Tex Murphy: The Pandora directive - recenzja

Awatar użytkownika
Adam_OK
Moderator
Posty: 2383
Rejestracja: 24 lutego 2013, 10:28
Lokalizacja: Ząbki koło Warszawy
Podziękował(a): 28 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 29 razy
Płeć: Mężczyzna

Tex Murphy: The Pandora directive - recenzja

Postautor: Adam_OK » 19 marca 2017, 18:36

Obrazek

Czym była mitologiczna puszka Pandory, to chyba wiedzą wszyscy użytkownicy naszego forum. Dużo słabiej jest zapewne ze znajomością gry, w tytule której jest imię tej sprawczyni wszelakich nieszczęść. Czy jest ona tak jak wspomniana puszka – pełna złych rzeczy? A może jest dokładnie odwrotnie i warto po nią sięgnąć? O tym wszystkim postaram się teraz opowiedzieć.

Ponownie wcielamy się w rolę detektywa Texa Murphy'ego mieszkającego w post – nuklearnym San Francisco w 2043 roku. Tym razem zgłasza się do niego niejaki Gordon Fitzpatrick i prosi o pomoc w odnalezieniu jego przyjaciela – Thomasa Malloya. Tradycyjnie na początku wydaje się, że śledztwo będzie krótkie i proste, ale dość szybko sprawy zaczną się komplikować. Jaką rolę odegra w nich córka zaginionego? Czemu w sprawę zamieszana jest jedna z agencji rządowych? I jak się to wszystko łączy ze sprawą Roswell? Tego wszystkiego dowie się każdy, kto tylko zechce uruchomić tę produkcję studia Access Software. A, według mnie, naprawdę warto to zrobić. Przede wszystkim dla fabuły – jest ona wciągająca od samego początku aż do końca. Co więcej, ten koniec może być różny, bo po raz pierwszy w tej serii przewidziano więcej niż jedno zakończenie. Tu jest ich nawet osiem – od bardzo złych do bardzo szczęśliwych, po prostu full wypas ;) Ponadto, aby dotrzeć do któregoś z nich trzeba spędzić przed monitorem jeszcze więcej czasu, niż poprzednio – mi zajęło to ponad 19 (słownie: dziewiętnaście!) godzin. Co prawda jedną albo może i dwie spędziłem na powtórkach zagadek (wyjaśnię o co chodzi nieco później), ale nawet uwzględniając ten fakt, to i tak jest to wynik, który rzadko osiągają współczesne tytuły. Tak więc fabularnie jest wręcz idealnie, bo i ilościowo, i jakościowo wszystko jest na najwyższym poziomie.

Obrazek

No dobrze, a jak tam było z tymi zagadkami? Tu również, przynajmniej teoretycznie, wszystko gra – łamigłówek jest wręcz zatrzęsienie, a choć stopień ich trudności jest zróżnicowany, to wszystkie są logiczne. Jeśli ktoś się zatnie, to może skorzystać z systemu podpowiedzi, ale uwaga! - tylko w łatwiejszym trybie. Gra oferuje bowiem dwa poziomy trudności, i w tym wyższym (z którego korzystałem podczas zabawy) nie są one dostępne. Z drugiej strony jest on bardziej rozbudowany pod każdym względem, co przekłada się na maksymalną punktację – odpowiednio 1500 lub 4000 punktów. Punkty te dostaje się nie tylko np. za poprawne ułożenie zdjęcia z podartych kawałków lub za otwarcie jednego z kilku tajemniczych pudełek. Nie, to za mało, by mieć szansę na zdobycie większej liczby oczek. Trzeba bowiem zrobić to albo bardzo precyzyjnie (np. rozwiązać przesuwankę wykonując minimalną ilość ruchów) albo... bardzo szybko. Tak, tu są zagadki na czas! I jeśli nie zmieścisz się w wyznaczonym, bardzo wyśrubowanym limicie (a ten np. dla wspomnianego zdjęcia to zaledwie 25 sekund), to zapomnij o maksymalnej punktacji i zamiast 120-140 oczek dostaniesz... 20, może 25 punkcików. Chociaż i tak nie miałem szans na komplet 4000, to chciałem dostać możliwie dużo punktów, stąd też wiele łamigłówek rozwiązywałem po kilka(naście) razy i szedłem dalej dopiero, gdy uznałem, że lepszego wyniku nie jestem w stanie osiągnąć. Dodatkowo jedna z zagadek ostro mi „zalazła” za skórę. Niby wszystko było jasne – trzeba było powtykać patyczki w otwory odpowiadające pewnym miastom według ściśle określonej kolejności, którą znałem. Cóż więc w tym trudnego? Ano to, że ni cholery nie byłem w stanie ustalić dlaczego dany otwór symbolizuje dane miasto, bo położenie tych miast na mapie i położenie wspomnianych otworów za Chiny nie było do siebie podobne. Na szczęście to był tylko pojedynczy „wypadek przy pracy”, gdyż pozostałe zadania były naprawdę ciekawe i mi się podobały. Oczywiście nie brakowało również zbierania przedmiotów, ich oglądania (niektóre z nich kryły różne tajemnice widoczne dopiero w zbliżeniu) oraz ich używania we właściwym czasie i miejscu. Tu również wszystko było dobrze przemyślane i nie trzeba było myśleć abstrakcyjnie, tylko logicznie, aby i z tymi zadaniami sobie poradzić. Pomimo tego nie mogę nie obniżyć końcowej oceny za te „czasówki” (tym bardziej, że takie „tradycyjne” też są – np. trzeba w odpowiednim czasie uwięzić tajemnicze „coś”, bo jak nie, to to „coś” nas zabije). Kto to wymyślił i po co? Dla uatrakcyjnienia rozgrywki? Dziękuję za takie „uatrakcyjnianie”, postoję. Gdyby chociaż te limity czasowe były jakieś sensowniejsze i można było choć chwilę spokojnie pomyśleć, to byłoby dobrze. A tak, to trzeba się spieszyć, a jak powszechnie wiadomo pośpiech jest wskazany jedynie przy łapaniu pcheł ;) A skoro żadne z zadań w tej grze nie polegało na łapaniu wspomnianych insektów, więc wprowadzanie ww. „atrakcji” było całkowicie bez sensu.

Obrazek

Na szczęście sensownego myślenie nie zabrakło ludziom odpowiedzialnym za stronę wizualną tej gry. Postanowili oni bowiem, że czwarta część serii będzie wyglądać bardzo podobnie do trzeciej. Tak więc znowu mamy trójwymiarowe środowisko, po którym poruszamy się tak samo, jak poprzednio. Znowu można w ekwipunku oglądać każdy przedmiot z każdej strony. Znowu w przerywnikach filmowych pojawiają się żywi aktorzy, ba niekiedy są to te same osoby (w końcu wcielają się one w te same role, więc to nie powinno nikogo dziwić ;) ). Niektóre lokacje też są te same, choć nie wyglądają tak samo. Za przykład tu może posłużyć biuro Texa – teraz to już nie tylko część „oficjalna”, w której nasz bohater przyjmuje klientów, ale również m.in. pokój komputerowy czy sypialnia. Ponadto możemy też pozwiedzać również wnętrze hotelu Ritz (np. inne kondygnacje czy lobby), a nie tylko oglądać go z zewnątrz. Również przy Chandler Avenue jest nieco więcej do zobaczenia, głównie alejek za poszczególnymi budynkami. Wszystko to wygląda bardzo dobrze, podobnie jak to było w „Undera Killing Moon”. W zasadzie graficznie te dwa tytuły się niewiele od siebie różnią. Z jednej strony jest zaletą, bo skoro coś było dobre, to nie ma sensu na siłę tego zmieniać, ale z drugiej – należałoby oczekiwać pewnego postępu technicznego względem poprzednika, a ciężko jest go zauważyć. Mimo tego uważam, że strona wizualna tej gry jest udana i zaliczam ją do jej zalet.
Podobną opinię mogę wypowiedzieć o oprawie audio. Tu również niewiele się zmieniło, ale tu również uważam, że to dobrze. Sprawdzeni aktorzy po raz kolejny zdali egzamin z dubbingu, a i nowe postacie nie zawiodły. Przyjemna dla ucha jest również muzyczka przygrywająca w tle oraz wszelkiej maści dźwięki otoczenia. Co tu więcej dodawać – dźwiękowcy spisali się po prostu świetnie.

Jak zapewne się domyślacie, również i interfejs nie uległ większym przemianom, a dokonano jedynie kilku drobnych korekt. Najbardziej zauważalna to taka, że tło panelu bocznego zmieniło kolor z szarego na czerwony, a w menu głównym zamiast opcji „Exit to Dos” jest „Exit Game”. Samo zaś sterowanie odbywa się tak samo, jak poprzednio – znów są dwa tryby, z których jeden służy do chodzenia, a drugi do całej reszty. Znów chodzenie odbywa się za pomocą ruchu myszą góra/dół, choć tym razem miałem wrażenie, że Tex porusza się nieco wolniej niż poprzednio. Z czego to wynika – nie wiem, bo ani nie utył znacząco (o ile w ogóle), ani nie zestarzał się aż tak bardzo od czasów poprzedniej sprawy. Poza tym nie mam się czego przyczepić.

Generalnie czwarta gra z serii o Texie Murphym jest naprawdę godną uwagi grą, która wpisuje się w trend, o którym wspominałem poprzednio. Jest bowiem dłuższa, ciekawsza, bardziej rozbudowana i z większą ilością zagadek niż jej bezpośredni prequel. Poza dziwnym pomysłem w postaci rozwiązywania zagadek na czas (i wspomnianej „normalnej” czasówki) tak na dobrą sprawę nie mam żadnych poważnych zastrzeżeń. Naprawdę świetnie się bawiłem i myślę, że każdy, kto jeszcze nie zna tej gry powinien to szybko nadrobić. Ta gra jest bowiem przeciwieństwem puszki Pandory, więc można ją otwierać w ciemno bez żadnego ryzyka.

OCENA GRY: 9/10

ZALETY:

+ rozbudowana i ciekawa fabuła
+ kilka możliwych zakończeń
+ dużo różnorodnych łamigłówek
+ oprawa audio – wizualna
+ interfejs

WADY:

- rozwiązywanie zagadek na czas
- czasówka w bazie wojskowej

Obrazek
Czasem trzeba się cofnąć, aby móc pójść dalej.
Moja lista gier ukończonych
W sprawach forum i www piszcie: adam_ok(at)przygodomania.pl

Wróć do „Pandora directive, The”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość