Gabriel Knight: sins of the fathers - recenzja

Awatar użytkownika
Adam_OK
Moderator
Posty: 2581
Rejestracja: 24 lutego 2013, 10:28
Lokalizacja: Ząbki koło Warszawy
Podziękował(a): 50 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 33 razy
Płeć: Mężczyzna

Gabriel Knight: sins of the fathers - recenzja

Postautor: Adam_OK » 09 czerwca 2013, 17:57

Obrazek

W zamierzchłych czasach, gdy nikomu się jeszcze nie śniła grafika 3D, przygodówki królowały na monitorach wielu graczy. Jedną z dwóch wiodących firm w tamtym czasie była Sierra. w 1993 wydała ona grę pt. „Gabriel Knight: Sins of the Fathers”. Odniosła ona sukces większy, niż na to liczono. Czemu tak się stało, spróbuje to pokrótce wyjaśnić.

Najmocniejszą stroną gry jest bez wątpienia fabuła. Jest to zasługą głównie Jane Jensen, amerykańskiej pisarki. Stworzyła ona wielowątkową historię, której tytułowy bohater mieszka i pracuje w Nowym Orleanie, gdzie prowadzi mały sklepik z unikalnymi książkami. Chce też napisać własną powieść, dlatego jest szczególnie zainteresowany zabójstwami, do których doszło niedawno w mieście. Prasa nazwała sprawę „Morderstwa Voodoo”, gdyż ofiary miały wycięte serce. Gabriel, współpracując z detektywem Mosely’em stara się rozwiązać sprawę i jednocześnie zebrać materiały na swą książkę. Podczas tej pracy nasze alter ego pozna Malię Gedde – kobietę, która ma z mordami więcej wspólnego, niż to się początkowo może wydawać. Ba, ona ma wiele wspólnego z samym Gabrielem, a to za sprawą wydarzeń, w których uczestniczyli ich przodkowie. O jakich wydarzeniach mowa – tego nie wyjaśnię, aby nie zdradzać za wiele tym, którzy jeszcze nie mieli okazji zapoznać się z tą grą. Powiem tylko, że intryga jest naprawdę zaplątana, gwarantuje zabawę na długie godziny oferując dwa możliwe zakończenia. Podczas 10 dni, o których ona opowiada będziemy zgłębiać nie tylko tajemnice Voodoo, ale poznamy też historię naszego bohatera i jego przodków. W tym celu odwiedzimy wiele miejsc w Nowym Orleanie, wśród nich muzeum Voodoo, park, katedrę i cmentarz. Oprócz tego odbędziemy podróż do Niemiec, gdzie mieści się zamek należący do wuja naszego rycerza oraz do Afryki, gdzie pojedziemy szukać owego krewnego. W sumie lokacji w grze jest całe mnóstwo i nikt nie może narzekać na ich ilość.


Obrazek

Podobnie jest z zagadkami. Mamy ich tu całą gamę, choć generalnie do najtrudniejszych nie należą. O czymś takim jak podążanie za sygnałem z nadajnika nawet nie warto wspominać, bo w zasadzie trudno nazwać to łamigłówką. Na pewno są nimi rzeczy związane z bębnami i ich dźwiękiem – raz musimy odkodować wiadomość zawartą w melodii, a raz sami musimy ją nadać. Poza tym z innymi postaciami (oprócz tradycyjnej rozmowy) porozumiewać się będziemy także za pomocą napisów na grobowcu, przyjdzie nam też ułożyć kamienne płytki w pewnym kręgu w Afryce czy odbyć rytuał, dzięki któremu staniemy się Łowcą Cieni. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie jeden szkopuł – zręcznościówki. O ile taka „akcja na komisariacie” w wyniku której należy zdobyć interesujące nas akta jest całkiem znośna i po ustaleniu właściwej kolejności wykonywanych czynności można ją łatwo przejść, o tyle inne sytuacje już takie fajne nie są. Spore ich nagromadzenie napotkamy pod koniec zabawy, gdy przyjdzie nam m.in. uciekać przed zombiakami. Owszem, da się je przejść samodzielnie, ale nim to nastąpi nasze nerwy zostaną mocno nadszarpnięte. Szkoda, bo to w zasadzie jedyna rzecz, jaka mi się nie spodobała w tej produkcji.

