Tex Murphy: Overseer - recenzja

Awatar użytkownika
Adam_OK
Moderator
Posty: 2284
Rejestracja: 24 lutego 2013, 10:28
Lokalizacja: Ząbki koło Warszawy
Podziękował(a): 24 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 28 razy
Płeć: Mężczyzna

Tex Murphy: Overseer - recenzja

Postautor: Adam_OK » 26 marca 2017, 14:12

Obrazek

Nie wiem jak wy, ale ja strasznie nie lubię powtarzania. Działa to w obie strony tzn., że nie lubię zarówno, kiedy ja sam muszę coś zrobić ponownie, jak i gdy np. podczas rozmowy ktoś coś mówi po kilka razy. Denerwuje mnie to i to bardzo, bo odbieram to jak traktowanie mnie jak idioty, który nic nie rozumie i któremu trzeba wałkować różne rzeczy po kilka(naście) razy. No dobrze, ale co to ma wspólnego z opisywaną tu grą? Zaraz to wyjaśnię.

W pewnym sensie „Overseer” jest jedna wielką powtórką. Otóż bowiem ponownie Tex będzie musiał udowodnić, że śmierć ojca naszej zleceniodawczyni nie była samobójstwem. Naszym pracodawcą jest... Sylvia Linsky. Zaraz, ale przecież o tym było „Mean Streets”? Owszem, ale tym razem pretekstem do przeżycia tego jeszcze raz jest Chelsee Bando – aktualna dziewczyna naszego bohatera. Chce ona dokładnie wiedzieć jak to było z Texem i jego byłą żoną, od czego się to zaczęło i jak to wpłynęło na psychikę Mr. Murphy'ego. W efekcie fabuła tej gry jest swego rodzaju mieszanką – bieżące wydarzenia (które widać właściwie jedynie na przerywnikach filmowych) są przeplatane ze wspomnieniami i opowieścią Texa. Jeśli jednak ktoś myśli, że fabuła tej produkcji jest kopią historii z pierwszej odsłony serii, to się myli. Owszem, główne założenia są te same, ale różnic jest jeszcze więcej. Ktoś pamięta, aby w „Mean Streets” były jakieś indiańskie (coś pomiędzy azteckimi a majańskimi) ruiny? Nie? Nic dziwnego, bo ich tam nie było, a tu są. Poza tym np. karty dostępu nie są oznaczone teraz kolorami, a kolejnymi literami alfabetu; niektóre hasła dostępowe do nich też są inne niż poprzednio. Mało? A co powiecie na zmianę imion niektórych bohaterów pobocznych np. policyjny detektyw Steve Clements został... Evą Clements! Operację zmiany płci przeszedł też Ron Morgan i stał się Romą. W „Overseerze” dodano wiele nowych lokacji, a „stare” zmodyfikowano dość znacząco. Nawet zakończenie całej tej opowieści uległo przeobrażeniu – gra nie kończy się wraz z końcem wspominek Texa, ale pokazano w nim również to, co się stało z nim i z Chelsee chwilę później. Oczywiście nie zdradzę wam, o co chodzi, bo warto samemu to sprawdzić. Wbrew pozorom fabuła tego tytułu jest jego mocną stroną, bo choć i tak wiadomo (dla tego, co grał w pierwszą część przygód detektywa Murphy'ego), jak to się skończy, to wprowadzono tu na tyle dużo zmian, że czuje się, jakby przeżywało się coś nowego. Poza tym podczas zabawy byłem bardzo ciekawy co twórcy z Access Software zmienili w dalszej części znanej mi opowieści, a odkrywanie tych smaczków bardzo mi się podobało. Dzięki temu nie tylko nie czułem znużenia zasiadając do komputera, ale wręcz robiłem to z bardzo dużą dozą przyjemności.

Obrazek

Podobnie było z rozwiązywaniem wszelkiego rodzaju zagadek. Tradycyjnie były zarówno te przedmiotowe (jak dla mnie najciekawszą z nich było budowanie pułapki na węża), jak i „puzzlowate”. Praktycznie wszystkie były logiczne (nie wiem jak wam, ale jakoś nie wydaje mi się, żeby podłoga ułożona z kafelków mogła przewodzić prąd) i dobrze przemyślane, była też ich spora różnorodność. Co mnie ucieszyło, to tych drugich było naprawdę dużo – kwadrat magiczny, rożne układanki, łamanie haseł, szukanie ukrytych wyrazów, zagadka dialogowa (tu ja tak wpleciono w fabułę, że od pomyślnego jej przejścia zależy życie Texa i kogoś jeszcze), składanie kart z ich kawałków i wiele innych. Naprawdę trudno mi zapamiętać wszystkie ich rodzaje, ale pamiętam, że rozwiązanie każdej sprawiło mi sporo radości. I choć, jak w poprzedniku, często odbywało się to na czas, to tym razem narzekać na to nie będę. Czemu? Bo ktoś poszedł po rozum do głowy i zwiększył limity czasowe. Dla przykładu – na rozpracowanie pięcioliterowego hasła zapisanego alfabetem Braile'a przeznaczono... półtorej minuty, podobnie jak na inne zadania. Te trudniejsze lub wymagające większego wysiłku mają limit na poziomie pięciu minut. Z kolei, gdy w finale należy użyć wszystkich ośmiu kart i wpisać osiem haseł przeznaczono na to dwie minuty (czyli dwa razy więcej niż w oryginale), a dodatkowo po prawidłowym wykonaniu tej czynności i krótkiej animacji czeka nas jeszcze do rozegrania partia szachów (tu już nie ma żadnych ograniczeń czasowych). Po prostu rewelacja! Szkoda tylko, że znów nie obyło się bez elementów zręcznościowo – skradankowych, ale etap ten nie jest jakoś strasznie trudny i nie trzeba mieć małpiej zwinności, aby go przejść. Nie ma też ani żmudnego latania speederem, ani strzelanek (choć w jednej lokacji jest możliwość przypomnienia sobie, jak one wyglądały), tak więc generalnie jest bardzo dobrze.

Graficznie jest znacznie lepiej niż poprzednio. Wynika to z faktu, że w tej odsłonie nie straszy nas pikseloza widoczna wcześniej, zwłaszcza na zbliżeniach. Teraz tego nie ma, dzięki czemu w „Overseera” grało mi się przyjemniej. Oczywiście, chyba nie muszę dodawać, że tak jak w dwóch wcześniejszych częściach cyklu, tak i tutaj środowisko gry jest w pełni trójwymiarowe, a w przerywnikach filmowych zagrali prawdziwi aktorzy. To wszystko tworzy razem bardzo miłą dla oczu całość. Jedyny zgrzyt (niewielki) wiąże się z wyświetlaniem napisów podczas cut-scenek. Czasem bowiem zdarzało się, że napisy nie znikały i w efekcie kolejne kwestie nakładały się na siebie tworząc kolorowa plamę. Innym razem nie zsynchronizowano za dobrze wyświetlania napisów z kwestiami mówionymi i w efekcie te drugie nie nadążają za tymi pierwszymi. To jednak bardzo nie przeszkadzało, generalnie różnica w oprawie wizualnej jest znacząca, aż trudno uwierzyć, że miała ona swoją premierę niecałe dwa lata po poprzedniku.

Obrazek

Niewiele zmieniło się za to w kwestii oprawy audio. Przez „niewiele” rozumiem to, że, tak jak wcześniej stoi ona na wysokim poziomie. Mam tu na myśli wszystko to, co się na nią składa – dźwięki różnych przedmiotów i otoczenia, muzykę przygrywającą w tle oraz aktorski dubbing. Każdy z tych elementów wykonano bardzo dobrze, widać (a raczej słychać ;) ) że twórcy odpowiedzialni za tę warstwę gry to fachowcy wysokiej próby. Co prawda, pod koniec rozgrywki miałem błąd, który powodował zamknięcie gry, a na który skutecznym rozwiązaniem okazało się wyciszenie plików midi, ale może to bardziej wina wersji gry (Steam) i mojego sprzętu niż twórców (może gdybym zagrał w tę produkcję na moim pierwszym po C64 sprzęcie, to bym to wiedział, a teraz tego nie rozstrzygnę). Tak więc przymknę na to oko uznając, że od strony „słyszalnej” gra jest udana.

Pod względem interfejsu i sterowania także źle nie jest, ale widać wyraźnie, że postanowiono nieco „odświeżyć” ten element. Nie ma więc już trybu „statycznego” i „dynamicznego” i przełączania się między nimi za pomocą spacji. Zostało to ujednolicone i wygląda to tak, że można teraz swobodnie podejść w jedno miejsce, obejrzeć znajdujące się tam przedmioty lub wykonać jakąś czynność, a potem pójść sobie gdzieś indziej. Czynności związane z chodzeniem i rozglądaniem się wykonujemy za pomocą klawiatury, a wszystko to, co dotyczy zawartości naszych kieszeni obsługujemy myszą. Tu też miałem mały zgrzyt z programem, tym razem na samym początku zabawy. Otóż bowiem, gdy chciałem zmienić „fabryczne” obłożenie klawiszy, to gra mi się wykrzaczyła. Zrobiła tak ze dwa razy, ale na szczęście udało mi się wymóc na niej to, co chciałem i potem już takich numerów mi nie robiła. Denerwowało mnie nieco za to coś innego. Otóż bowiem, jeśli nieco za bardzo zbliżyłem kursor do którejś z krawędzi ekranu, to wyskakiwał mi np. mój ekwipunek albo lista lokacji, które mogę odwiedzić. Nie byłoby to najgorsze, gdyby nie to, że zajmowały one prawie połowę ekranu, co bardzo ograniczało widok. Jedynie w przypadku dosunięcia kursora na sam dół pojawiał się stosunkowo niewielki i „mało inwazyjny” (pod względem widoczności) panel (obsługiwany myszą) do rozglądania się i poruszania Texem. Generalnie jednak nie było najgorzej, choć znów trzeba było się przyzwyczaić do nowych pomysłów twórców i znów (szczególnie na początku zabawy) nieco nerwów na tym straciłem.

Obrazek

W sumie „Overseer” jest w dalszym ciągu udaną produkcją, choć nie mogę dać mu oceny wyższej niż poprzednikowi. Niezła fabuła (i odkrywanie zmian w niej w stosunku do „Mean Streets”) oraz świetne zagadki czy grafika to jej największe atuty, ale ma ona również swe wady. Zaliczę do nich głównie elementy skradankowe oraz (mimo wszystko) trochę upierdliwe sterowanie. Ostatecznie nie jest to gra idealna, ale z czystym sumieniem można ją uznać za bardzo solidny kawałek kodu.

OCENA GRY: 8/10

ZALETY:

+ fabuła (niby to samo, a jednak inaczej)
+ zagadki
+ grafika
+ oprawa audio

WADY:

- elementy skradankowe
- kafelki pod napięciem
- denerwujące (szczególnie na początku) sterowanie
- drobne problemy z wyświetlaniem napisów

Obrazek
Czasem trzeba się cofnąć, aby móc pójść dalej.
Moja lista gier ukończonych
W sprawach forum i www piszcie: adam_ok(at)przygodomania.pl

Wróć do „Overseer”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość