Ząbki koło Warszawy
Podziękował(a): 62 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 37 razy
Płeć:

Myst: masterpiece edition - recenzja

Post autor: Adam_OK » 14 lipca 2013, 13:54

Obrazek
O grach z serii Myst słyszałem wiele I to od długiego czasu I muszę przyznać, że opinie te mnie od tych gier odrzucały. A były to opinie w stylu „brak fabuły”, „zero dialogów”, „strasznie trudne zagadki, ba właściwie cała gra to chodzenie od łamigłówki jednej do drugiej” itp. W końcu parę ładnych miesięcy temu w Polsce wydane zostały trzy pierwsze części tej sagi za śmiesznie małe pieniądze, więc uznałem że niewiele ryzykuję i kupiłem ten zestaw. Przyświecała mi wtedy jedna idea – zweryfikować poglądy, które przytoczyłem.

Jak ta weryfikacja wypadła będzie widać na końcu tego tekstu, ale jedno mogę powiedzieć już teraz. Zdanie dotyczące braku fabuły w przypadku części pierwszej nie do końca jest prawdziwe. A wszystko wygląda tak – postać, którą kierujemy i o której w zasadzie nie wiemy nic w równie dziwny i tajemniczy sposób trafia na wyspę Myst. Po chwili trafiamy do biblioteki, w której dwie księgi zwracają na siebie szczególną uwagę – jedna jest czerwona, druga niebieska. Obie są więzieniami dla dwóch braci – synów Atrusa, którzy spalili znaczną część miejscowych księgozbiorów. Aby im pomóc należy odnaleźć kartki w odpowiednim kolorze ukrytych w 4 różnych światach, zwanych wiekami, i je im te stronice dostarczyć. Tylko trzeba pamiętać o jednym – obu braci nie da się uwolnić, więc trzeba będzie zdecydować, który mówi prawdę, a który kłamie. A może żaden nie jest tak do końca szczery a prawda leży gdzieś pośrodku? To trzeba ustalić samemu i to jest celem naszej wędrówki po wyspach.

Jak widać – pewna historia w grze została opowiedziana. Może i nie jest to opowieść, która przykuwa do monitora jak magnes, (bo np. praktycznie nie ma z kim pogadać) ale też nie można powiedzieć, że zostałem przez nią zanudzony. Mogę powiedzieć, że byłem tym bardzo pozytywnie zaskoczony i za to daję temu tytułowi pierwszego plusa.

Obrazek

Drugiego bez wahania dałbym za zagadki, gdyby nie pewne „ale”. Chodzi mi tu o łamigłówkę muzyczną, w której należało ustawić pięć dźwięków w celu uruchomienia pewnego pojazdu. Było to dla mnie straszne przeżycie, bo nie mam odpowiedniego do niej słuchu. I gdyby nie informacja, jaką znalazłem w sieci, że ten problem można rozwiązać „matematycznie” nigdy by mi się to nie udało, chyba że jakimś cudem. Tak czy inaczej straciłem przy niej sporo nerwów, bo choć się starałem, to własnymi siłami nie byłem w stanie jej pokonać i nawet system podpowiedzi niewiele mi pomógł. Pozostałe zagadki były na szczęście lepsze, czyli nie wymagały od gracza nadprzyrodzonych umiejętności, a jedynie logicznego myślenia. A że ich nie brakowało, więc byłem nimi prawie ;-) w pełni usatysfakcjonowany.

Co do innych elementów, to z nimi też różnie bywa. Weźmy na tapetę taką grafikę – w zasadzie jedyne, co można jej „zarzucić”, to jej wiekowość. Poza tym jest ona naprawdę ładna i kolorowa. Dominują tu barwy żywe, ale są też bardziej stonowane, trochę jakby wyblakłe. Ich odcienie zostały dobrze dobrane i w efekcie ładnie się ze sobą komponują. Myślę, że dzięki grafice każde z odwiedzanych miejsc ma swój specyficzny klimat.

Jeśli chodzi o muzykę, to jest tu ciut gorzej. Niby każda lokacja ma swoją charakterystyczną ścieżkę dźwiękową, ale te kawałki słyszane zbyt często potrafią być denerwujące. Dotyczy to w szczególności motywu przypisanego do wyspy Myst – pod koniec gry wyłączyłem głośniki, bo już nie mogłem dłużej wytrzymać. Co do pozostałych ścieżek dźwiękowych jest lepiej, ale nie mogę powiedzieć, aby muzyka z tej gry jakoś szczególnie zapadła mi w pamięci.

I tak od najlepszych części tej produkcji przez takie, gdzie trochę pochwaliłem, trochę ponarzekałem przeszedłem do elementów, gdzie marudzenia będzie dużo więcej niż zachwalania. Przede wszystkim muszę tu opowiedzieć o interfejsie. O ile jeszcze widok z perspektywy oczu bohatera przerażający nie jest, bo i tak wszystkie polecenia wydajemy myszą, to cała reszta jest co najmniej denerwująca. Ot, choćby taki system zapisywania gry. Niby można zapisać się w dowolnym momencie na dowolnej wyspie, ale to i tak gra wie lepiej, z którego miejsca należy zacząć rozgrywkę po wczytaniu danego zapisu. Przykładowo – na wyspie Myst niezależnie od tego czy zapisałem się na jej jednym czy drugim końcu albo gdzieś pomiędzy, to i tak po załadowaniu zaczynałem zawsze w bibliotece i to w dodatku patrząc w sufit! Oznaczało to, że po wczytaniu gry trzeba było przebyć określony kawałek, aby dotrzeć do miejsca, w którym dokonało się zapisu. Nie wiem, kto to wymyślił, ale wiem, że mnie się to bardzo niespodobało.

Obrazek

To jednak było mimo wszystko małe piwo w porównaniu z całkowitym brakiem inwentarza! To chyba jedyna przygodówka, w której nie ma nawet jego namiastki, a przynajmniej jedyna, jaką znam. Taki stan rzeczy miał pewne przykre konsekwencje – wiele czynności należało wykonać dwa razy, szczególnie jeśli chciało się każdemu z braci dostarczyć każdą stronę z jego książki. W końcu brak ekwipunku powodował, że nie można było zabrać obu stron z danego wieku na raz, bo wzięcie np. strony czerwonej, gdy trzymało się w ręku niebieską powodowało odłożenie tej drugiej. Każdy więc wiek należało odwiedzić dwukrotnie, i co gorsze – dwukrotnie rozwiązywać tę samą zagadkę. Dla przykładu – aby na jednej z wysp odnaleźć księgę Myst, która służyła za teleport należało w pewnym pojeździe pokonać całkiem spory labirynt. Gdy się do tej ery wróciło po drugą stronicę nie wystarczyło wsiąść do tego pojazdu i kazać mu jechać, trzeba było znowu po kolei pokonywać całą tę plątaninę tuneli. W efekcie brak inwentarza powodował sztuczne wydłużenie czasu potrzebnego na ukończenie pierwszej części tej sagi.

Poza tym rozgrywka jest tu dość schematyczna – szukamy wskazówek jak trafić do danego wieku i korzystamy z nich, potem znajdujemy jedną stronicę, wracamy na wyspę Myst i oddajemy ją, potem idziemy po kartkę drugiego koloru, znów wracamy i ją oddajemy i cały cykl powtarzamy od początku, i tak w sumie cztery razy. Zapewne znajdą się i tacy, którzy uznają to za wadę, bo będzie to dla nich nudne, ale ja się do nich nie zaliczam. Bo podczas gry niewiele zwracałem na to uwagę, głównie za sprawą ciekawej fabuły. Ponadto twórcy postanowili zrekompensować nieco tę powtarzalność po pierwsze dając graczowi swobodny wybór kolejności, w jakiej odwiedzać będzie wieki, a po drugie rozgrywkę możemy zakończyć na cztery różne sposoby. Co prawda aż trzy z nich kończą się w niezbyt przyjemny sposób dla naszego bohatera, ale jest to pewna miła odmiana, szczególnie dla tych, co happy endów mają po dziurki w nosie.

Gra została wydana u nas w naszym ojczystym języku, więc teraz kilka słów poświęcę jakości tego wydania. Do gry dołączona całkiem przyzwoitą instrukcję, która co prawda nie jest ani najobszerniejsza, ani najpiękniejsza, ale swoje zadanie spełnia. A co do samej gry – bardzo podobała mi się wykorzystana w niej czcionka. Do jakości tłumaczenia też nie ma się co za wiele czepiać, no może poza słówkiem „oglądniesz” ;-) Poza tym to wydanie często bywa zabugowane, u mnie np. w Channelwood Age nie mogłem uruchomić windy, mimo iż wszystko miałem zrobione ok. Na szczęście dostałem odpowiedniego sejwa i wszystko poszło dobrze, więc nie mam powodów do narzekań.

W sumie Myst ME nie okazał się taki straszny, jak go malowano, ba po jego ukończeniu byłem nim pozytywnie zaskoczony i zachęcony do zagrania w jego sequela – Rivena. Ta gra pokazała, że nie można sugerować się opiniami innych osób, trzeba samemu wszystkiego spróbować. Spróbowałem więc i ja Mysta, a potem spróbowałem i Rivena. Co wynikło z tej drugiej próby – o tym napiszę przy innej okazji.
OCENA GRY: 7/10

ZALETY:

+ ciekawa fabuła
+ cztery różne zakończenia
+ sporo dobrych zagadek
+ ładna grafika
+ poprawna polonizacja

WADY:

- brak ekwipunku i jego konsekwencje
- nieco denerwująca muzyka
- bugi

Obrazek

ODPOWIEDZ

Wróć do „Myst: masterpiece edition”