Full throttle - recenzja

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Adam_OK
Moderator
Posty: 2758
Rejestracja: 24 lutego 2013, 10:28
Lokalizacja: Ząbki koło Warszawy
Podziękował(a): 61 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 36 razy
Płeć:

Full throttle - recenzja

Post autor: Adam_OK » 09 czerwca 2013, 17:53

Obrazek
Kiedy niedawno moja koleżanka z pracy stwierdziła, że będzie robić prawo jazdy powiedziałem jej, że to słuszna decyzja. Dodałem, że prowadzenie samochodu daje mi poczucie wolności oraz władzy. Zapewne prowadząc motocykl ma się podobne odczucia, choć tego tak do końca nie wiem, bo nie miałem okazji zrobić to (oczywiście piszę o prowadzeniu motoru) w prawdziwym świecie. Nie znaczy to, że nie zrobiłem tego wcale, przeciwnie – w wirtualnym świecie robiłem to nie raz. Ot, choćby w grze Full Throttle. Chcecie o niej poczytać? Jeśli tak, to gaz do dechy iiiiiiiiii........... jazda!

Bohaterem tej produkcji wydanej przez Lucas Arts w 1995 jest niejaki Ben. Jest on przywódcą jednego z motocyklowych gangów o nazwie Polecats. Pewnego dnia na jego drodze pojawia się Malcolm Corley, właściciel fabryki Corley Motors. Jest to ostatni zakład tego typu w całym kraju (akcja gry toczy się w przyszłości), a jego wiceprezydentem jest Adrian Ripburger. Proponuje on naszej postaci i jego gangowi „pracę”, ale Ben odmawia. Niestety, Rip (fajny skrót, no nie?) nie jest osobą, która toleruje sytuacje, gdy ktoś mówi mu „nie”, więc nasze alter ego dostaje po głowie, i to dosłownie. Gdy się budzi widzi, że jego kumple gdzieś zniknęli. Próbując ich szukać ulega wypadkowi, gdyż ludzie Rip-a uszkodzili jego motor. Myśleli oni, że w ten sposób pozbędą się Bena, ale to dopiero początek, gdyż w tym miejscu do akcji wkraczasz ty – graczu. Kierując jego poczynaniami musisz odnaleźć swój gang. Później sprawy się „nieco” skomplikują, gdyż zostaniesz wplątany w morderstwo, a niejaka Maureen (w skrócie Mo – dziewczyna, która pomogła ci na początku naprawić twój sprzęt) z przyjaciela stanie się wrogiem. Cóż, trzeba oczyścić swe imię i wyprowadzić wszystkie sprawy na prostą drogę. Oczywiście, nim się to stanie, to minie trochę czasu (mnie to zajęło kilka godzin). Dla wielu może się to wydać mało (zresztą trudno im się dziwić), ale mimo tego warto zapoznać się z tym tytułem (oczywiście, o ile ktoś tego nie zrobił do tej pory). Uważam tak, bo to było bardzo ciekawe kilka godzin, pełne dynamicznej akcji i licznych jej zwrotów. Całość doprawiono szczyptą humoru, co w połączeniu z klimacikiem nawiązującym nieco do Mad Maxa dało mieszankę bardzo wybuchową.

Obrazek
Tego samego nie da się powiedzieć o zagadkach, choć są tu ich dwa rodzaje. Pierwszy to zadania oparte na przedmiotach. Tradycyjnie więc zbieramy cała masę różnych rupieci, które potem wykorzystujemy gdzieś indziej. Drugi rodzaj jest wręcz znienawidzony przez „ortodoksyjnych” miłośników gatunku. Mowa tu oczywiście o zręcznościówkach, których tu nie brakuje. Będziemy więc różnymi sposobami „wysadzać z siodła” innych motocyklistów, weźmiemy udział w Destruction Derby itp. Czasem z pomocą przyjdzie nam kombinacja klawiszy Shift oraz V, dzięki której zwycięsko zaliczymy wspomniane zadania. Są jednak pewne sytuacje, w których trzeba samemu ostro brać się do roboty, bo czas goni. Mam tu na myśli głównie sekwencję finałową, w przypadku której nadmierne ociąganie się oznacza efektowny upadek w przepaść. Poza tym uważam, że niektóre z tych sytuacji można było rozwiązać inaczej. Przykładowo – mamy przejść przez pole minowe. Bierzemy więc pudełko małych, skaczących króliczków (podobnych do tych z reklamy pewnych baterii), wysypujemy wszystkie jednocześnie, a potem je zbieramy. Gdy pierwszy wybuchnie, idziemy na „miejsce zdarzenia” i wypuszczamy kolejnego, a potem powtarzamy to wszystko aż do skutku. I fajnie, tylko czy nie lepiej by było wyjmować pojedynczo króliczki z pudełka, zamiast wszystkie je wyrzucać naraz, a potem za nimi ganiać? Podsumowując – łamigłówki to dla mnie najsłabsza część gry, tym bardziej, że w Full Throttle nie ma typowych zagadek logicznych. Szkoda.

W tytule tym jest za to grafika 2D, przez wielu tak lubiana. Co prawda, nikogo ona dziś nie powali na kolana, gdyż często atakują nas piksele, ale bardzo źle też nie jest. Bardzo klimatyczne lokacje nawet dziś robią pewne wrażenie, ale i tak nie tak wielkie, jak animacje postaci. Szczególnie wyróżniłbym mimikę bohaterów podczas dialogów. Oni nie tylko ruszają ustami, ale robią to bardzo naturalnie, tak jak prawdziwi ludzie. Zastrzeżeń nie mam też ani do sposobu ich poruszania się, ani do ich wyglądu. No, może jego – zbyt często patrząc czy to na Bena, czy na Mo, ma się wrażenie, że mają oni zamknięte oczy. Co prawda nie przeszkadza to podczas zabawy, ale jest co najmniej zastanawiające.

Obrazek
A czy zastanawia was, co myślę o oprawie audio? Otóż uważam, że jest ona dobra. Raz przygrywa nam jedynie w tle. Jest wtedy cicha i spokojna, wręcz relaksująca. Gdy jednak na ekranie akcja nabiera tempa, to samo można powiedzieć o muzyce dobiegającej z głośników. Zmienia się ona całkowicie, staje się dużo głośniejsza i bardziej dynamiczna. Można stwierdzić, że przechodzi wtedy przemianę jak Dr Jeckyll w Mr Hyde’a. Równie udane są wszelakie dźwięki otoczenia oraz głosy postaci. Te ostatnie są wręcz rewelacyjne – Ben ma nieco szorstki, trochę twardy głos, ale przez to jest bardzo charyzmatyczny. Mo jest delikatna, ale potrafi też być jak skała, i to słychać w tym, co mówi. Z kolei słysząc Ripburgera od razu można się domyśleć, że to główny czarny charakter tej opowieści. Przemawia bowiem przez niego chciwość, nienawiść i żądza władzy. Co najśmieszniejsze w tym wszystkim, to fakt, że swym głosem „podzielił” się z Rip-em ....... Luke Skywalker, czyli Mark Hamill. Naprawdę trudno mi w to do tej pory uwierzyć, ale spisał się on znakomicie. Podobne opinie można wygłosić o pracy Roy Conrada (głos Bena), Mo (Kath Soucie) czy Malcolma (Hamilton Camp). Naprawdę wykonali oni świetną robotę, tak dobrą, że w wielu współczesnych produkcjach trudno spotkać lepszą.

Jeśli chodzi o interfejs, to można go uznać za pierwowzór systemu spotkanego później w Monkey Island 3. Różnica polega na tym, że zamiast monety, po wciśnięciu i przytrzymaniu LPM pojawia się czaszka. Po najechaniu na jej oczy można coś obejrzeć, na język – powiedzieć, na dłoń – wykonać jakąś czynność, a na buta – kopnąć coś. Może brzmi to dziwnie i skomplikowanie, ale nawet przedszkolak albo emeryt poradziłby sobie z opanowaniem sterowania.
Podsumowując Full Throttle to pozycja, która zapewni każdemu kilka godzin bardzo dynamicznej akcji okraszonej (ciągle) niezłą oprawą wizualną i rewelacyjną stroną dźwiękowo – muzyczną. Trochę razi brak zagadek logicznych oraz obecność zręcznościówek (ech, gdyby było na odwrót), ale mimo to warto się z tą produkcją zapoznać. Polecam tym bardziej, że od pewnego czasu można ją kupić w sklepach po umiarkowanej cenie.
OCENA GRY: 8/10

ZALETY:

+ fabuła
+ oprawa muzyczna
+ grafika
+ proste sterowanie

WADY:

- zręcznościówki
- brak zagadek logicznych

Obrazek
Czasem trzeba się cofnąć, aby móc pójść dalej.
Moja lista gier ukończonych
W sprawach forum i www piszcie: adam_ok(at)przygodomania.pl

ODPOWIEDZ

Wróć do „Full throttle”