Miazma or the devil's stone - recenzja

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Adam_OK
Moderator
Posty: 2953
Rejestracja: 24 lutego 2013, 10:28
Lokalizacja: Ząbki koło Warszawy
Podziękował(a): 67 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 40 razy
Płeć:

Miazma or the devil's stone - recenzja

Post autor: Adam_OK » 15 grudnia 2020, 21:53

Obrazek

Trochę żałuję, że gier FMV się już praktycznie nie robi. Dlaczego tak jest, tego nie muszę chyba nikomu tłumaczyć – nie jest to opłacalne. Na szczęście są takie studia, które od czasu do czasu stworzą coś, co pozwoli sobie przypomnieć o tym, bardzo popularnym w połowie lat 90-tych poprzedniego stulecia podgatunku przygodówek. Tak było z Węgrami z Private Moon Studios i ich produkcją wydaną w 2018 roku, którą zamierzam tutaj opisać.

Akcja tego tytułu toczy się w 2007 roku w Debreczynie. Głównym bohaterem jest Jonathan Hunt, którego mieliśmy okazję już poznać przy okazji gry „Yoomurjak's Ring”. Wraca on z Nowego Jorku, ale wraca sam, bez poznanej w poprzedniej odsłonie Juli. Udaje się on do miejscowego Instytutu Jądrowego (znanego inaczej jako Atomki), gdyż chce zbadać tam próbki wody. Czekając na wynik analizy dowiaduje się, że zniknął Balazs – brat jednej z pracownic Instytutu – Very Gaal. Zostawił on dziwny list, który bardzo zaniepokoił Verę. Na jej prośbę Jonathan podejmuje się zadania odnalezienia młodzieńca (około dwudziestoletniego) i zbadania przyczyn tego faktu. Jak się niedługo potem okaże sprawa ma związek z tajemniczym meteorytem, który spadł niedaleko dość dawno temu. Co jest w tym kosmicznym kawałku skały takiego, że chce go posiąść wielu ludzi, choć ci którzy mieli go w poprzednich stuleciach nie żyli potem długo i szczęśliwie? Czy Balazs odnajdzie się cały i zdrowy? I co ta cała sprawa ma wspólnego z Atomkami i poprzednim dyrektorem tej placówki naukowej – tego znie zdradzę, aby nie psuć zabawy tym, którzy zechcą sięgnąć po „Miazmę”. Opowiedziana tu historia jest długa (mi ukończenie jej zajęło ponad 10 godzin, choć spora w tym zasługa zagadek) i całkiem ciekawa, zdarzało mi się nieco zarywać nocki, aby poznać dalsze losy bohaterów. Na plus zaliczę też fakt, że kilka razy dane nam było pokierować poszukiwanym chłopakiem, co stanowiło miłe urozmaicenie zabawy. W sumie więc fabułę oceniam pozytywnie.

Obrazek

Ze wspominanymi zagadkami bywa różnie. W przypadku tych ekwipunkowych jest standardowo – zbieramy trochę różnego rodzaju przedmiotów i zazwyczaj używamy ich zgodnie z przeznaczeniem. Co prawda, w pewnym momencie, mamy wariację na temat baterii z ziemniaka, ale raz, że nie wykorzystujemy do tego jednej sztuki warzywa/owocu, a poza tym chcemy uzyskać prąd do zasilenia jedynie lampki rowerowej, więc czepiać się tego nie będę. Oprócz tego jest sporo zagadek nieprzedmiotowych, w większości bardzo ciekawych. Trzeba np. znaleźć sześciocyfrowy kod do zamka firmy MasterMind (o tym, jak to zrobić mówi nazwa producenta tego mechanizmu) czy też poskładać podarte kartki papieru. OK, to drugie może nie jest oryginalne, no chyba że weźmiemy pod uwagę fakt, że tych kartek do ułożenia (jednocześnie!) są cztery, a nie jedna. Poza tym końcowy fragment rozgrywki jest wręcz nasycony licznymi łamigłówkami, których rozwiązanie ma doprowadzić do znalezienia sześciu trzycyfrowych kodów do otwarcia pewnego sejfu. Część z nich, jak sterowanie mechanicznym ramieniem oraz zagadka w laboratorium plazmy początkowo wydawały mi się dziwne, ale jak je rozkminiłem, to okazały się bardzo fajne i dające sporo satysfakcji z rozwiązania. Do tego zadanie z rozszyfrowywaniem pewnego tekstu, które trzeba zrobić „w realu”, czyli wziąć kartkę papieru i samemu sobie rozrysować odpowiednią tabelę też nie było złe, tylko czemu tego samego nie można było zrobić „w grze”? No i został jeszcze „gwóźdź programu”, czyli coś, co mnie trochę wkurzyło. Otóż mamy dwadzieścia kwadratowych kawałków i należy ułożyć z nich obrazek o proporcjach cztery do pięciu. Ktoś powie „Phi, takie zagadki to ja łykałem na śniadanie, gdy byłem w przedszkolu, co w tym trudnego?” Już mówię, gdzie tkwił haczyk, a raczej haczyki. Pierwszym było to, że układając te kwadraciki nie miałem zielonego pojęcia co ma przedstawiać poprawnie ułożony obrazek. Drugi – raz umiejscowionego kwadracika nie można obracać ani przesuwać, tak więc jak coś się zrobi źle, to trzeba wrzucić byle gdzie pozostałe fragmenty i zacząć zadanie od początku. Po trzecie – na dole ekranu, po prawej było specjalne pole - „włożenie” w nie danego fragmentu przed umieszczeniem go na planszy umożliwiało manipulowanie widocznym kawałkiem obrazu. Te manipulacje nie ograniczały się tylko do obracania go w prawo i w lewo, ale też do tworzenia jego lustrzanego odbicia, i to zarówno względem pionowej, jak i poziomej osi symetrii. A po czwarte – po ułożeniu wszystkiego poprawnie wyskakuje nam okienko z tekstem i dwoma przyciskami do wyboru: „yes” oraz „no” (ten obrazek układamy w programie zainstalowanym na komputerze jednej z pracownic Instytutu, czyli można powiedzieć obsługujemy program w programie). Jeśli ktoś nieuważnie przeczyta wyświetlony napis i kliknie w ten pierwszy guzik to w nagrodę dostanie... restart zagadki. Z kolei po poprawnym kilknięciu w „no” Jonathan potwierdzi swym komentarzem, że był to dobry wybór i... tyle. Co nam dało to ułożenie obrazka, to tego gra nie raczy powiedzieć. Dopiero później, w jednym z dialogów wyjdzie, co nasz bohater wydedukował z tego, co zobaczył na tym obrazku i co wynalazł w związku z tym w internecie na swoim telefonie. Nie wiem, chyba Węgrzy mają jakąś dziwną manierę dawania jednej strasznie dziwnej łamigłówki do swych gier – tak samo było choćby z zagadką z herbem w „Yoomrjaku”.

Obrazek

Jeśli chodzi o oprawę wizualną to generalnie jest w porządku poza jednym elementem. Jak wspomniałem, jest to gra FMV, więc lokacjami są obiekty istniejące w świecie rzeczywistym, a postaciami są aktorzy. Do tych aspektów zastrzeżeń nie mam (może jedno niewielkie – w „Miaźmie” jest sporo mniej różnych lokacji, zwłaszcza jeśli potraktujemy Atomki jako jedną dużą miejscówkę), więc co tu nie gra? Chodzi mi o sposób pokazania dialogów. Należałoby się spodziewać, że będzie to wyglądało w taki sposób, że na ekranie będzie widać naszego rozmówcę wypowiadającego swą kwestię i tyle. Otóż nie, w tej produkcji zamiast krótkiego filmiku z jakąś postacią widzimy serię zmieniających się co kilka sekund zdjęć tej postaci. Wygląda to dziwnie i sztucznie, zupełnie nie rozumiem, czemu się zdecydowano na taki wariant.

Dużo lepiej jest od strony audio – zarówno w przypadku muzyki, jaka nam towarzyszy podczas zabawy; dźwięków nas otaczających, jak i wokali postaci. W rolę Jonathana wcielił się ten sam aktor, co poprzednio, więc jest można mówić o pewnej ciągłości. Niestety, zmieniono jedną rzecz – coś, co sprawiało, że „Yoomurjak's Ring” wyróżniał się z tłumu. Mówię o węgierskim dubbingu. Owszem, nie rozumiałem z niego ani słowa, ale raz że brzmiało to oryginalnie, a dwa, że w zupełności mi to nie przeszkadzało przy angielskich podpisach. Tutaj zarówno to, co słyszymy, jak i napisy, jakie widzimy są po angielsku, co trochę psuje klimat. Cóż, jak widać nie tylko Polacy robią gry nie posiadające ich rodzimej wersji językowej.

Obrazek

Z rzeczy wartych choćby wzmianki wspomnę o sterowaniu, które jest banalne do opanowania, bo aby wykonać daną czynność wystarczy kliknąć we właściwe, odpowiednio duże miejsce na ekranie i tyle. Rozwiązując różne łamigłówki można skorzystać z podpowiedzi, jest też opcja „pomiń” dla tych, którzy uznają np. że nie warto z jakimś zadaniem się męczyć. Poza tym jest też możliwość zrobienia zapisu stanu gry w dowolnym momencie. Co prawda, miejsc na sejwy jest raptem dziewięć, ale doceniam fakt, że w ogóle pozwolono na to graczom, bo w najnowszych produkcjach coraz bardziej popularny staje się zapis automatyczny i tylko taki.

Jaki więc będzie werdykt końcowy? Ogólnie pozytywny, ale z dwóch tytułów o Jonathanie Huncie, moim zdaniem, lepszy jest ten pierwszy. Na plus zaliczam fabułę i zdecydowaną większość zagadek, do tego (poza pewnymi wyjątkami) oprawę audio – wizualną. Ma też jednak kilka mankamentów, ale pomimo nich uważam, że warto zagrać w „Miazmę”, zwłaszcza jeśli ktoś wcześniej zapoznał się z poprzednim dziełem Private Moon Studios.

OCENA GRY: 7/10

ZALETY:

+ ciekawa fabuła
+ długa rozgrywka
+ większość zagadek
+ oprawa wizualna
+ strona muzyczno – dźwiękowa
+ sterowanie
+ możliwość zapisu stanu gry w dowolnym momencie

WADY:

- łamigłówka z układaniem obrazka
- dziwnie zrobione dialogi
- trochę mało lokacji
- brak węgierskiego dubbingu

Obrazek
Czasem trzeba się cofnąć, aby móc pójść dalej.
Moja lista gier ukończonych
W sprawach forum i www piszcie: adam_ok(at)przygodomania.pl

ODPOWIEDZ

Wróć do „Miazma or the devil's stone”