Morningstar: descent to Deadrock - recenzja

Awatar użytkownika
Adam_OK
Moderator
Posty: 2551
Rejestracja: 24 lutego 2013, 10:28
Lokalizacja: Ząbki koło Warszawy
Podziękował(a): 42 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 32 razy
Płeć: Mężczyzna

Morningstar: descent to Deadrock - recenzja

Postautor: Adam_OK » 28 kwietnia 2016, 17:41

Obrazek

Nie tak dawno w jednym ze swoich tekstów wspominałem o powszechnej modzie na różnego rodzaju przeróbki, rimejki i inne tego typu wydania typu „X: the Y Anniversary” (gdzie X to tytuł, a Y to liczba typu 10, 20 itd.). Gra, którą dziś zamierzam opisać, również wpisuje się w ten trend, choć nie byłem tego od początku świadomy, a to dlatego, że mamy tu do czynienia z nową wersją darmowej, flashowej gierki powstałej kilka lat temu. Czy ta wersja jest udana i warta zainwestowania pieniędzy? Postaram się odpowiedzieć na te pytania.

Zarówno wersja pierwotna, jak i obecna powstały przy udziale studia Red Herring, a dodatkowo przy nowej odsłonie swe palce maczali panowie z Phoenix Online Studios, które znane jest choćby z „Cognition” czy „Face Noir”. Tym razem nie jest to jednak kryminał (jak wspomniane dwa tytuły), ale opowieść w klimatach science–fiction. Autorzy nie patyczkują się z graczem, tylko od razu uderzają z grubej rury – w intrze widać jak statek kosmiczny, którym leci nasz bohater, zalicza twarde lądowanie na opuszczonej planecie. Jak to w takich sytuacjach bywa są ofiary – kapitan Novak jest ciężko ranny, główny inżynier nie żyje, a statek zostaje poważnie uszkodzony. Nasza postać o nazwisku Powell (która jest pierwszym oficerem i drugim pilotem) miała więcej szczęścia i wychodzi z tego bez szwanku. Nie ma jednak nic za darmo, bo oznacza to po pierwsze konieczność udzielenia pomocy medycznej, a po drugie – naprawienia statku zupełnie samodzielnie. Szczęście w nieszczęściu polega na tym, że na tej planecie już wcześniej rozbiło się kilka innych statków, więc istnieje szansa znalezienia części zamiennych i innych potrzebnych rzeczy. Niestety, planeta ta jest takim kosmicznym Trójkątem Bermudzkim, gdyż nikt, kto na nią trafił, się z niej nie wydostał. Trzeba więc zbadać przyczynę tego stanu rzeczy i zrobić wszystko, co możliwe, by jednak ją opuścić i powrócić cało do domu. Czy to się uda, to zależy od gracza i aby się o tym przekonać, należy przejść całą tę grę. Niestety, zajmuje to bardzo mało czasu, w moim wypadku było to niecałe trzy godziny. Minęły one bardzo szybko, również dlatego, ze historia tu opowiedziana jest naprawdę ciekawa i trudno się oderwać od monitora. Z drugiej strony nie da się nie zauważyć w niej pewnych, co najmniej dziwnych, rzeczy. Weźmy na ten przykład kapitana Novaka. Już w filmiku początkowym to widać, a po kilku minutach rozgrywki mamy tego potwierdzenie, że jest on bardzo poważnie ranny. Dokładnie rzecz ujmując, jego ciało oraz jego fotel zostały przebite przez długi, stalowy pręt. Nie jestem lekarzem, ale ma moje oko pręt ten uszkodził mu śledzionę i płuco (a przynajmniej mógł to zrobić). Co prawda przy wyjmowaniu tego żelastwa robimy mu zastrzyk, ale powinno spowodować to silny krwotok, a tym samym stanowić poważne zagrożenie dla życia kapitana. Tymczasem po tym „zabiegu” pozwalamy jedynie pacjentowi odpocząć i samemu udajemy się na poszukiwania przydatnego sprzętu. Niewiele zaś później, ani w tym co słychać (komunikujemy się z Novakiem przez radio), ani co widać po powrocie nie sposób zorientować się, że kapitan był ranny. Zresztą nawet przed wspomnianym zabiegiem w głosie naszego przełożonego nie słychać niczego, co wskazywałoby na jego ciężki stan. Powtórzę, nie jestem medykiem, ale wydaje mi się, że ktoś, kogo ciało przebił metalowy pręt (zwłaszcza jeśli uszkodzone zostało płuco) powinien mówić z wielkim trudem, powoli i pojedynczymi słowami, gdyż ból nie pozwalałby mu na więcej. Tak jest (najprawdopodobniej) w życiu, a w grze? Ano w grze kapitan ani przez moment nie ma problemu, by wypowiadać się swobodnie, całymi zdaniami. Pal licho, gdyby to była jedyna nieścisłość w tej produkcji. Znalazłem jeszcze minimum dwie inne, ale nie powiem dokładnie jakie, bo z jedną spotkałem pod koniec rozgrywki, a drugą w filmiku ją kończącym. Jeśli ktoś uważa, że się czepiam nie wiadomo o co, to proponuję takiej osobie zapoznanie się z przyczyną katastrofy promu kosmicznego Columbia oraz zwrócenie uwagi na pewne rozmiary (tak, mają one znaczenie!). To powinno rozwiać wszelkie wątpliwości odnośnie do nieścisłości z outra.

Obrazek

Pewne wątpliwości związane z zagadkami towarzyszyły mi również podczas rozgrywki. Polegały one na tym, że nie byłem pewny, czy napotkam choć jedno zadanie nieprzedmiotowe. Otóż okazało się, że pewna łamigłówka była, ale dopiero pod koniec zabawy. Ba, pojawiła się ona nawet w kilku podobnych odmianach, a polegała na tym, że trzeba było rozszyfrować znaczenie pewnych symboli, a następnie wprowadzić odpowiednią ich kombinację do konsoli sterującej. Wariantowość tego zadania wiązała się z tym, że potrzeba było wprowadzić kilka zestawów symboli w zależności od tego, co chcieliśmy w danym momencie uzyskać. Poza tym wszelkie pozostałe zagadki były inwentarzowe, czyli należało wykorzystać właściwy przedmiot we właściwym miejscu. Generalnie nie było to trudne, tym bardziej, że nie nosiliśmy zbyt wielu „klamotów” w ekwipunku. Ponadto, w razie utknięcia gdzieś na chwilę, zawsze można było skorzystać z radia i uzyskać podpowiedź od kapitana Novaka. Z tymi ostatnimi bywało różnie – raz były strasznie ogólne i wręcz nic nie wnoszące („zbadaj dany kawałek terenu”), a raz podawały gotowe rozwiązanie na tacy. Wszystko to sprawiło, że poziom trudności tej produkcji wysoki nie jest, a i ze dwie – trzy dodatkowe zagadki „puzzlowate” przywitałbym z otwartymi ramionami ;)

Obrazek

W kwestiach technicznych jest naprawdę dobrze. Oczywiście widać ogromną różnicę między wersją sprzed kilku lat, a tą obecną (dla porównania odpaliłem tę z 2009, gdyż jest ona dostępna za darmo w sieci) – graficznie ta produkcja robi duże wrażenie. Dotyczy to każdego aspektu oprawy wizualnej – od postaci, przez przedmioty i lokacje aż po cut-scenki. Szkoda tylko, że te pierwsze widzimy jedynie w skafandrach, przez co nie widać twarzy, ale z drugiej strony jest to uzasadnione fabularnie (na tej planecie jest atmosfera znacznie różniąca się składem od ziemskiej, więc zdjęcie hełmu od skafandra oznaczałoby uduszenie się bohatera). Muzycznie i dźwiękowo generalnie też jest w porządku. Co prawda wcześniej ponarzekałem nieco na sposób wysławiania się poważnie rannego kapitana, ale poza tym naprawdę nie mam się do czego przyczepić. Bardzo dobrze dobrano głosy postaci, słychać, że aktorzy wcielili się w swoje role. O interfejsie i sterowaniu też nie będę się rozpisywał, bo jest to tradycyjne „wskaż i kliknij”. Jedynie napomknę jeszcze, że system zapisywania jest automatyczny, czyli że gracz nie ma na niego żadnego wpływu i nie może się zapisać w dowolnym momencie. Z jednej strony nie ma tu żadnych wyborów mających wpływ na fabułę, ale z drugiej – niedawny przykład z gry „The ABC Murders” pokazuje, że przy takim systemie sejwowania próba ominięcia buga oznacza konieczność rozpoczęcia gry od nowa, co nie jest takie przyjemne.

Obrazek

Czas już kończyć ten tekst, tym bardziej, że opisywana tu produkcja nie posiada rodzimej wersji językowej. Ma ona za to inne elementy – ciekawą (choć zawierającą kilka nielogiczności) fabułę, ładną oprawę wizualną i dobrą warstwę dźwiękową oraz niski poziom trudności. I choć bawiłem się przy niej całkiem nieźle, to nie mogę ocenić jej zbyt wysoko, również ze względu na jej krótkość. Jeśli jednak szukacie ciekawej produkcji w klimatach sci-fi, ale nie macie zbyt wiele wolnego czasu, to tę produkcję szczerze wam polecam.


OCENA GRY: 6/10

ZALETY:

+ ciekawa fabuła
+ grafika
+ oprawa audio

WADY:

- kilka poważnych nieścisłości w fabule
- za krótka
- za prosta

Obrazek
Czasem trzeba się cofnąć, aby móc pójść dalej.
Moja lista gier ukończonych
W sprawach forum i www piszcie: adam_ok(at)przygodomania.pl

Wróć do „Morningstar: descent to Deadrock”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość