Valiant hearts: the Great War - recenzja

Awatar użytkownika
Adam_OK
Moderator
Posty: 2566
Rejestracja: 24 lutego 2013, 10:28
Lokalizacja: Ząbki koło Warszawy
Podziękował(a): 44 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 33 razy
Płeć: Mężczyzna

Valiant hearts: the Great War - recenzja

Postautor: Adam_OK » 01 lutego 2017, 10:34

Obrazek

W obecnych czasach trudno jest o coś oryginalnego w świecie gier, nie tylko w naszych ulubionych przygodówkach. Dotyczy to zarówno fabuły gry, tematyki, czasu i miejsca akcji czy techniki wykonania. Trafiają się jednak gry, które potrafią czymś zaskoczyć. Jedną z nich jest Valiant Hearts – tytuł, za którym stoi firma Ubisoft. Cóż takiego szczególnego otrzymaliśmy w 2014 roku? Na te pytania postaram się odpowiedzieć w tym tekście.

Najważniejsza „oryginalność” dotyczy fabuły. Otóż bowiem akcja gry toczy się podczas I wojny światowej, a więc w okresie praktycznie wcześniej nie wykorzystywanym w grach. Nie ma też jednego głównego bohatera, ale jest kilka postaci równorzędnych. Każdą z nich będziemy sterować, a ich losy będą się wielokrotnie przeplatać ze sobą. Wśród nich są Karl – młody Niemiec, którego wojna rozdzieliła z żoną i małym synkiem; jest Anna – sanitariuszka szukająca swego zaginionego ojca; są też Amerykanin Freddie (szukający zemsty na pewnym Niemcu) oraz francuski wieśniak Emile (siłą zmuszony do wstąpienia do wojska, prywatnie – teść Karla). Na dodatek jest też pies, którego pomoc jest często nieodzowna. Podczas rozgrywki, razem z nimi, przeżyjemy chyba wszystko, co podczas wojny zdarzyć się może – walka w okopach, atak na pozycje wroga, ucieczka pod ostrzałem, pomoc rannym, pobyt w obozie jenieckim i ucieczka z niego, sąd polowy i wiele innych tego typu „atrakcji”. Wszystko to okraszone encyklopedią ukazującą realia tamtych czasów. Dodatkowo, podczas każdego etapu można pobawić się w odnajdywanie historycznych przedmiotów, choć do ukończenia gry niezbędne to nie jest. Aby dojść do finału trzeba pokonać cztery rozdziały, a w każdym z nich jest kilka etapów. Jedne są stosunkowo krótkie i proste, inne (zapewne) sprawią, że będziecie musieli je przechodzić minimum kilka razy. W sumie Valiant Hearts zapewnia przynajmniej kilka godzin naprawdę dobrej rozrywki.

Obrazek

Byłaby ona lepsza, gdyby nie elementy zręcznościowe, które są dość częste. O ile sytuacje, gdy trzeba uciekać przed spadającymi bombami są dosyć proste (na dole ekranu pojawiają się czarne kółka pokazujące, gdzie spadnie bomba), a dodatkowo budują realizm o tyle akcje, gdzie oprócz tego, trzeba wykonać coś jeszcze są już bardzo wkurzające. Szczytem jest moment, pod sam koniec gry, gdzie nie tylko trzeba uważać, czy coś na głowę nam nie leci, ale dodatkowo trzeba wykopać tunel. Wystarczy jedna drobna pomyłka – za wcześnie/za późno się zmieni kierunek kopania, pójdzie się kawałek za daleko do przodu czy choćby o ułamek sekundy za późno wykona się właściwą czynność – a trzeba wszystko powtarzać jeszcze raz, jeszcze raz i jeszcze. Przeszedłem tę grę dwa razy, ale w obu wypadkach ten fragment wykonywałem po kilkanaście razy nim zakończyłem go sukcesem. Do tego dochodzą elementy skradankowe, gdy trzeba chować się za krzakami, płotami czy innymi przedmiotami ukrywającymi nas przed wzrokiem wrogich żołnierzy. A jakby tego było mało, są jeszcze mini-gierki w etapach, podczas których sterujemy Anną. Te mini-gierki to opatrywanie rannych, które z jednej strony nie jest zbyt trudne (za pierwszym, góra drugim podejściem da się tak zrobić, aby pacjent poczuł się lepiej), ale z drugiej – jeśli ktoś chciałby wykonać je wszystkie perfekcyjnie (za co jest jedno z osiągnięć do zdobycia), to musi mieć małpią zręczność i idealne wyczucie czasu. Ja, choć kilkukrotnie próbowałem, nie dałem rady. Na szczęście z innymi zagadkami nie było większego problemu, głównie dlatego, że były one przedmiotowe. Jako że każda postać może mieć zaledwie jeden przedmiot w ekwipunku i to zazwyczaj taki, który wykorzystuje się tuż obok miejsca, z którego się go zabrało, więc zadania te nie powinny nikomu sprawić kłopotów. Są też (co prawda dość proste) zagadki „nieprzedmiotowe” - np. dwukrotnie trzeba znaleźć szyfr do sejfu. W sumie więc pod względem łamigłówkowym jest naprawdę nieźle.

Równie dobrze, a może i nieco lepiej jest pod względem oprawy graficznej. Jest ona komiksowa i bardzo charakterystyczna. Nasi bohaterowie narysowani są w taki sposób, że żadnemu z nich nie widać oczu. Widać za to (gdy akurat nie trzeba uciekać przed bombardowaniem) dobrze wykonane i zróżnicowane lokacje (od koszar i okopów przez pola i lasy po różne miasta). Wbrew pozorom są one pełne życia i intensywnie nasyconych kolorów, dzięki czemu obraz tych tragicznych wydarzeń jest nieco przyjemniejszy w odbiorze. Bardzo dobre wrażenie robią też animacje, które również wykonano w komiksowym stylu. Wbrew pozorom są one dynamiczne, a „bajery” takie jak różnego rodzaju wybuchy wyglądają naprawdę efektownie. Gdy do tego dodamy jeszcze całkiem udane animacje ruchu postaci (psa to też dotyczy), to chyba nikogo nie zdziwi fakt, że stronę wizualną Valiant Hearts uważam za udaną.

Obrazek

Jeszcze lepsza jest chyba muzyka. Świetna, dynamiczna, doskonale współgrająca z wydarzeniami na ekranie. Najlepiej wypada ona jednak podczas przerywników pomiędzy etapami – po prostu brzmi wtedy genialnie. Do dźwięków otoczenia i różnych przedmiotów (np. do odgłosu tłuczonego szkła) również nie mam żadnych zastrzeżeń. A jeśli idzie o głosy postaci – generalnie porozumiewają się one za pomocą komiksowych dymków informując nas w ten sposób np. o tym jakiego przedmiotu potrzebują. Nie są jednak całkiem nieme – podczas takiej komiksowej „rozmowy” wydają z siebie różne dźwięki – czasem są pojedyncze wyrazy ( w różnych językach, nie tylko po angielsku). Do takiego sposobu komunikacji szybko się można przyzwyczaić i nie przeszkadza on ani trochę. W umie więc za oprawę audio ta gra dostaje ode mnie bardzo dużego plusa.

Jeśli zaś idzie o pozostałe kwestie – grę wydano w jeżyku polski, oczywiście przetłumaczono (jak w zdecydowanej większości przygodówek wydanych w naszym języku w ostatnich kilku latach) jedynie napisy. Tych za wiele nie było, w zasadzie jedynie teksty narratora czytane podczas animacji między etapami, więc nie powinno nikogo dziwić, ze wykonano to naprawdę dobrze. Owszem, jest jeszcze encyklopedia (również w polskiej wersji językowej), w której są opisy historycznych wydarzeń, które aktualnie przeżywamy na ekranie oraz krótkie notki o przedmiotach historycznych, które można znaleźć w różnych miejscach, ale jest to element „jedynie” koegzystujący z rozgrywką, a nie coś, co ma na nią istotny wpływ lub coś, co jest konieczne do ukończenia gry. Można więc tę encyklopedię zignorować, choć osobiście polecam poświęcić jej choćby kilka chwil, bo jest w niej sporo ciekawych informacji. W niej również nie znalazłem jakichś poważnych błędów popełnionych przez polonizatorów, więc i za ten aspekt tytuł ten oceniam pozytywnie.

Obrazek

Na koniec tradycyjnie kilka zdań o sterowaniu. Zapewne nie wszystkim przypadnie ono do gustu, bo odbywa się ono za pomocą klawiatury. Co prawda, nie powinno ono sprawić nikomu zbyt wielkich kłopotów, bo „arsenał” czynności przypisanych do różnych klawiszy bardzo wielki nie jest - poruszanie się, rzucanie, cios z pięści, użycie przedmiotu czy wydanie polecenia psu – to w zasadzie wszystko, co musimy robić (oczywiście nie wszystko naraz). Owszem, małpia zręczność (jak ktoś ją ma) czasem jest potrzebna, ale jak coś komuś nie wyjdzie, to gra automatycznie ładuje wrażliwy moment. Gorzej, że gra też automatycznie się zapisuje, więc nie da się tego zrobić w dowolnym momencie. Co prawda takie „checkpointy” są podczas poszczególnych etapów, ale jeśłi wyjdziemy z programu nie ukończywszy danej misji, to uruchamiając Valiant Hearts ponownie trzeba będzie tę misję w całości powtórzyć. Jest to denerwujące (zwłaszcza, że o śmierć w tej grze nietrudno), więc za brak możliwości zapisania się wtedy, kiedy gracz ma na to ochotę nieco odejmę z końcowej oceny.

Ostatecznie Valiant Hearts: The Great War to bardzo dobra produkcja. Ukazuje ona prawdziwe oblicze wojny – ogrom ludzkiego cierpienia, wszechobecną śmierć, brutalność oraz olbrzymie zniszczenia. W tych realiach pokazano losy kilku osób (ale nie czterech pancernych ;) ) i psa, które misternie się ze sobą splatają tworząc razem poruszającą całość. Do tego bardzo dobra grafika, jeszcze lepsza muzyka, niezłe zagadki i co najmniej poprawna polonizacja również przemawiają za tym, by się z tą produkcją zapoznać. Co prawda część z was mogą odrzucić elementy zręcznościowe czy sterowanie z klawiatury, ale skoro ja dałem sobie z nimi radę, to i wy powinniście.

OCENA GRY: 8/10

ZALETY:

+ ciekawa fabuła
+ ukazanie pełni okrucieństwa wojny
+ zagadki
+ bardzo dobra oprawa wizualna
+ świetna muzyka
+ polonizacja

WADY:

- elementy zręcznościowe
- brak możliwości zapisu w dowolnym momencie
- (dla niektórych) sterowanie

Obrazek
Czasem trzeba się cofnąć, aby móc pójść dalej.
Moja lista gier ukończonych
W sprawach forum i www piszcie: adam_ok(at)przygodomania.pl

Wróć do „Valiant hearts: the Great War”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość