Blackwell: epiphany - recenzja

Awatar użytkownika
Adam_OK
Moderator
Posty: 2390
Rejestracja: 24 lutego 2013, 10:28
Lokalizacja: Ząbki koło Warszawy
Podziękował(a): 28 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 29 razy
Płeć: Mężczyzna

Blackwell: epiphany - recenzja

Postautor: Adam_OK » 04 października 2015, 16:37

Obrazek

Wszystko, co dobre, musi się kiedyś skończyć. Przyszedł więc czas na pożegnanie się z serią Blackwell. Serią, którą na poważnie zainteresowałem się stosunkowo późno, ale pomimo tego zrobiła ona na mnie bardzo duże wrażenie, szczególnie pod względem fabularnym. Gdy więc w moje ręce trafiła ostatnia jej odsłona i gdy odświeżyłem sobie wcześniejsze przygody Rosy i Joeya, natychmiast się za nią zabrałem. O wrażeniach z niej tutaj napiszę.

Fabularnie jest jak zwykle rewelacyjnie. Zaczyna się typowo (szczególnie od czasów „Convergence”) – w zrujnowanym budynku jest duch, któremu należy pomóc. Gdy to się uda, panna Blackwell jest świadkiem morderstwa, a dusza ofiary po chwili zostaje rozerwana na pół. Para naszych bohaterów usiłuje dowiedzieć się, co się stało i kto lub co się za tym kryje. Rozwiązanie tej zagadki jest zaskakujące, ale nim je poznamy, czeka nas wiele atrakcji. Wśród nich są krótkie retrospekcje do lat 30-tych XX wieku, czyli do czasów, gdy Joey umarł. Dowiemy się jak to się stało, a także jak Jocelyn Contis porzuciła swojego ducha przewodnika – Madeline – i stała się Hrabiną. Oprócz tego czeka nas długa droga do prawdy, pełna różnych zaskoczeń i zwrotów akcji. A dlaczego napisałem, że jest ona długa? Cóż, mi ukończenie gry zajęło jakieś 7 godzin (może nawet nieco więcej). Jak na tę serię to bardzo dużo, poza tym wreszcie udało się osiągnąć poziom współczesnych standardów długości rozgrywki (cóż, lepiej późno niż wcale ;) ) Można więc nieco dłużej rozkoszować się fabułą i cieszyć rozgrywką, bo historia po raz kolejny przykuwa do monitora. Daje też dużo satysfakcji z jej ukończenia, choć...


Obrazek

... zakończenie gry wcale takie satysfakcjonujące nie jest, a przynajmniej w pierwszym momencie tak tego nie odebrałem. Trudno nazwać je również happy endem, choć przez chwilę można było mieć na to nadzieję. To, co zobaczyłem później, totalnie mnie zaskoczyło i wręcz zszokowało. Oczywiście nie powiem, co takiego spowodowało u mnie taką reakcję, ale mocno zapadło mi w pamięć i do dziś je rozważam, pomimo tego, że grę ukończyłem kilka dni temu. Z tego też względu postanowiłem poświęcić mu cały akapit, czego nigdy wcześniej nie robiłem. Zasługuje ono na to, bo jest bardzo życiowe. Jak pisałem, szczęśliwe nie jest, ale całkiem złe również nie. Spodobało mi się w nim to, że spina klamrą całą sagę, bo ostatni akcent ma miejsce tam, gdzie się wszystko zaczęło, jedynie osoby się zmieniły. Poza tym odbieram je jak koniec bajki, gdzie zwykle był morał. Tu również można odnaleźć pewne przesłanie, mianowicie jest to przesłanie o prawdziwej przyjaźni. Ktoś powie, że to nadinterpretacja zwykłego filmiku, ale nawet jeśli faktycznie tak jest, to co z tego? Po pierwsze każdy ma prawo oceniać to, co widzi tak, jak uważa za stosowne. Po drugie dzięki tej nadinterpretacji łatwiej mi przejść nad tym zakończeniem do porządku dziennego. Daje mi ona wiarę i nadzieję (może złudną, ale co mi tam) na to, że gdy ktoś je zobaczy, dostrzeże w nim to samo, co ja i zrozumie lekcję z niego płynącą. Szczerze mówiąc, nie pamiętam takiej gry, której finał wywarł na mnie tak wielkie wrażenie i choć pamiętam wiele zakończeń, to gdy dziś o nich myślę, to nie wywołują u mnie żadnych emocji. Z „Blackwell Epiphany” jest inaczej i dlatego będzie miało to odbicie w końcowej ocenie gry.

Oczywiście inne elementy też na nią wpływają, zwykle duży udział mają zagadki. Tutaj, podobnie jak wcześniej, nie uświadczymy łamigłówek „puzzlowatych”, co mi trochę przeszkadza, bo obniża to nieco poziom trudności gry. Są zadania przedmiotowe, choć znów za wiele klamotów nosić nie trzeba (i dobrze!). Są też zadania, gdzie trzeba wykorzystać umiejętności naszego ducha, ale to też już znamy. Generalnie zagadkowo jest tak samo, jak było, więc na tym zakończę ich podsumowywanie.


Obrazek

Na szczęście nie tak samo jest w kwestii grafiki, szczególnie w porównaniu z „Deception”. Poprawie uległy postacie, szczególnie wygląd Rosy, co do którego miałem poprzednio trochę zastrzeżeń. Animacja jej chodu również jest lepsza, co też należy odnotować. Zwrócono też uwagę na taki szczegół jak ubranie panny Blackwell, gdyż gdy wychodzi ona z jakiegoś pomieszczenia (najczęściej ze swego mieszkania), to zakłada płaszcz i nauszniki, a gdy wchodzi – to je zdejmuje (wcześniej nie było to takie oczywiste, dlatego o tym wspominam). Ponadto, ciekawie prezentuje się też Nowy Jork w zimowej scenerii (w końcu tytułowe „Epiphany” to święto Trzech Króli, które jest w styczniu) i nieraz patrząc na ulice czy dachy przykryte śniegiem, robiło mi się zimniej od samego widoku. Poza tym wszystkie inne elementy są naprawdę udane (choć oczywiście utrzymane w stylistyce retro), więc oprawę graficzną zaliczę do pozytywów.

Podobnie będzie ze stroną audio, gdzie wszyscy znów wykonali dobrze swą robotę. Znów ścieżka dźwiękowa jest miła dla ucha, znów aktorzy dubbingowi świetnie wykonali swe zadanie (szczególnie wiadoma dwójka), znów wszystkie odgłosy są naturalne. Po prostu wszystko gra i buczy jak należy.

Nim przejdę do podsumowania, to chciałbym wspomnieć jeszcze o kilku ciekawostkach. Są bowiem w tej grze pewne smaczki i nie mam tu na myśli jedynie nawiązań do poprzednich gier z serii (choć te oczywiście też są). Skoro (oficjalnie) mamy równouprawnienie oraz skoro aktorka dubbingująca Rosę została wspomniana w „Deception”, to podobnie stało się z Abem Goldfarbem użyczającym głosu Joeyowi. Ponadto jest pewne nawiązanie do serialu „Detektyw Monk”, są i inne tego typu rzeczy. Bardzo to lubię, więc za to będzie kolejny plus.


Obrazek

Z oceną końcową mam duży dylemat. Z jednej strony to najlepsza odsłona cyklu, do tego najdłuższa. Z drugiej jest zakończenie, które jest inne niż to, czego oczekiwałem oraz tradycyjna kwestia braku zagadek „puzzlowatych”. Z tego względu pełnej puli dać nie mogę, ale nieco przymknę oko na te niedociągnięcia. Tak czy inaczej – bardzo polecam wszystkim zarówno tę grę, jak i całą serię. Naprawdę warto!

OCENA GRY: 9,5/10

ZALETY:

+ fabuła
+ grafika
+ muzyka i dźwięk
+ różne smaczki
+ zakończenie skłaniające do refleksji...

WADY:

- ... choć bardzo smutne
- brak łamigłówek „puzzlowatych”
- nie będzie kolejnej gry z serii Blackwell :(

Obrazek
Czasem trzeba się cofnąć, aby móc pójść dalej.
Moja lista gier ukończonych
W sprawach forum i www piszcie: adam_ok(at)przygodomania.pl

Wróć do „The Blackwell epiphany”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość