Earthworms - recenzja

Awatar użytkownika
Adam_OK
Moderator
Posty: 2523
Rejestracja: 24 lutego 2013, 10:28
Lokalizacja: Ząbki koło Warszawy
Podziękował(a): 40 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 32 razy
Płeć: Mężczyzna

Earthworms - recenzja

Postautor: Adam_OK » 11 marca 2018, 16:41

Obrazek

Gdy wpisze się tytuł najnowszego dzieła studia ATM (All Those Moments) w najpopularniejszą internetową wyszukiwarkę, to najczęściej trafi się na wiadomości o... dżdżownicach. Niewiele lepiej to wygląda, gdy doda się słowo „gra”, gdyż większość wyników na pierwszych stronach dotyczy serii zespołu Team 17, w której dwie drużyny robali do siebie strzelają, próbując się unicestwić. W związku z tym spróbuję nieco nadrobić te braki informacyjne i napisać co nieco o przygodówce wypuszczonej przez rzeszowskie studio.

Jej głównym bohaterem jest Daniel White, prywatny detektyw, który posiada moce psychiczne pomagające mu w śledztwach. Pewnego dnia do jego biura przychodzi dziwny człowiek, który daje mu zdjęcie zaginionej dziewczyny oraz nieco innych informacji i każe iść za sobą. Udajemy się na dziwną wyspę, na której ostatni raz widziano Lidię i rozpoczynamy swą pracę. Odwiedzamy więc miejscowy bar, pobliskie domy (w większości opuszczone), las, bunkier, a nawet... inny wymiar. Po drodze spotkamy różnych ludzi oraz... wielkie macki. Skąd one się wzięły? Czy da się jakoś ograniczyć ich rozprzestrzenianie się? Czy jest jakaś skuteczna metoda walki z nimi? Odpowiedzi na te i inne pytania będziemy poszukiwać przez całą rozgrywkę. Mnie zajęła ona coś około 7 godzin, więc pod tym względem jest całkiem nieźle. A jak to wygląda pod kątem jakościowym? Też całkiem dobrze, bo przez cały czas spędzony przed monitorem nie tylko nie odczuwałem znudzenia, ale wręcz byłem ciekawy jak to wszystko się zakończy. A możliwych zakończeń są (tak myślę) trzy – pozytywne, neutralne i negatywne. Ten dopisek w nawiasie wziął się stąd, że mi udało się odkryć dwa z nich – tego dobrego końca nie ujrzałem. Wynikać to mogło z faktu, że w jednym miejscu nie udało mi się wykonać pewnej czynności. Gdybym to zrobił, to być może byłbym w stanie wykonać kilka kolejnych rzeczy i dojść do happy endu, niemniej na podstawie przebiegu fabuły jestem w stanie domyślić się, jak on wygląda. Pomimo tego, sam fakt zaimplementowania kilku rozwiązań uważam za plus. Zaleta ta, w połączeniu z całkiem interesującą opowieścią i odpowiednią jej długością sprawia, że za całość fabuły dam plusa.

Obrazek

Pod względem zagadkowym też jest całkiem udanie. Co prawda napotkane zadania nie są najtrudniejsze, ale jest ich naprawdę dużo i są bardzo zróżnicowane. Wśród nich znajdziemy m.in. łamanie wszelakiego rodzaju szyfrów i kodów dostępu do drzwi czy niewielki labirynt jaskiń. Mimo że większość z nich jest na tyle prosta, że da się je przejść za pierwszym razem, to rozwiązywało mi się je z dużą dozą przyjemności. Oprócz tego mamy też zadania przedmiotowe, które także do najbardziej skomplikowanych nie należą. Wynika to z faktu, że praktycznie wszystko to, co jest nam potrzebne, znajduje się „pod ręką”, czyli najdalej dwie lokacje od miejsca, w którym tej rzeczy należy użyć. Co prawda zdarzyło mi się parę razy „zaciąć”, ale wynikało to z niezbyt dokładnych obserwacji poszczególnych plansz, a nie z tego, że nie wiedziałem, co należy zrobić. Jeśli więc ktoś szuka w grach większego wysiłku intelektualnego, to „Earthworms” się zapewne rozczaruje. Ja zawiedziony nie jestem, choć gdyby było choć kilka nieco trudniejszych łamigłówek, to ta gra tylko by na tym zyskała. Mogło by być naprawdę dobrze, a jest co najwyżej nieźle. Trochę szkoda.

Znacznie lepiej, a na pewno ciekawiej jest w warstwie wizualnej. Otóż wszystkie lokacje zostały ręcznie namalowane. Tak, namalowane, a nie narysowane, dzięki czemu ma się wrażenie, że to, co widać, to jeden wielki zbiór obrazków wykonanych farbami. Początkowo towarzyszyło mi dziwne uczucie, że to, co wyświetla mi się na monitorze jest niby ładne, ale jednocześnie czegoś tu brakuje, coś nie pasuje. Może chodziło o to, że grafika wydawała mi się przysłonięta jakąś delikatną, brudzącą poświatą, a może o coś innego. Im dłużej grałem w „Earthworms”, tym bardziej doceniałem pracę osób, które stworzyły te wszystkie malunki. Lokacji jest bowiem bardzo dużo, są bardzo różnorodne i bogate w szczegóły. Oprócz tego, za każdym razem gdy jakieś miejsce mamy odwiedzić po raz pierwszy, pojawia się plansza z krótką informacją tekstową o tym, czego można się w niej spodziewać. Dość ciekawie prezentuje się również galeria postaci, które napotkamy podczas rozgrywki. Może nie jest ona zbyt duża (maksymalnie kilkanaście osób), ale każdy z bohaterów niezależnych jest bardzo specyficzny, bardzo charakterystyczny. Wśród nich jest młoda barmanka, generał, szalony naukowiec, szaman i inne, równie interesujące postacie. Niestety, nieco kuleje ich animacja; dotyczy to również naszego bohatera. Mam tu na myśli głównie sposób, w jaki Daniel biega – co tu dużo mówić, robi on to bardzo pokracznie. Kolejny zarzut odnośnie strony wizualnej to praktyczny brak filmików. Wspominałem o planszach? No właśnie, czy nie byłoby lepiej, gdyby zamiast nich (a przynajmniej części z nich) pojawiła się jakaś cut-scenka? I czy nie dało się nieco bardziej postarać w kwestii intra i outra? Trudno bowiem powiedzieć, że kilka statycznych obrazków przeplatanych tekstem w roku 2018 zrobi na kimkolwiek pozytywne wrażenie. Trochę za to odejmę z końcowej oceny, ale generalnie podobało mi się to, co w tej produkcji zobaczyłem.

Obrazek

Z kolei warstwie audio mam parę rzeczy do zarzucenia. Po pierwsze muzyczka przygrywająca w tle, choć różnorodna, to niekiedy bywa denerwująca. Nie zrozumcie mnie źle – niektórych kawałków słucha się z przyjemnością, na niektóre nie zwraca się uwagi (co oznacza, że w niczym nie przeszkadzają), ale czasem jak z głośników lub słuchawek zaczną dobiegać jakieś bliżej nieokreślone jęki, stęki czy inne tego typu odgłosy, to uszy zaczynają boleć. Zazwyczaj wystarczy przejść do innej lokacji, by im ulżyć w cierpieniu, niemniej nie mogłem o tym nie wspomnieć. Drugi problem jest taki, że w grze nie ma ŻADNEGO dubbingu. Ani polskiego, ani angielskiego, ani niemieckiego, chińskiego czy w suahili – nic, totalnie nic. Jak wspomniałem postaci nie napotykamy zbyt wiele, rozmowy z nimi za długie też nie są, a gdyby jeszcze jedna osoba podłożyła głos pod kilku różnych bohaterów, to wystarczyłoby z pięciu aktorów i byłoby znacznie lepiej. Szkoda, choć domyślam się, że wspomniane na początku studio jest małe, rozwijające się i zapewne zabrakło na to funduszy w budżecie, ale nawet rozumiejąc przyczynę problemu, nie mogę powiedzieć, że go nie ma. Mam nadzieję, ze w kolejnych grach All Those Moments pod względem oprawy dźwiękowej będzie znacznie lepiej niż w tej produkcji.

A skoro było o braku dubbingu, to (jak zapewne się domyślacie) oznacza, że treść dialogów poznajemy z napisów. Na szczęście, jest dostępna polska wersja językowa (angielska też jest, jakby ktoś pytał), więc ich zrozumienie nie będzie dla nikogo trudnością. Tutaj nie napotkałem wielu błędów czy niedoróbek (choć te oczywiście były, zwłaszcza literówki i „zjedzone” przecinki oraz lista „things to do”). Właściwie to najbardziej rzuciła mi się w oczy kwestia pewnego naukowca, który raz nazywany jest doktorem Ogórkiem, a raz Korniszonem. Poza tym jest całkiem dobrze, zarówno pod względem poprawności językowej, jak i estetyczno–praktycznym (chodzi o kolor, wielkość i rodzaj czcionki). Do tego teksty Daniela są nieraz śmieszne. Może nie jest to humor najwyższych lotów, ale dzięki niemu grało mi się po prostu przyjemniej.

Obrazek

Z wad należy wspomnieć też o mocach psychicznych naszego detektywa. Czemu piszę o nich w wadach? Odpowiedź jest prosta – temat został potraktowany po macoszemu. Niby co jakiś czas pojawia się wizja związana z danym miejscem lub przedmiotem, ale np. sami nie możemy tych mocy nigdzie wykorzystać. Parę razy było tak, że gdy symbol jakiejś wizji pojawił mi się kilka razy, to gdy kliknąłem odpowiedni przycisk na ekranie i odnalazłem tę ikonkę, okazało się, że sprawa jest już rozwiązana, bo chodziło o to, czy o tamto. No super, ale w czym mi to pomogło? Równie dobrze tych zdolności Daniel mógłby nie mieć i by wyszło praktycznie tak samo. Na koniec zaś wspomnę o jeszcze jednej, nieco uciążliwej sprawie – otóż, choć grę można zapisać praktycznie w dowolnym momencie, to mamy na to zaledwie pięć miejsc. Jest to trochę upierdliwe, zwłaszcza dla tych, którzy tak jak ja lubią często się sejwować. Tak więc, gdybym chciał poznać dobre zakończenie gry, to nie mogę cofnąć się do odpowiedniego zapisu, ale muszę zagrać jeszcze raz od początku, bo ten „odpowiedni” sejw został już nadpisany z dziesięć razy. Jak pisałem, nie jest to może wielki problem, ale czemu nie można było dać np. pięćdziesięciu slotów na tę opcję, to nie wiem.

Ogólnie rzecz biorąc, nie żałuję czasu spędzonego przy „Earthworms”. Fabuła, która potrafiła mnie zaciekawić, zagadki – choć proste, ale jest ich naprawdę dużo - i bardzo oryginalna grafika to jej najważniejsze atuty. Owszem, są też wady, zwłaszcza w oprawie audio, ale mimo to uważam, że warto dać tej produkcji szansę.

OCENA GRY: 7/10

ZALETY:

+ fabuła
+ kilka zakończeń
+ zagadki (ilość)
+ oryginalna grafika
+ elementy humorystyczne

WADY:

- zagadki (niski stopień trudności)
- brak dubbingu
- miejscami denerwująca muzyczka
- mało miejsc na zapisy
- Ogórek/Korniszon
- niewykorzystany potencjał zdolności psychicznych Daniela.

Obrazek
Czasem trzeba się cofnąć, aby móc pójść dalej.
Moja lista gier ukończonych
W sprawach forum i www piszcie: adam_ok(at)przygodomania.pl

Wróć do „Earthworms”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość