Grandma Badas - recenzja

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
DirkPitt1
Publicysta
Posty: 811
Rejestracja: 08 lipca 2015, 13:42
Podziękował(a): 33 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 92 razy
Płeć:

Grandma Badas - recenzja

Post autor: DirkPitt1 » 28 marca 2024, 20:42

Każdy z nas ma czasem takie dni, kiedy najlepiej byłoby w ogóle nie wstawać z łóżka i przespać najbliższe 24 godziny, bo wszystko idzie nie tak, a proste z pozoru rzeczy nagle stają się nie do przezwyciężenia. Oczywiście większość z nas nie ma komfortu przespania takiego feralnego dnia, a nawet gdybyśmy mogli, to nieszczęście dopadłoby nas w łóżku, np. w postaci lampy spadającej na głowę. Podobnie zaczyna się dzień pewnej Babci (z imienia w grze nie wymienionej). Najpierw bladym świtem budzi ją hałasujący sąsiad, później Babcia przypomina sobie, że skończyło się jedzenie dla ukochanego kotka. W sklepie zaś okazuje się, że nędzna emeryturka nie wystarczy, żeby zapewnić pokarm swojemu czworonożnemu ulubieńcowi, wobec czego Babcia jest zmuszona dostarczyć pewną podejrzaną przesyłkę. Gdy w końcu dociera do domu z karmą dla kota, okazuje się, że ktoś włamał się do jej mieszkania, okradł je i najwyraźniej rąbnął nawet kotka. Staruszka udaje się więc na policję, gdzie wydaje się, że jest bardziej przejęta losem kotka, niż kradzieżą reszty skromnego dobytku.

Policja nie jest szczególnie chętna do pomocy, więc – rada, nie rada – Babcia postanawia chwycić laskę i sama znaleźć swojego włochatego ulubieńca, kierując się wątłym tropem podsuniętym przez policjanta. Tym sposobem trafi do kryjówki pewnego niesympatycznego „hakera”, na pokład samolotu lecącego do Moskwy, a nawet na Małpią… Kocią Wyspę i do opanowanej przez zombie siedziby korporacji Beach Umbrella. Jeśli zastanawiacie się, jak krucha staruszka ma dać sobie radę z przestępcami i innymi niebezpieczeństwami, to wiedzcie, że Babcia może i ma swoje lata, może nie ma już tyle sił co kiedyś, a tempo, w jakim się porusza pozostawia sporo do życzenia, ale z pomocą żelaznej woli i zabójczej laski da radę każdemu zbirowi, a nawet będzie nią wygrażać hordzie krwiożerczych zombiaków.

Obrazek

No dobrze, zacznijmy od tego, co mnie w tej grze irytuje, bo tez i źródło mojej irytacji znajduje się na samym początku. Bardzo nie lubię, gdy jakaś gra nie pozwala przeklikać tych wszystkich log twórców pokazujących nie po uruchomieniu gry. Jestem może dziwny pod tym względem, bo przy pierwszym uruchomieniu jakiegoś tytułu zawsze je oglądam (nawet, jeśli już kiedyś grę przeszedłem, i tak po pierwszej instalacji do kolejnego przejścia gry powtarzam taki rytuał), ale później zawsze je przeklikuję. Dlaczego tutaj nie mogę tego zrobić, do jasnej cholery? Na pewno zapamiętam, kto jest autorem tej gry, bo pokazaliście mi już kilkanaście razy, kurtyzana wasza mamuśka! A żeby było jeszcze lepiej, następnie na scenę wchodzi Babcia i po ekranie wesoło hasa jej kotek Marius. Potem staruszka wali laską i poooowoooliii wyświetlają się jedna po drugiej flagi pozwalające wybrać język. I dopiero po tym wszystkim człowiek trafia do głównego menu. Niestety staruszka cierpi najwyraźniej na zaawansowaną sklerozę i ciągle zapomina, w jakim języku gra ma porozumiewać się z graczem, więc ta (za pierwszym razem) sympatyczna scenka towarzysząca wyborowi języka powtarza się przy każdym uruchomieniu gry.

No cóż, skoro najbardziej irytujący element gry mamy już omówiony, jedźmy dalej, może starowinka się jeszcze odkuje. Zacznijmy od tego, że gierka należy do tych lekko zwariowanych, więc nie należy się zbytnio dziwić widokiem staruszki w czapce pilotce, używającej dmuchanego jednorożca, jako substytutu spadochronu. W grze jest też trochę nawiązań do popkultury w postaci „Indiany Jonesa i kryształowej czaszki”, „Gry o tron”, serii „Monkey Island”, „God of War” i „Władcy pierścieni”, wiec nikogo nie powinno zdziwić, jeśli na Małpiej… Kociej Wyspie mignie Guybrush albo inny Grand’Alf. Są też pewne odniesienia do współczesnych wydarzeń, więc Babcia będzie musiała przygotować sobie maseczkę „antycovidową”, żeby wsiąść do autobusu i będzie bać się, że w krzakach może czaić się osobnik podejrzanie przypominający Donalda Trumpa. Trochę szkoda, że poza tymi smaczkami nieszczególnie jest się do czego uśmiechnąć (choć parę rzeczy by się znalazło). Może częściowo wynika to z tego, że nie ma szans na błyskotliwe i humorystyczne dialogi, gdyż gra ich zwyczajnie nie posiada. Dialogi opierają się na obrazkach pokazujących, co chcą powiedzieć poszczególne postacie i mamrotaniu składającym się z pojedynczych słów w różnych językach, w stylu „e-e, no, no, no”, gdy czegoś nie da się zrobić, albo „porka, porka, mierda, porka”, gdy babcia narzeka na tę dzisiejszą młodzież, która chleje piwsko, a potem rzyga na chodnik i wyrzuca puszki, gdzie popadnie. Skąd decyzja o takiej formie dialogów? Odpowiedź kryje się najprawdopodobniej w steamowym opisie innej gry tych samych twórców – „3 geeks”. Otóż twórcy stwierdzili tam wprost, że wersja angielska jest robiona maszynowo, bo nie mają budżetu na tłumaczenia. Najwyraźniej tutaj postanowili w ten sposób zminimalizować koszty dubbingu i tłumaczenia. A skoro już przy tłumaczeniach jesteśmy, menusy czy nazwy przedmiotów są przetłumaczone na angielski, ale zdarzają się pewne wpadki. Przykładowo „kajdanki” są po angielsku, ale już „otwarte kajdanki” po francusku. Niedziałający czytnik kart jest „off duty” (po służbie/po pracy) zamiast „out of order” (zepsuty), dziurawe dmuchane koło z jednorożcem jakimś cudem zostało „flat tyre” (przebitą oponą), a przedmioty często zmieniają nazwy pomiędzy otoczeniem i ekwipunkiem (leżący w pewnej starej kopalni trotyl w ekwipunku staje się dynamitem). Na szczęście te parę wpadek w żaden sposób nie utrudnia przejścia gry.

Obrazek

Grafika wygląda całkiem ładnie, jest kolorowo, staruszka drobi kroczki, jak to bywa u starych ludzi (przez co niestety porusza się strasznie wolno), postacie są odrobinę przerysowane, co pasuje konwencji. Muzyki jest całkiem sporo i poszczególne utwory wpadają w ucho (gdyby komuś było mało słuchania ich w grze, liczący 34 utwory soundtrack jest dostępny w formie darmowego dlc). Gra zapewnia przyzwoity czas gry (u mnie dokładnie 8 h) i składa się z 6 rozdziałów (plus prolog), które spędzimy w towarzystwie przedsiębiorczej Babci. Na chwilę wcielimy się też w policjanta badającego sprawę zniknięcia Babci i posługującego się niekonwencjonalnymi metodami śledczymi (ciężka książka telefoniczna rozwiązuje język każdemu niechętnemu świadkowi), ale ten wątek przypomina jakiś porzucony pomysł, bo nigdy więcej do niego nie wracamy.

Ale przeskoczmy w końcu do najważniejszego, czyli zagadek. Grandma Badass ma dla nas mieszankę mniej lub bardziej sensownych zagadek przedmiotowych, kilku prostych zagadek logicznych w stylu dopasuj odpowiednie symbole, ustaw maski we właściwej kolejności albo poszukaj w najbliższym otoczeniu wskazówek, żeby odgadnąć jakiś kod. Plus jedna „zapamiętywanka”, gdzie trzeba powtórzyć kolejność coraz szybciej wyświetlających się kolorów i – niestety – zagadka dźwiękowa. Niestety nie pomyślano o jakiejś wizualnej wskazówce dla niesłyszących albo „słyszących inaczej”, którym słoń na ucho nadepnął.

Obrazek

Co tam jeszcze? W grze jest podświetlanie hotspotów, ale parę aktywnych miejsc pomija. Jest też obrazkowy dziennik służący za system podpowiedzi, ale nie okazał się szczególnie użyteczny. Kiedy coś się w nim pojawiało, to akurat wiedziałem, co mam robić, a jak się nad czymś zastanawiałem, to dziennik niekoniecznie pomagał. Aha, Marius na początku gry strasznie kręci się pod nogami i potrafi zasłaniać dostęp do niżej umieszczonych przedmiotów w domu Babci.

W zasadzie gra mnie nie zachwyciła, ale też nie mam za bardzo się do czego mocno przyczepić.
Ocena: 7

Plusy:
Ładna graficznie
Przyjemna muzyka
Zagadki są OK
Trochę elementów humorystycznych…

Minusy:
…ale niewiele innych, niż puszczanie oczka równymi nawiązanymi do popkultury
Zagadka dźwiękowa
Niepomijalne loga i wybór języka
- Bruno, ty chyba masz paranoję.
- Paranoja jest wtedy, gdy nikt nie chce cię zabić. -BS3

ODPOWIEDZ

Wróć do „Grandma Badass”