Lapmlight City - recenzja

Awatar użytkownika
Adam_OK
Moderator
Posty: 2605
Rejestracja: 24 lutego 2013, 10:28
Lokalizacja: Ząbki koło Warszawy
Podziękował(a): 54 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 33 razy
Płeć: Mężczyzna

Lapmlight City - recenzja

Postautor: Adam_OK » 24 września 2018, 11:30

Obrazek

Na pierwszy rzut oka opisywana tu produkcja jest zwykłym, niewyróżniającym się z tłumu wielu innych gier, kolejnym przedstawicielem mody na retro. Kolejną pixel artową przygodówką, w której rozwiązujemy kolejne zagadki kryminalne. No właśnie, na pierwszy rzut oka...

Początek jest do bólu standardowy i oklepany. Ot, Miles Fordham, wraz ze swoim partnerem, Billem Legerem udają się na miejsce kolejnego przestępstwa. Tym razem chodzi o serię dziwnym włamań do pewnej kwiaciarni. Co jest w nich takiego niezwykłego? A choćby to, że sprawca bierze sobie jedynie kilka lilii, po czym za nie... płaci i wychodzi. Gdy nasza para policjantów zastawia na niego pułapkę wszystko wydaje się proste. Niestety, w kluczowym momencie Bill... kicha, co płoszy przestępcę. Nasi bohaterowie próbują mu zabiec drogę, ale na domiar złego Bill staje się zakładnikiem włamywacza. Miles chcąc go powstrzymać strzela, ale cała sprawa kończy się tragicznie – Bill spada z dachu i ginie, a sprawca ucieka. I tu zaczyna się właściwa rozgrywka. Dowiadujemy się, że Fordham odszedł z policji i jest teraz prywatnym detektywem, któremu sprawy (za plecami swego przełożonego) zleca pracownica policji Constance Upton. Zazwyczaj są to albo przypadki, że którymi miejscowi śledczy sobie nie radzą, albo takie, w których poszli oni na łatwiznę nie badając dogłębnie sprawy i nie upewniając się, czy ten, kogo aresztowano, jest na pewno winny. W sumie tych śledztw będzie pięć, a pomagać nam będzie w nich duch Billa. Będąc świadomym, że taka postać się pojawi w tej grze, spodziewałem się, że dostaniemy powtórkę z Joey'a Mallone'a z serii „Blackwell”. Ku mojemu zdziwieniu, zrobiono to inaczej, ograniczono się bowiem do komentarzy naszego byłego partnera, nie pokazując go ani przez moment na ekranie po tym, jak umarł. Nie powiem, było to dla mnie nieco dziwne, ale z biegiem czasu się przyzwyczaiłem do tego. A skoro mowa o czasie – na ukończenie dzieła studia Grundislav Games potrzebowałem ponad dziesięć godzin, co jak na współczesne standardy jest wynikiem bardzo dobrym. Co więcej, ani przez moment się nie nudziłem, bo ta produkcja ma w sobie „to coś”, co sprawia, że naprawdę trudno jest się od niej oderwać. Podobało mi się też to, że w dalszych śledztwach odwiedzamy lokacje znane z poprzednich spraw. Podobnie jest z niektórymi postaciami pobocznymi – napotkamy je w dalszej części rozgrywki. Bardzo fajny to zabieg, bo dzięki niemu czujemy że gra jest całością, a nie tylko zlepkiem kolejnych zagadek kryminalnych. Oczywiście najważniejszą z nich jest dowiedzenie się kim jest tajemniczy włamywacz z prologu i przez kogo zginął Bill. Czy nam się to uda? Czy wymierzona mu zostanie sprawiedliwość? To zależy tylko i wyłącznie od gracza. I mówię to z pełną odpowiedzialnością, bo w każdym z pięciu przypadków, to od nas zależy kto wyląduje za kratkami. Wcale też nie jest powiedziane, że wszystko skończy się happy endem, bo możliwych zakończeń są trzy (dowiedziałem się o tym nieco przypadkiem, gdy na You Tube znalazłem filmiki z dwoma innymi finałami, niż z tym, do którego sam doszedłem). Tak więc pod względem fabularnym, jest to bardzo udany tytuł.

Obrazek

A jak to wygląda od strony zagadkowej? No cóż, aż tak dobrze nie jest, ale najgorzej też nie. Co prawda ogólny poziom trudności zbyt wysoki nie jest, a zaciąć się można jedynie w przypadku przeoczenia czegoś na ekranie. Mnie się to zdarzyło ze trzy razy bo uznałem, że np. płonące świeczki w katedrze to tylko element dekoracyjny, a tak nie było. Poza tym odbędziemy wiele dialogów, z których trzeba będzie odfiltrować te najważniejsze informacje. Napotkamy też kilka zagadek, zarówno tych przedmiotowych, jak i tych nazywanych przeze mnie „puzzlowatymi”. Te pierwsze są dosyć ciekawe, bo tak naprawdę, to nie ma czegoś takiego jak ekwipunek. Nie oznacza to jednak, ze nie zbieramy żadnych przedmiotów, o nie. Co prawda są to w większości rożnego rodzaju dokumenty czy listy, ale czasem trafi się jakiś kubek czy pęseta. Co wtedy się nimi dzieje? Poza tym, że znikają z ekranu, to do momentu, w którym można ich użyć można zapomnieć, że się coś tam ma w kieszeni. Dopiero we właściwym momencie na dole ekranu pojawia się coś w stylu linii dialogowej i po kliknięciu na nią wykonywana jest akcja związana z danym przedmiotem. I tyle. Może to nic specjalnego, ale z drugiej strony rzeczy do zebrania (nie będących dokumentami) jest tak mało, że tworzenie dla nich ekwipunku byłoby zupełnie bez sensu. Jeśli zaś idzie o zadania nieprzedmiotowe, to trochę rozczaruję tych, co liczą na różnego rodzaju układanki, przesuwanki czy cokolwiek w tym stylu. Ot, trzeba będzie raz czy dwa złamać szyfr albo wcisnąć odpowiednią kombinację guzików, by otworzyć jakąś skrytkę. Do tego jeszcze coś na zasadzie „podaj trzy cechy charakterystyczne danego problemu, a ja powiem ci, czy jest coś, co pasuje do opisu”. I na tym koniec, niestety. Trochę mało – to raz, a ich niewielka trudność – to dwa. Szkoda, ale jak widać, nie można mieć wszystkiego.

Obrazek

Graficznie mamy do czynienia z dwuwymiarową oprawą, dzięki której ukazane jest fikcyjne miasto New Bretagne znajdujące się na wschodnim wybrzeżu „naszych” Stanów Zjednoczonych. Na pierwszy rzut oka, wygląda ono jak typowe XIX-wieczne miasto (akcja gry toczy się w roku 1844), ale tak nie jest. Otóż bowiem w tle mamy rozgrywkę między zwolennikami „tradycyjnego” stylu życia, a tymi „nowoczesnymi”, którzy chcą jak najszybszego rozwoju różnych technologii, w tym tej ujarzmiającej potęgę pary wodnej. W efekcie podczas odwiedzin różnych miejsc znajdziemy nie tylko domy, latarnie uliczne czy elementy garderoby jakie znamy z filmów czy innych gier osadzonych w tym okresie, ale bardziej realistycznie oddających wygląd tamtego świata. Natkniemy się też na rzeczy zupełnie niepasujące do naszych wyobrażeń i wiedzy o życiu sprzed blisko dwustu lat, a mianowicie np. … odkurzacze (i to w dwóch wersjach - „stojącej”, znanej z amerykańskich produkcji czy „leżącej”, czyli takiej jakie były powszechne w naszym kraju za PRL-u) czy żarówki (te z drucikiem w środku) o bardzo współczesnym wyglądzie, choć tak naprawdę to w tamtym okresie one jeszcze nie istniały, a Thomas Edison opatentował swój wynalazek dopiero 35 lat później! (względem czasu akcji tego tytułu). Mimo to, nie ma to negatywnego wpływu na odbiór całości oprawy, raczej traktuję to jako smaczek i elementy steam-punku, które (zgodnie z zapowiedziami twórców) miały być, za co należy się plus. Kolejny dam za całkiem fajne filmiki oraz za animacje. Fajne jest też to, że gdy nasza postać stoi gdzieś, bo nie wydaliśmy żadnego polecenia, to Miles sam zaczyna kręcić głową, rozglądać się na boki, grzebać coś w kieszeniach płaszcza itp. Do tego bardzo dobra mimika twarzy podczas dialogów – widać ruch gałek ocznych i ust, które układają się w wypowiadane właśnie słowa. Dodaje to wszystko sporo realizmu i uroku tej grze.

Dźwiękowo i muzycznie też nie mam nic do zarzucenia. Podczas zabawy towarzysz nam fajna, klimatyczna oprawa, a różnorodność utworów sprawia, że się one nie nudzą. Również odgłosy wydawane przez przedmioty oraz otoczenie są naturalne i nie powodują więdnięcia uszu. Nie mogę nie wspomnieć również o głosach postaci – tu również wykonano dobra robotę, i to zarówno w przypadku głównych bohaterów, jak i tych pobocznych. Naprawdę uważam, że trudno było o ich lepsze dopasowanie. I chociaż, jak to szczególnie często w przypadku mniejszych studiów bywa, jeden aktor czy aktorka dubbinguje kilka postaci drugo- czy trzecioplanowych, to zupełnie się tego nie odczuwa. Oczywiście, nie obyło się bez wpadek, ale te można usłyszeć głównie... w materiale bonusowym dostępnym po ukończeniu gry (tam też jest kilka artworków z tej produkcji). Bardzo fajny pomysł, który co prawda oryginalny nie jest, ale po mojemu korzysta się z niego zbyt rzadko, więc należy to docenić.

Obrazek

Cóż jeszcze można o tym tytule rzec? Może to, że mamy tu klasyczne sterowanie point and click? Może o tym, że tradycyjnie nie ma polskiej wersji językowej? Do tego zdążyliśmy się już przyzwyczaić przez ostatnie miesiące i lata. Czas więc na podsumowanie. „Lamplight City” to bardzo dobra gra, a jej główne zalety to świetna, wciągająca fabuła i bardzo dobra oprawa audio – wizualna. Jedyne, co mnie lekko przeszkadzało i co mogłoby być zrobione nieco lepiej, to kwestia zagadek, zwłaszcza tych nieprzedmiotowych, których zwyczajnie mogłoby być trochę więcej (ze trzy – cztery ekstra w zupełności by wystarczyły). Tak czy inaczej, jest to produkt warty ze wszech miar polecenia. Zagrajcie, a nie zawiedziecie się!

OCENA GRY: 9/10

ZALETY:

+ rewelacyjna fabuła
+ bardzo ładna grafika
+ udana oprawa audio
+ fajne zagadki...

WADY:

- … choć trochę mało tych nieprzedmiotowych

Obrazek
Czasem trzeba się cofnąć, aby móc pójść dalej.
Moja lista gier ukończonych
W sprawach forum i www piszcie: adam_ok(at)przygodomania.pl

Wróć do „Lamplight City”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość