Call of Cthulhu: shadow of the comet - recenzja

Awatar użytkownika
Rola
Publicysta
Posty: 370
Rejestracja: 09 lipca 2014, 20:13
Lokalizacja: Gdańsk
Podziękował(a): 2 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 6 razy
Płeć: Mężczyzna
Kontakt:

Call of Cthulhu: shadow of the comet - recenzja

Postautor: Rola » 07 maja 2016, 12:37

ObrazekObrazek
W starem kinie...


Call of Cthulhu: Shadow of the Comet (Zew Cthulhu: Cień komety) to francuska przygodówka horror inspirowana opowiadaniami H. P. Lovecrafta zaliczanymi do tzw. mitologii Cthulhu. Została wydana w 1993 przez Infogrames na komputery IBM PC (DOS) na licencji Chaosium - i trzeba przyznać, że w pełni na nią zasłużyła.

Choć jej fabuła nie jest adaptacją konkretnego dzieła pisarza, zawiera ona motywy charakterystyczne dla twórczości Lovecrafta - oprócz przedwiecznych uśpionych kosmitów dysponujących niewyobrażalnymi mocami, tudzież barbarzyńskich kultów mających na celu wskrzeszenie tychże (patrz: licencja), naszym bohaterem będzie intelektualista-racjonalista, którego światopogląd i spokój umysłu zostaną zachwiane na skutek dostąpienia do sekretnej, zakazanej wiedzy. Wszystko podane w sosie la Belle Époque.

Obrazek
Niedawno wróciły brody, następne będą bokobrody?


Jako młody angielski dziennikarz Parker przybywamy do przybrzeżnej amerykańskiej mieściny, aby napisać reportaż o tajemniczych okolicznościach, w jakich lord Boleskine postradał tu zmysły 76 lat temu. Dziwnym trafem zbiegło się to w czasie z przelotem komety Halleya, która wkrótce ponownie ma zawitać na niebie, w 1910 roku.

Obrazek
Czym byłby kapitalista-krwiopijca bez obowiązkowego cygara?


Gra znakomicie buduje atmosferę. W miasteczku spędzimy trzy dni i z upływem każdej doby napięcie będzie ewidentnie narastać. Niedopowiedziane rozmowy sprawiły, że zacząłem popadać w paranoję, podejrzewając o ukrywanie sekretów wszystkich - nawet te osoby, które okazały się później niewinne...

Wbrew modzie lat dziewiećdziesiątych, gdy w przygodówkach dominował humor absurdalny (w postaci niewydarzonych piratów czy macek-dyktatorów), gra poważnie traktuje styl powieści grozy. Nie oznacza to, że nie będziemy mieć powodów do uśmiechu, bo czy da się z kamienną twarzą wysłuchiwać tyrady starej mizoandrycznej dewotki? Fabuła i dialogi to bez wątpienia najsilniejsze punkty gry.

Już ówczesne recenzje gry narzekały na jej interfejs. W premierowym dyskietkowym wydaniu sterowana jest wyłącznie z klawiatury. Wersja na CD wprowadziła obsługę myszy tylko częściowo, bo nadal nie jest to point&click, tylko mysz udająca kursory.

10 slotów na zapis to stanowczo za mało jak na grę, w której często się ginie. Potrzebowałem ze trzy razy więcej.
Obywatele Francuzi, mamy rok 1993! Utrwalacie tylko stereotyp francuskiej gry: niedopracowana technicznie z artystowskim zadęciem.

Zdarzały mi się problemy, np. nie mogłem ponownie odczytać notatki, nie trafiłem o kilka pikseli w hotspot obiektu i bohater nie wykonał czynności, co sugerowało, że robię coś nie tak i zbijało z tropu.


Obrazek
Scooby-Doo, where are you?


Zagadki na ogół sensowne, przynajmniej na początku - im bliżej finału tym gorzej, także z fabułą (skłaniam się ku wnioskowi, iż mitologia Cthulhu winna pozostać na kartach książek, gdzie operuje wyobraźnią i niedomówieniami; tymczasem w grach video niestraszne nam są już żadne monstra, nie takie ze szwagrem się ubijało!). Największą satysfakcję miałem z zagadki chemicznej, dla której przewertowałem poradniki fotograficzne sprzed 100 lat!

Sporym udogodnieniem jest dzienniczek uaktualniany automatycznie przez naszego bohatera w miarę czynienia postępów. Ówcześnie nie było to jeszcze standardem w grach.

Obrazek
Proszę wycieczki: zwróćmy uwagę na takie detale jak stylowe tapety czy lampy.


Grafika 2D stoi na niezłym poziomie technicznym i stylistycznym (kostium epoki). W oczy kłuła mnie jaskrawa paleta kolorów plenerów w dzień (nie przystająca do gotyckiego horroru), ale wnętrza odtworzone przykładnie.

Twórcy uznali, że zabawnie będzie wzorować zbliżenia twarzy postaci na aktorach znanych z filmowych horrorów. Co mogło być sprytnym ukłonem w przypadku jednej postaci stało się banalnym dowcipem, gdy potraktowano tak wszystkie... (ale to już kwestia gustu)


Obrazek
Panienka kiedy kończy dyżur...?


Muzyka jest znośna i nie psuje nastroju, jednak twórcy nie zapewnili należytej obsługi kart dźwiękowych z MIDI. Przypomnę, że od lat dostępne były karty Roland, a w 1992 miał już premierę Gravis Ultrasound!

Aktorzy głosowi (wersja angielska) w porządku, choć reżyser nagrań winien wytłumaczyć im, jak należy wymawiać owe bełkotliwe zaklęcia przyzywające Cthulhu. Główny bohater nawet więcej niż dobry: inteligentny, kulturalny, ale zdecydowany.

Pierwotne wydanie zawierało eleganckie dodatki wprowadzające nas w atmosferę: zapiski dotyczące lorda Boleskine załączone w kopercie.

Rok później gra doczekała się wydania rozszerzonego na CD. Oprócz mówionych dialogów dodano też animowane intro (z wydarzeniami z 1834) oraz osobną prezentację multimedialną opartą na engine gry: wizytę w muzeum z lovecraftowskimi eksponatami.

Obecnie gra dostępna jest także w dystrybucji cyfrowej.


Obrazek
Możesz być pan nawet lordem, ale jak w muzeum to WŁÓŻ KAPCIE!



Ocena:

+ atmosfera klasycznej lovecraftowskiej powieści grozy
+ fabuła, dialogi, stylizacja
+ przyzwoita grafika i muzyka
- niemyszkowy interfejs
- brak obsługi kart MIDI

7,5/10
(ocena obniżona za archaizmy techniczne i błędy, inaczej dałbym więcej)

Gra godna polecenia, ale tylko wytrwałym weteranom przygodówek, których nie odstraszy jej trudność, tudzież inne niewygody.

Uwagi dla przygodówkowców: można zginąć, oprócz zagadek przedmiotowych są rozgałęzione dialogi, łamigłówki, a pojawią się i czasówki (quick time event). Mimo dzienniczka warto robić notatki.

Wróć do „Call of Cthulhu: shadow of the comet”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość