Yoomurjak's ring - recenzja

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Adam_OK
Moderator
Posty: 2788
Rejestracja: 24 lutego 2013, 10:28
Lokalizacja: Ząbki koło Warszawy
Podziękował(a): 61 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 37 razy
Płeć:

Yoomurjak's ring - recenzja

Post autor: Adam_OK » 10 maja 2020, 22:06

Obrazek

Niezależnie od tego, ile gier (nie tylko przygodowych) ukończyłem, to co jakiś czas trafiam na taką, w której jest coś nowego albo przynajmniej takiego, co nie często się spotyka. Dla przykładu opisywane tu dzieło Private Moon Studios (dla mnie osobiście) wyróżnia się węgierskim dubbingiem. Czy przeszkadzał mi on w rozgrywce, a może wpływał na nią pozytywnie? O tym, oraz przede wszystkim, jaka jest ta gra i czy warto poświęcić jej kilka godzin opiszę w tym tekście.

Głównym bohaterem jest niejaki Jonathan Hunt. Jeśli jego nazwisko wydało się wam znajome, to nie jest to przypadek. Wspomniane we wstępie studio stworzyło (a właściwie zaczęło tworzyć, bo miało być czternaście epizodów, a wyszło ich zaledwie cztery) wcześniej grę „Agon”, w której kierowaliśmy poczynaniami Samuela Hunta. Samuel jest pradziadkiem Jonathana, który po śmierci swej matki wraca do kraju jej przodków, czyli właśnie na Węgry. Udaje się on do miasta Eger, o którym czytał w pewnej książce, której autor pochodził ze wspomnianego miasta. To jednak nie wszystko – w tej książce Jonathan znajduje dwa listy swego przodka. Korespondował on z niejakim profesorem Abrayem. Ów naukowiec twierdził, że stworzył coś niezwykłego – wehikuł czasu i że wysłał on w przeszłość swego asystenta. Jonathan postanawia odnaleźć spadkobierców profesora i przekonać się, jak było naprawdę. Pomoże mu w tym Juli – pracownica miejscowej informacji turystycznej. Początkowo Jonathanowi dopisze szczęście, bo podczas swej pierwszej wizyty we wspomnianym miejscu spotka niejakiego pana Jambora, który jest... potomkiem asystenta profesora Abraya. Tak zaczyna się ta historia, w której będzie i tajemnica do rozwikłania, i miłość, i śmierć, i wiele zagadek oraz niebezpiecznych sytuacji. Jak to wszystko się skończy, to najlepiej przekonać się samemu, bo fabuła jest całkiem ciekawa. Może nie należy ona do najbardziej odkrywczych, ale stanowi ona umiejętne połączenie różnych, mniej lub bardziej oklepanych, wątków tworząc całość, która potrafi zainteresować odbiorcę. Całą rozgrywkę podzielono na pięć rozdziałów (dni), i choć może wydawać się to niewielką ilością, to u mnie przełożyło się to na około dwanaście godzin zabawy, co uważam za wynik co najmniej dobry. Jak wspomniałem, jakościowo też jest w porządku, więc za ten element ta produkcja ma u mnie plusa.

Obrazek

Zagadkowo też jest bardzo dobrze, choć do niektórych z nich mam pewne zastrzeżenia, ale po kolei. Po pierwsze mamy tu do czynienia zarówno z zadaniami przedmiotowymi, jak i z łamigłówkami nieinwentarzowymi. W przypadku tych pierwszych jest trochę standardowo, a trochę nie. Standardowość polega na tym, że zawartości kieszeni Jonathana używamy generalnie zgodnie z przeznaczeniem czyli np. kluczem otwieramy drzwi, a linka z kotwiczką pomoże przy wspinaczce. Nietypowość polega na tym, że np. ilekroć wchodzimy do pewnego mieszkania, to trzeba za każdym razem użyć klucza na drzwiach. Ja rozumiem, że to logiczne i jest to ukłon w stronę realizmu, w końcu każdy z nas wychodząc z domu/mieszkania zamyka drzwi na klucz i wracając do niego je otwiera. Z drugiej strony, zwłaszcza w nowszych grach, przyzwyczailiśmy się, że jak coś się zrobiło raz (w tym wypadku otworzyło drzwi), to już więcej tego nie trzeba było robić. O ile w przypadku korzystania z tego samego klucza na tym samym zamku jest to co najwyżej irytujące, to już w przypadku drzwi zabezpieczonych sześciocyfrowym kodem (który najpierw trzeba odgadnąć) można się ostro wkurzyć (zwłaszcza jeśli się nie zapisało/zapamiętało właściwej kombinacji i całą zabawę trzeba powtarzać od początku). Na szczęście ta druga sytuacja to pojedynczy przypadek, poza tym może on wystąpić jedynie z winy samego gracza. No dobrze, a co z zagadkami „puzzlowatymi”? Po pierwsze – są :P Po drugie – jest ich całkiem dużo :) A po trzecie – są często rozbudowane i dają sporą satysfakcję z samodzielnego ich rozwiązania. Najciekawsze wydało mi się deszyfrowanie pewnej wiadomości, którą zakodowano przy pomocy alfabetu wymyślonego przez autora książki wspomnianej na początku tego tekstu. Do tego trzeba było m.in. odnaleźć kilka wiadomości pozostawionych przez Yoomorjaka, przejść labirynt (co ciekawe podpowiedź do tej zagadki znalazłem po tym, jak pokonałem tę plątaninę korytarzy :P ) czy namalować herb na podstawie jego opisu słownego zawartego w pewnym poemacie. I do tego ostatniego zadania mam kilka uwag. Zacznę od tego, że wskazówki w tym poemacie są czasem nieprecyzyjne. Dla przykładu – w pewnym miejscu herbu trzeba umieścić symbole związane z winem. Moje pierwsze skojarzenie – kiść winogron – okazało się błędne. W innym miejscu trzeba wstawić hełm. Jak trzeba, to trzeba, szkoda tylko, że takich „nakryć głowy” spełniających warunki podane w poemacie są co najmniej trzy. Skąd mam wiedzieć, który z nich jest właściwy? Tego nie wyjaśniono. I najważniejsze – gdy już się skończy rysować ten herb, to nie ma się pewności, czy zrobiło się to właściwie, bo gra nie raczy dać potwierdzenia, że zadanie zostało dobrze wykonane. Żadnego komentarza Jonathana w stylu „OK, to chyba pasuje do opisu”; żadnego mignięcia obrazka na ekranie; żadnego dźwięku przyjemnego dla ucha. Nic, po prostu nic. Jak miałem na ekranie już rysunek uwzględniający wszystkie elementy i nic się nie działo, to nie wiedziałem, czy aby przypadkiem o czymś nie zapomniałem albo czegoś nie pomyliłem. Nie wiem, jak to jest z wami, ale jeśli ja mam coś zrobić i gdy to skończę, a nie mam jak potwierdzić, że wyszło mi to dobrze, to zaczynam tę swoją pracę „poprawiać”, co zwykle kończy się tym, że to co początkowo było dobrze, to zmieniam na coś złego. I tu jest podobnie, a wyjścia z tej sytuacji są dwa – zapisać stan gry, wziąć swój rysunek i pójść do innej lokacji, by go komuś dać i przekonać się, czy jest on poprawny, albo opcja znacznie prostsza i wygodniejsza – zajrzeć do solucji. Jak znam życie, to zdecydowana większość graczy postanowiła pójść na łatwiznę. A szkoda, bo to mogła być jedna z najbardziej interesujących łamigłówek z przygodówek powstałych w obecnym stuleciu. Mimo tego, uważam, że zagadki w tym tytule, jako całokształt, wypadły bardzo dobrze.

Obrazek

Wizualnie też jest dobrze, ale jest kilka spraw, do których można się przyczepić. Przede wszystkim do tego, że poruszamy się po statycznych lokacjach. Dokładniej chodzi o to, że wszelkie miejscówki to zeskanowane zdjęcia, przez co nic się w nich nie dzieje. Liście drzew się nie ruszają na wietrze, ruchu samochodowego czy pieszego na ulicach nie ma. Ba, nawet ludzie, którzy dla fabuły gry nie są istotni (tzw. NPC-e), czyli np. goście kawiarni siedzący przy innym stoliku są cały czas ci sami i siedzą w tej samej pozycji. Owszem, te zdjęcia są ładne i zachęcają do odwiedzenia miasta Eger, bo w sposób bardzo interesujący pokazują tamtejszą architekturę, ale to tylko obrazki. To tak, jakby podziwiać widokówki – zwykle są fajne, ale na pewno większe wrażenie zrobi dobrze wykonany film dokumentalny. Wiadomo, najlepiej jest zobaczyć coś samemu, ale nie zawsze jest to możliwe, więc z opcji wymienionych w poprzednim zdaniu lepsza jest ta druga. Dużo lepiej wyszła część związana z postaciami. Te są odgrywane przez aktorów, bo mamy tu zastosowaną technikę FMV. Wspomniani aktorzy dobrze wykonali swą pracę, co nie powinno dziwić, bo to byli zawodowcy. Owszem, to są osoby znane praktycznie tylko i wyłącznie na Węgrzech, ale madziarskojęzyczna wikipedia podaje, że spora część z nich ma na koncie przynajmniej kilkanaście, a nieraz i kilkadziesiąt ról w ichniejszych filmach czy serialach. Dzięki temu doświadczeniu postacie, jakie stworzyli są wyraziste. Przykładem może tu być wspomniana już Juli – w kilka minut po poznaniu Jonathana (!) z własnej i nieprzymuszonej woli (!!) proponuje mu wymianę numerów telefonów (!!!). W połowie gry strzela focha, bo wydaje jej się, że nasz bohater wciąga ją w jakąś niebezpieczną intrygę lub też inny, nielegalny interes, by po naszych wyjaśnieniach... a, tego już nie zdradzę co ona znowu wymyśliła, i tak już dużo zaspoilerowałem. Inne postacie też zapadają w pamięć, i to nawet te, których rola ogranicza się do jednego, góra dwóch, dialogów z Huntem.

Dobrze wykonane są też cut-scenki oraz różnego rodzaju animacje. Co prawda obserwowanie po raz dziesiąty czy piętnasty tego samego przerywnika pokazującego jak Jonathan wchodzi do hotelu, kawiarni czy innego budynku bywa upierdliwe, ale na szczęście można to pominąć. Oczywiście, oprawy wizualnej w ocenie końcowej zignorować się nie da i nie zamierzałem tego robić, tym bardziej, że ona generalnie odbije się pozytywnie na końcowej ocenie gry.

Muzycznie i dźwiękowo też jest całkiem nieźle. Najczęściej towarzyszą nam takie spokojne i ciche utwory, ale czasem można usłyszeć coś w innym klimacie. Bardzo dobrze pasują one do rozgrywki i choć niewiele z nich pamiętam pisząc ten tekst (musiałem sobie je nieco przypomnieć włączając odpowiednie filmiki na YT), to nie kojarzę również żadnej sytuacji, w której musiałem wyłączyć głośniki, bo dochodziły z nich do mnie rzeczy, od których bolały mnie uszy. To samo tyczy się różnych odgłosów. A jak to było z dubbingiem, o którym było we wstępie? Było dobrze, w końcu to były głosy profesjonalnych aktorów. Sam język węgierski, choć dla mnie całkowicie niezrozumiały, to brzmiał przyjemnie dla ucha (mógłbym go usadowić gdzieś pośrodku między językiem angielskim a francuskim).

Obrazek

Jeśli chodzi o pozostałe kwestie, to już śpieszę z wyjaśnieniami. W kwestii sterowania mamy do czynienia z czymś, co weterani gatunku znają z gier Cryo. Chodzi o skokowe poruszanie się między poszczególnymi punktami, a to gdzie idziemy oraz wszystkie inne czynności możliwe do wykonania w danym miejscu robimy za pomocą myszy. Jest to bardzo proste rozwiązanie, z którym nikt, nawet nowicjusz, nie powinien mieć żadnych problemów.
W kwestii polonizacji też za dużo nie będzie, bo zwyczajnie w świecie jej nie ma, nawet nieoficjalnej. Chcąc więc zagrać w „Yoomurjak's Ring”, trzeba wykazać się choćby przeciętną znajomością języka angielskiego. Poza tym, chyba napisałem już tak dużo (kurczę, sam nie wiem, jak mi to wyszło, zupełnie się tego nie spodziewałem), że czas już kończyć tę recenzję.

Generalnie produkcja Private Moon Studios jest naprawdę udana. Niezła fabuła, bardzo dobre (w zdecydowanej większości) zagadki oraz oprawa audio – wizualna na więcej niż przyzwoitym poziomie przemawiają na jej korzyść. Mnie się podobała i chętnie sięgnę po jej kontynuację, która wyszła kilka lat później. Was również do tego zachęcam, bo ja nie żałuję czasu spędzonego z Jonathanem Huntem.

OCENA GRY: 8/10

ZALETY:

+ ciekawa fabuła
+ interesujące zagadki (w większości)
+ całkiem ładna grafika
+ dobra gra aktorska
+ oprawa muzyczna
+ proste sterowanie

WADY:

- łamigłówka z herbem
- statyczne lokacje

Obrazek
Czasem trzeba się cofnąć, aby móc pójść dalej.
Moja lista gier ukończonych
W sprawach forum i www piszcie: adam_ok(at)przygodomania.pl

ODPOWIEDZ

Wróć do „Yoomurjak's ring”