O ludziach i voodoo

Awatar użytkownika
wujo444
Publicysta
Posty: 541
Rejestracja: 08 września 2012, 21:00
Podziękował(a): 1 raz
Otrzymał(a) podziękowania: 4 razy
Płeć: Mężczyzna

O ludziach i voodoo

Postautor: wujo444 » 06 grudnia 2012, 23:37

GK.01.jpg


[align=justify]Kiedy branża była jeszcze młoda i nieskorumpowana, twórcy biedni a gry brzydkie, jednym z najważniejszych gatunków były gry przygodowe. Przygoda nie polegała jednak na bezmózgim masakrowaniu kontrolera (no... były uzasadnione sytuacje), a poznawaniu historii wyjątkowego miejsca i/lub postaci. Anielską cierpliwość graczy w temacie eksploracji i najdziwniejszych zastosowań przedmiotów raz po raz testowały zwłaszcza LucasArt i Sierra. Ta druga postanowiła pozwolić utalentowanej współautorce King Quest VI na stworzenie własnej gry, która miała ustalić jej pozycję na lata.[/align]

GK.03-300x225.jpg


[align=justify]Autorką była Jane Jensen, grą Gabriel Knight: Sins of the Fathers, a kalendarz pokazywał 1993 rok. Tytułowy bohater mieszka w Nowym Orleanie, gdzie prowadzi odziedziczoną po ojcu księgarnię, a w wolnym czasie pisze kolejne książki (jednocześnie będąc ich jedynym czytelnikiem). Najnowsza ma dotyczyć serii morderstw noszących ślady rytualnych obrzędów voodoo, które to policja uznaje za sfałszowane. Gabriel będzie musiał przeprowadzić śledztwo wśród wierzących, dowiedzieć się, czym jest koza bez rogów oraz połączyć swoje nocne koszmary z morderstwami i historią własnej rodziny. Dopracowana fabuła łącząca gęsty realizm i mistyczne fantasy nie zostałaby tak dobrze przyjęta bez ciekawych postaci. Knight przypomina wielu kultowych bohaterów lat 80- i 90-tych. Wiecznie znudzony i zmęczony, nie szczędzi cynicznych komentarzy i chętnie podrywa piękne kobiety. Do działania potrzebuje odpowiedniej mieszanki kawy i whisky. Nihilizm Gabriela stara się hamować jego asystentka Grace Nakimura, która w tym duecie odpowiada za zachowanie powagi, rozsądku, i porządku w papierach. Spotkamy też kilkanaście postaci drugoplanowych, m.in. detektywa Mosely’a, starego przyjaciela Gabriela prowadzącego oficjalne śledztwo, Dr Johna z muzeum Voodoo i bogatą famme fatale Malię Gedde.

Gra, jak wcześniej napisałem, ukazała się w 1993 roku i, jak w znanej piosence, “to widać, słychać i czuć”. Najszybciej oczywiście widać – 256 kolorów i rozdzielczość VGA, które były nowością w starych, dobrych czasach, odbiegają od współczesnych standardów. Grafika jest jednak szczegółowa (na tyle na ile pozwalała ówczesna technologia), czytelna i ładnie zaprojektowana. Mimo wieku jest nadal funkcjonalna i nie powinna zniechęcać, w przeciwieństwie do wczesnej grafiki trójwymiarowej. Dźwięk zachował się lepiej, głównie dzięki doborowej ekipie dubbingującej, w skład której wchodzili m.in. Tim Curry (Rocky Horror Picture Show), Mark Hamill (ten od Star Warsów i animowanego Batmana) i Efrem Zimbalist (również Batman). Muzyka jest niezła jak na karty dźwiękowe początku lat 90, nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że Nowy Orlean zasługiwał na lepszą, bardziej charakterystyczną ścieżkę dźwiękową. A może to tylko za dużo Treme (serial o mieszkańcach NO po przejściu huraganu Katrina). “Czuć” w grze przede wszystkim interfejs: podzielony na 8 czynności (4 w ekwipunku) jest mocno nieporęczny. Czasem można “wyjść” z lokacji, czasem trzeba “otworzyć” drzwi, także różnice między “użyj” “otwórz” i “przesuń” nie są intuicyjne. Brak też znanego z współczesnych przygodówek autosave’u, interaktywnego kursora czy podpowiedzi. Fajnym patentem są dialogi zapisane na taśmach dyktafonu, które można odtworzyć w dowolnej chwili. Niemniej, nieraz brakowało mi wyraźniejszej podpowiedzi co mam zrobić, dokąd się udać i po co. Gra zawiera kilka czasówek, parę razy można też wyciągnąć nogi, co przy braku automatycznego zapisu gry potrafi dać w kość. Rozgrywka jest więc trudna, ale
satysfakcjonująca, nie brak ciekawych zagadek i emocjonujących momentów.

GK.12-300x225.jpg


Sins of the Fathers to fragment historii gatunku, który od ponad 20 lat nie przeszedł radykalnych zmian. Owszem, uproszczono interfejs, zaczęto unikać nazbyt absurdalnych zagadek (nie zawsze z sukcesem) i dodano autosave, ale podstawy idź-weź-użyj-porozmawiaj nadal stanowią trzon rozgrywki gier przygodowych. Podobnie jest z Gabrielem Knightem - oprawa trzyma się zaskakująco dobrze, a intrygująca historia i dobrze napisane postacie nie starzeją się nigdy. Warto się zapoznać z nią nie tylko ze względów historycznych, ale również jakości rozrywki oferowanej graczowi.[/align]

[align=justify]Gra doczekała się dwóch kontynuacji, będących przy okazji dobrym wskaźnikiem trendów na rynku. 2 lata młodszy The Beast Within: A Gabriel Knight Mystery wykonano w full motion video z Deanem Ericksonem w roli głównej, natomiast trzecią, wydaną 4 lata później Gabriel Knight 3: Blood of the Sacred, Blood of the Damned zrealizowano w grafice trójwymiarowej. Była to równocześnie ostatnia przygodówka wydana przez Sierrę, ale o upadku tego giganta opowie wam ktoś inny, kiedy indziej. Zaś Jane Jensen po wydaniu dwóch powieści na podstawie 1 i 2 części Gabriela, do poważnych gier przygodowych powróciła dopiero w 2009 za sprawą ciepło przyjętego Gray Matter i obecnie pracuje, jakby ktoś przegapił, nad Moebiusem.[/align]

Tekst pierwotnie ukazał się na bortalu Grastroskopia.pl.
Link do pełnej galerii

A Wy co sądzicie o tej grze? :)
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
Im częściej na mnie kamieniem rzucicie,
sami złożycie stos - - stanę na szczycie.


Grastroskopia - Bortal dobrze wpływa na trawienie gier

Wróć do „Gabriel Knight: sins of the fathers”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość