Chronicle of Innsmouth: mountains of madness - recenzja

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Adam_OK
Moderator
Posty: 2953
Rejestracja: 24 lutego 2013, 10:28
Lokalizacja: Ząbki koło Warszawy
Podziękował(a): 67 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 40 razy
Płeć:

Chronicle of Innsmouth: mountains of madness - recenzja

Post autor: Adam_OK » 23 marca 2021, 21:59

Obrazek

Zgodnie z zapowiedzią oto nadeszła premiera drugiej części cyklu „Chronicle of Innsmouth”. Zapewne czekali na nią wszyscy ci co na sam dźwięk słowa „Cthulhu” mają gęsią skórke i przebiegają po nich dreszcze, więc specjalnie dla nich nie będę zbytnio przedłużał tego wstępu. Mam też nadzieję, że pozostali przygodomaniacy też przeczytają ten tekst, choćby po to, by przekonać się, czy jest to dobra gra, czy nie. Zatem – do dzieła!

Głównym bohaterem (ale nie jedynym, epizodycznie będziemy kierować i innymi postaciami) „Mountain of Madness” jest znany nam z poprzednika Lone Carter, prywatny detektyw. Widzimy go, gdy wydostaje się z jaskiń pod Innsmouth tuż po finale pierwszej części. Trudno o nim początkowo powiedzieć, że jest „cały i zdrowy”, bo widzimy, że nie ma jednej ręki i jednej nogi. Gdy widzimy go nieco później, to okazuje się, że brakujące kończyny są jednak na swoim miejscu. Jak to się stało? To wszystko wyjaśni się w dalszej części rozgrywki. Zasadnicza jej część rozgrywać się będzie w Arkham, do którego Lone powraca na samym początku gry. Naszemu bohaterowi wydawało się, że nie było go w domu jedynie parę dni, podczas gdy tak naprawdę jego absencja trwała ponad miesiąc. Mr Carter musi więc ogarnąć parę kwestii, trochę rzeczy powyjaśniać i znów może brać się do pracy. Zostaje on poproszony o pomoc w sprawie bardzo brutalnego morderstwa pewnej pary, ma też „interesy” z profesorem Armitage z uniwersytetu Miscatonic. Dochodzenie, które prowadzimy zabierze nas nie tylko do różnych zakątków Arkham, takich jak wspomniana uczelnia, miejskie archiwum czy „klasyki gatunku” - cmentarz i szpital psychiatryczny, ale także, pod koniec rozgrywki spędzimy nieco czasu na Antarktydzie, gdzie grupa badaczy dokonała niezwykłego odkrycia, ale gdzie również mają miejsce niepokojące zdarzenia. Oczywiście nie zdradzę, o co dokładnie chodzi, by nikomu nie psuć zabawy. A ta jest naprawdę dobra, oczywiście o ile można użyć takiego określenia w odniesieniu do horroru. Ja spędziłem przy tym tytule ponad osiem godzin i był to czas pełen emocji, a wydarzenia śledziłem z zainteresowaniem. „Mountain of Madness” nie jest też przesadnie brutalny – owszem nieraz widać różne okropności np. ciało z odciętą jego dolną połową czy zmasakrowane w inny sposób zwłoki, ale to nie jest growa wersja „Piły”, więc krew na ekranie nie sika co pięć minut. Według mnie juchy jest tu jedynie nieco więcej niż w pierwszym „Still Life”, więc nawet osoby o delikatniejszym żołądku mogą spokojnie sięgnąć po tę produkcję. A zapewniam, że warto, bo fabuła jest naprawdę ciekawa i klimatyczna.

Obrazek

Skoro już jeden z najważniejszych elementów został opisany, to przejdźmy teraz do drugiego, czyli do zagadek. Tych jest naprawdę sporo, a dotyczy to zarówno zadań ekwipunkowych, jak i wszelakiej maści łamigłówek. Te pierwsze są logiczne i dosyć proste, co wynika też z faktu, że w swych kieszeniach Lone nie nosi zbyt wiele przedmiotów. Dodatkowo czasem potrafią pozytywnie zaskoczyć, np. jak w momencie, w którym przez dziurę w ścianie trzeba było zabrać leżące na biurku w sąsiednim pomieszczeniu dokumenty. Początkowo myślałem, że należy wykonać coś w rodzaju haka albo wędki, ale okazało się, że nie, że do rozwiązania tej zagadki przydaje się podstawowa znajomość praw fizyki. Równie ciekawe są zadania „puzzlowate”, których też jest sporo. Mamy więc i wytrychy (ale o niebo łatwiejsze niż te z przywołanego wcześniej dzieła firmy Microiids); mamy otwieranie tajnej skrytki; mamy nocną wycieczkę po lesie z dziwnym kompasem do kilku paneli otwierających sekretne drzwi; mamy przygotowywanie antidotum na miksturę dającą „odlot” lepszy niż niejeden narkotyk; mamy wiele innych łamigłówek. Wszystkie były bardzo ciekawe, logiczne i wszystkie dawały sporo satysfakcji, gdy w końcu udało mi się je rozwiązać. Pod tym względem jest to również bardzo mocny tytuł.

Graficznie jest również dobrze, choć mam tu pewne zastrzeżenia. Nim do nich przejdę, to zacznę od tego, co mi się podobało. A ogólnie było tego sporo – pixelartowa strona wizualna bardzo dobrze pasuje do tej gry, tym bardziej, że piksele wcale nie biją po oczach. Nie sprawdzałem tego, ale obstawiam, że podniesiono rozdzielczość względem poprzednika, dopieszczono też lokacje oraz wygląd postaci. Niestety, nie zrobiono tego z przerywnikami filmowymi, a przynajmniej nie ze wszystkimi. Można powiedzieć, że mamy tu przynajmniej dwa rodzaje cut – scenek – klasyczne oraz takie, w których mamy jednokolorowe tło a na nim tekst. Gdyby te napisy wyświetlałyby się na tle jakiejś miejscówki z gry lub twarzy jednego z bohaterów, to jeszcze bym na to przymknął oko, ale na coś takiego? Tym bardziej, że pod koniec fabuły ze dwa razy twórcy dali coś innego niż tylko biały napis na ciemnym tle. A więc można było, więc czemu tego nie zrobiono w każdym przypadku? Zabrakło czasu, pieniędzy, ochoty czy może czegoś innego? Nie wiem, ale efekt końcowy (tych filmików) średnio przypadł mi do gustu, przez co nie mogę ocenić oprawy wizualnej tak wysoko, jakbym chciał.

Obrazek

Muzycznie i dźwiękowo jest za to bez zarzutu. Wszystko brzmi tak, jak powinno. Dobrze dobrano głosy postaci, co nie powinno dziwić, bo o ile mnie słuch nie zawiódł, to postaciom znanym z poprzedniej odsłony serii podłożyły głos ci sami aktorzy. Pozostali też spisali się dobrze, podobnie jak autorzy muzyki. Podczas rozgrywki zazwyczaj nie zwraca się na nią szczególnej uwagi, ale jak czasem się na niej ktoś skoncentruje, to dotrą do niego kawałki dobrze pasujące nie tylko do charakteru całej opowieści, ale również do konkretnych wydarzeń aktualnie rozgrywających się na ekranie.

Z kwestii technicznych wspomnę nieco o sterowaniu. Przeszło ono lifting i już nie jest to coś a'la SCUMM, tylko klasyczne point and click. Dzięki temu jest jeszcze prościej, niż wcześniej, więc wszyscy ci, którzy twierdzili, że interfejs z pierwszej części jest archaiczny teraz tego już raczej nie powtórzą. Poza tym istnieje możliwość zapisu stanu gry w dowolnym momencie, a miejsc na sejwy jest bardzo dużo, więc nawet jak ktoś robiłby je po pięć razy na godzinę gry, to i tak by nie zapełnił nimi wszystkich slotów. Krótko mówiąc – dobrze jest.

A czy jest coś, co poszło nie tak, jak powinno? Wspomniałem o nieco dziwnych filmikach, ale czy to wszystko. Czasem we znaki daje zbytnia liniowość. Dla przykładu – w pewnym momencie nasza postać ma w ekwipunku pewien proszek. Gdy chciałem go użyć, to usłyszałem, że najpierw należy go rozpuścić. Pomyślałem, że spoko, w końcu tuż obok stała butelka z rozpuszczalnikiem. Wystarczy ją wziąć, połączyć w ekwipunku z proszkiem i gotowe, prawda? Otóż nie, rozpuszczalnik można wziąć, dopiero gdy nasz bohater uzna, że on faktycznie jest przydatny, co oznacza konieczność „obklikania” wszystkiego co się da na wszelkie możliwe sposoby (LPM i PPM). Dodatkowo trzeba czasem uważać na to, gdzie się chodzi i gdzie stoi. Mam tu na myśli głównie sytuację, gdy w bazie na Antarktydzie wychodziłem z jednego z namiotów. Musiałem się przy tym nieźle nagimnastykować, bo obok stały dwie inne osoby, których ominięcie było trudniejsze zmuszenie wartownika na służbie z Buckingham Palace do zrobienia głupiej miny. No dobra, może nieco przesadziłem z tym porównaniem, ale ich ominięcie to była naprawdę duża sztuka. Na szczęście takie sytuacje były rzadkie, generalnie poważnych problemów nie było.

Obrazek

Podsumowując „Chronicle fo Innsmouth: Mountain of Madness” to naprawdę dobra gra. Zapewni wam ona sporo klimatycznej rozrywki z dużą ilością ciekawych zagadek i w dobrej oprawie. Owszem, kilka niedoróbek się znajdzie (jak praktycznie wszędzie), ale jest ich na tyle mało, by dać jej szansę, i to nie tylko wtedy, gdy jest się miłośnikiem twórczości H. P. Lovecrafta. Ja bawiłem się świetnie i czekam na kolejną odsłonę „Kronik Innsmouth” (zakończenie daje na to sporą szansę :P).

OCENA GRY: 8/10

ZALETY:

+ fabuła
+ klimat
+ zagadki
+ oprawa audio – wizualna
+ sterowanie
+ możliwość zrobienia zapisu gry w dowolnym momencie

WADY:

- za dużo „gołego” tekstu w niektórych przerywnikach filmowych
- czasem aż nazbyt liniowa
- można utknąć nie ze swojej winy :P

Obrazek
Czasem trzeba się cofnąć, aby móc pójść dalej.
Moja lista gier ukończonych
W sprawach forum i www piszcie: adam_ok(at)przygodomania.pl

ODPOWIEDZ

Wróć do „Chronicle of Innsmouth: mountains of madness”