Lost horizon - recenzja

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Adam_OK
Moderator
Posty: 2801
Rejestracja: 24 lutego 2013, 10:28
Lokalizacja: Ząbki koło Warszawy
Podziękował(a): 62 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 37 razy
Płeć:

Lost horizon - recenzja

Post autor: Adam_OK » 07 lipca 2013, 17:06

Obrazek
W obecnych czasach trudno jest wymyślić coś oryginalnego. Widać to szczególnie w branży rozrywkowej, gdzie coraz więcej jest kontynuacji różnych hitów bądź też produktów nawiązujących do rzeczy znanych i lubianych. Panowie z Deep Silver próbowali już każdej z tych metod – czymś nowym była pierwsza gra z serii Tajne Akta, potem powstał jej sequel (a teraz w produkcji jest kolejny), a ostatnio stworzyli Lost Horizon. Ten ostatni tytuł aż kipi od nawiązań do Indiany Jonesa, szczególnie do pierwszych trzech filmów. Czy jest on równie udany jak poprzednie dzieła w/w studia?

Na to pytanie można by odpowiedzieć jednym zdaniem, ale zostawię je na koniec tego tekstu. Na początek wspomnę zaś o fabule, którą można uznać za pierwszy element łączący tę grę z przygodami wspomnianego archeologa. Tak jak Henry Jones Jr, tak i Fenton Paddock (czyli nasze alter ego z opisywanego tu tytułu) poszukuje czegoś mitycznego, co ma wielką moc. Moc, która w nieodpowiednich rękach może doprowadzić do wielkiej katastrofy, czyli do zniszczenia świata. Tutaj jest to kamień, dzięki któremu można dostać się do Shambali – krainy, w której można znaleźć odpowiedzi na wszystkie pytania; krainy będącej źródłem olbrzymiej wiedzy, a tym samym i siły. Wszystko zaczyna się dość niewinnie – nasz bohater ma odnaleźć swojego przyjaciela z dawnych lat. Jak się okaże, trafił on do Shambali, uciekając przez nazistami. Ci ostatni napsują też sporo krwi Paddockowi, niezależnie od tego, czy będzie on aktualnie przebywał w Tybecie, w Berlinie czy w zamku na terenie Niemiec. Wszystkie te lokacje (oraz kilka innych) przyjdzie nam odwiedzić podczas siedmiu dosyć długich rozdziałów, które zapewnią przeciętnemu graczowi około dziesięciu godzin rozrywki. Ilość ta, jak na obecne czasy jest wynikiem co najmniej dobrym, a jeśli do tego dodamy jakość na poziomie dorównującym, a nawet przewyższającym ilość, to mamy produkt naprawdę godny uwagi.

Obrazek

Równie ważnym (jak fabuła) elementem przygodówki jest poziom trudności, który wynika z poziomu zagadek. W Lost Horizon mamy do czynienia zarówno z zadaniami przedmiotowymi, jak i łamigłówkami typu puzzle (plus jedna czasówka, ale bardzo prosta, a w razie niepowodzenia można ją powtarzać do skutku). Wszystkie są logiczne, co sprawia, że zaciąć się można tylko wtedy, gdy się coś przeoczy. A jest to trudne, bo zawsze można wspomóc się lupką znajdującą się w prawym dolnym rogu ekranu. Dzięki niej zostają pokazane wszystkie aktywne punkty na monitorze. Rozwiązanie to jest znane z innych tytułów i wykorzystuje się je coraz powszechniej, bo dzięki niemu granie staje się łatwiejsze. Na szczęście zbyt łatwo nie jest, a to za sprawą łamigłówek. Jest ich kilka, wśród nich sklejanie połamanej płyty winylowej, otwieranie skrytek czy „walka” z plątaniną kabli. Przed niektórymi z nich (np. przed kablami) program pyta, czy chcemy zmierzyć się z wersją trudniejszą, czy łatwiejszą tej zagadki. Jeśli ktoś jest nowicjuszem w gatunku, to niech wybierze wariant prostszy, pozostałym zaś polecam wariant bardziej skomplikowany, który wcale aż tak strasznie skomplikowany nie jest. Daje jednak sporą satysfakcję z rozwiązania zadania, a to pozytywnie wpływa na odbiór gry.

Równie pozytywnie wpływa poczucie humoru Fentona i innych postaci. Mnie szczególnie spodobała się scena, w której Paddock próbuje użyć kawałka rzemienia jako bicza, a w tle słychać bardzo charakterystyczną muzyczkę. Oprócz tego uśmiech na mojej twarzy pojawił się, gdy zobaczyłem jak nasz bohater walczy z wrogim samolotem. Otóż ten niemiecki myśliwiec udało się „zestrzelić” przy użyciu... dyni z mąką (zresztą wygląd tego owocu też powoduje, że kąciki ust idą do góry). Do tego dochodzą różne komentarze do bieżących wydarzeń, np. o rywalizacji naszego alter ego z przedstawicielami fauny, śmieszne dialogi czy sytuacje podobne do tej z dynią. Podczas całej zabawy natknąłem się na bardzo wiele rzeczy, które mnie rozbawiły. Było ich tak dużo, że nie sposób je tu wszystkie wymienić, bo zajęłoby to zbyt dużo miejsca.
Obrazek
Podobne stwierdzenie można napisać o ilości nawiązań do przygód Indiany Jonesa. Oprócz fabuły i umiejscowienia jej w tym samym okresie (tu jest to rok 1936) jest bardzo wiele punktów wspólnych. Jednym z nich jest wspomniana sytuacja z rzemienio-biczem, a poza tym wizyta w Berlinie czy niemieckim zamku pełnym nazistów przypomina „Ostatnią Krucjatę”. Ucieczka ulicami Hong Kongu przed chińską mafią, a potem lot samolotem zwieńczony katastrofą (jak widać Fenton, tak jak i Henry Jr, potrafił opanować sztukę pilotażu, ale sztuki lądowania już nie) skojarzył mi się ze „Świątynią Zagłady”. Do tego pada słynne zdanie („I hate Nazi guys”), a to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Jeśli ktoś jest fanem awanturniczego archeologa, w którego wcielił się Harrison Ford i jego przygody zna na pamięć (a trudno ich nie znać, gdy każdy z filmów oglądało się kilkanaście razy, tak jak ja), to praktycznie co chwilę znajdzie coś, o czym można powiedzieć „przecież coś podobnego już widziałem”. Dla mnie ta gra to praktycznie kolejna część opowieści o profesorze, który swój pseudonim wziął od imienia swego psa, tylko z innym głównym bohaterem. Tylko nie zrozumcie mnie źle – to nie jest zarzut, ba, to jest wręcz pochwała, bo ten klimat „jonesowski” był zamierzony. A skoro czuje się go na każdym kroku, to czy mam za to ganić twórców? W końcu chyba każdy lubi, gdy gra ma swój klimat, gdy jest on wyraźny, gdy można nim wręcz oddychać podczas zabawy. Ja to lubię, podobnie jak cykl o Indianie Jonesie, więc i ten tytuł bardzo mi przypasował.

Stało się tak również za sprawą oprawy audio–wizualnej. Jeśli chodzi o stronę graficzną, to twórcy zdecydowali się na dosyć powszechne rozwiązanie – płaskie tła i trójwymiarowe postacie. Bardzo pozytywne wrażenie robią szczególnie te pierwsze – czy to śniegi Tybetu, czy Berlin, czy zamek w Niemczech – widząc je, naprawdę trudno uwierzyć, że to tylko gra, a nie film. Wszystkie te lokacje, jak i wiele innych, wyglądają rewelacyjnie, bardzo naturalnie. Patrząc na nie, aż chce się zamienić choć na chwilę z Fentonem (czy jego facjata nie przypomina wam twarzy Anakina Skywalkera z serialu animowanego „Gwiezdne Wojny: Wojny Klonów”?) i spędzić trochę czasu w jednym z tych miejsc. Czymże byłyby one bez osób, które można w nich spotkać? W końcu nie każdy lubi rozgrywkę w stylu Mysta, gdzie przez całą grę można nikogo nie zobaczyć i z nikim nie porozmawiać. Tutaj samotność nam nie grozi, bo ilość postaci drugo- i trzecioplanowych jest całkiem spora. Do tego od strony wizualnej prezentują się one co najmniej solidnie, bo w ich wyglądzie, postawie, sposobie poruszania się czy mimice nie widziałem niczego odbiegającego od normy. Trochę dziwnie wyglądała Kim w czapce (ktoś widział, aby główni bohaterowie filmów czy gier nosili zimowe czapki?), ale to chyba kwestia braku przyzwyczajenia, a nie błędów w grafice. Trudno posądzać o nie panów z Deep Silver, skoro ich poprzednie dzieła były pod tym względem również bardzo udane.

Obrazek

Jeśli chodzi o oprawę muzyczną, to jej poziom jest także wysoki. Oczywiście główny motyw nawiązuje do wspomnianej wiele razy w tym tekście serii o pewnym archeologu, ale nie tylko on przypadł mi do gustu. Muzyka jest naprawdę dobrze dobrana do wydarzeń na ekranie i choć często nie zwraca się na nią uwagi, to warto czasem zwolnić tempo i wsłuchać się w nią. Równie udane są dźwięki i wszelkie odgłosy – czy to padającego deszczu, czy silnika samochodowego czy serii z karabinu maszynowego – to wszystko brzmi tak, jak do tego jesteśmy przyzwyczajeni. Nie można też nic zarzucić aktorom podkładającym głosy poszczególnych postaci, są naturalni, potrafią okazywać emocje i pasują do charakterów swoich bohaterów.

Dubbing w grze ma cechę, którą zapewne wiele osób uzna za zaletę – jest angielski, a nie polski. Czemu to ma być zaleta? Cóż, większość graczy woli mieć jedynie polskie napisy, uzasadniając to tym, że rodzimi aktorzy (w zdecydowanej większości przypadków) kiepsko wywiązują się ze swojej roli. Według mnie różnie to z tym bywa, niemniej fakt pozostaje faktem – w Lost Horizon mamy polonizację kinową. Niezależnie od tego, czy ktoś taki rodzaj lokalizacji lubi, czy nie, to najważniejsze jest, aby była ona dobra. I w tym przypadku tak jest – błędów językowych praktycznie nie ma, czcionka jest jednocześnie ładna i czytelna, a do tego cytat i nazwisko koleżanki z zespołu redakcyjnego na pudełku – czy można chcieć więcej? Można, bo instrukcja ogranicza się do kartki formatu A5 zadrukowanej dwustronnie, ale na szczęście to jedyny poważny minus naszego ojczystego wydania tej gry.
Obrazek
Jeśli ktoś oczekuje już tylko na koniec tego tekstu, to chwileczkę potrzymam taką osobę w niepewności, bo czas napisać coś o interfejsie. Twórcy nie odkryli tu Ameryki i zastosowali klasyczne point & click, a więc grę obsługuje się wyłącznie myszą. Nasz ekwipunek znajduje się na dole ekranu, a po prawej jego stronie można znaleźć kilka przycisków, służących m.in. do podświetlania aktywnych miejsc i wywołania głównego menu. W tym ostatnim mamy typowe opcje, choć wygląd niektórych z nich jest dosyć oryginalny. Mam tu na myśli przede wszystkim menu zapisywania i wczytywania wystylizowane w taki sposób, że kojarzy się z kinem. Po ukończeniu zabawy dostaniemy możliwość skorzystania z bonusów, a wśród nich układankę z Niną i Maxem w rolach głównych (jest to forma reklamy trzeciej części ich przygód).

Tak jak nadszedł koniec przygód Fentona i Kim (którą przez krótki czas można sterować, podobnie jak przyjacielem Paddocka - Richardem), tak pora zakończyć ten tekst. Chciałem, aby był on równie dobry jak sam program, ale było to zadanie trudne. Lost Horizon to gra naprawdę rewelacyjna – z wartką akcją, kilkoma ciekawymi zagadkami, rewelacyjną oprawą audio–wizualną, pełna dobrego humoru i mnóstwem świetnej zabawy w klimatach serii o Indianie Jonesie. Z czystym sumieniem polecam ją każdemu miłośnikowi przygodówek i dobrych gier w ogóle.
OCENA GRY: 9/10

ZALETY:

+ fabuła i długość gry
+ humor
+ klimat Indiany Jonesa
+ grafika
+ muzyka i dźwięki
+ sterowanie
+ polonizacja

WADY:

- trochę za prosta
- instrukcja

Obrazek
Czasem trzeba się cofnąć, aby móc pójść dalej.
Moja lista gier ukończonych
W sprawach forum i www piszcie: adam_ok(at)przygodomania.pl

ODPOWIEDZ

Wróć do „Lost horizon”