Poprzednie zdanie oznacza, że teraz będą już tylko pochwały. Zacznę od napisania kilku zdań o grafice. Ktoś powie „Jak to? Piksele jak byk, a oprawa wizualna jest po stronie zalet?” Owszem, ale trzeba wziąć pod uwagę wiek tego tytułu. Ponad piętnaście lat temu taka oprawa uchodziła co najmniej za dobrą i tak ją ocenię; tym bardziej, że animacje są naprawdę fajne. Wyglądają podobnie do tych z „Salammbo” – na ekranie pojawiają się kolejno obrazki o różnych kształtach tworząc bardzo ładną mozaikę. Zdarza się też, że taki „filmik” składa się ze statycznych obrazków, które zmieniają się co kilka sekund. Wygląda to trochę jak prezentacja w Power Pointcie, ale nie ma się co czepiać. Wykonano to naprawdę starannie, adekwatnie do ówczesnych możliwości technicznych.

Jeśli zaś chodzi o muzykę – ta jest wręcz genialna, można wręcz powiedzieć, że ona przerosła w/w możliwości sprzętowe. Pisałem, że w grze jest do odwiedzenia kilkadziesiąt lokacji, prawda? Taki park podzielono nawet na cztery kawałki. A teraz wyobraźcie sobie, że w każdej z nich (a więc również w poszczególnych „ćwiartkach” skwerku) przygrywa nam inny utwór. To, że jest ich aż tak dużo, to jedno. Drugie – ich jakość. Jestem pewien, że niejedna współczesna gra nie może się pochwalić tak udaną oprawą audio. Kiedy trzeba – dynamiczna, innym razem spokojna; raz głośniejsza, raz cichsza, itp. I choć w każdym miejscu inna, to nie zdarzyło się, abym przyciszył podczas rozgrywki głośniki. Tego się nie da opisać, to trzeba usłyszeć samemu, bo tak klimatycznej muzyczki nie spotkałem od dawien dawna.


Obrazek

Teraz kilka słów o interfejsie. Naszą postacią sterujemy myszą klikając najpierw odpowiednią ikonkę z menu dostępnego na górze ekranu, a potem na przedmiot lub osobę związaną z daną czynnością. Właściwą ikonkę można również wybrać przewijając ich listę poprzez klikanie LPM na nieaktywnym fragmencie lokacji, ale nie jest to wygodne, gdyż zdarza się, że się niechcący przeskoczy właściwą czynność i trzeba wówczas przewijać całą listę od początku. Z tego względu częściej korzystałem z tej pierwszej metody i było to całkiem wygodne. Nie było też problemów z zapisywaniem i wczytywaniem gry – miejsc na sejwy jest sporo i można je robić nawet wtedy, gdy chwilowo tracimy kontrolę nad naszą postacią (np. podczas animacji).

Podsumowując – Gabriel Knight to pozycja obowiązkowa dla każdego miłośnika gatunku. Co prawda, ma już ona swoje lata i piksele atakują nas z ekranu, ale jej zalety z nawiązką rekompensują tę wadę. Jeśli ktoś jeszcze jej nie ma, niech postara się o wersję CD, gdyż są w niej (w przeciwieństwie do wersji dyskietkowej) głosy postaci. W obsadzie znaleźli się m.in. Tim Curry (zagrał m.in. w „Polowaniu na Czerwony Październik”) jako Gabriel, Leah Remini (znana jako Carrie z serialu „Diabli Nadali”) jako Grace czy Mark Hamill (jego chyba przedstawiać nie muszę) jako detektyw Mosely. Niezależnie jednak od wersji gra oferuje świetną fabułę i doskonałą zabawę. W to trzeba zagrać!


OCENA GRY: 9/10

ZALETY:

+ świetna fabuła
+ rewelacyjna muzyka
+ niezłe zagadki
+ 2 zakończenia
+ oprawa wizualna
+ sterowanie łatwe do opanowania

WADY:

- nieszczęsne zręcznościówki

Obrazek
Czasem trzeba się cofnąć, aby móc pójść dalej.
Moja lista gier ukończonych
W sprawach forum i www piszcie: adam_ok(at)przygodomania.pl

Wróć do „Gabriel Knight: sins of the fathers”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość