Moebius: Empire Rising - recenzja

Awatar użytkownika
jarecki83
Publicysta
Posty: 806
Rejestracja: 12 sierpnia 2013, 01:47
Lokalizacja: Zielona Góra
Podziękował(a): 10 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 11 razy
Płeć: Mężczyzna

Moebius: Empire Rising - recenzja

Postautor: jarecki83 » 29 listopada 2014, 13:32

„Kolejny raz to samo! Czy tak trudno zdobyć się na coś wyjątkowego?” – mam wrażenie, że podobne myśli nachodzą większość graczy zasiadających do kolejnej przygodówki. Często już po paru minutach gry możemy dostrzec, że mamy do czynienia ze znajomym, oklepanym schematem. Jest to szczególnie dotkliwe, gdy mamy już na koncie trochę więcej niż parę ukończonych przygodówek. Czasami jednak zdarzają się wyjątki…
Nazwisko Jane Jensen jest fanom przygodówek dobrze znane. Starzy wyjadacze pamiętają ją jako autorkę Gabriel Knight - jednej z najbardziej rozpoznawalnej trylogii gier przygodowych. Młodsi stażem gracze mogą jej nazwisko kojarzyć ze scenariusza do jednej z najciekawszych pod względem fabularnym przygodówek ostatnich lat, czyli Gray Matter. Autorka ta maczała swe palce także w innych produkcjach, jednak to właśnie dzięki tym tytułom jej nazwisko stało się wręcz synonimem solidnej gry. Tym razem dzięki udanej zbiórce funduszy na Kickstarterze mamy okazję zapoznać się z kolejnym jej dziełem. Czy jest ono równie udane jak poprzednie produkcje? Najwyższy czas się o tym przekonać.
Obrazek
Jedna z ładniejszych lokacji w grze

Oryginalna, intrygująca historia, wyraziste postacie i na dodatek… jakaś tajemnica. Tego wszystkiego można się było po pani Jensen spodziewać i, nie owijając dłużej w bawełnę, mogę od razu powiedzieć, że wszystkie te składniki tutaj znajdziemy. Sama fabuła rozpoczyna się dość dynamicznie i… jakby znajomo. Oto właściciel antykwariatu wyrusza w podróż, by zrealizować kolejne zlecenie. Malachi Rector, bo o nim mowa, posiada dość wyjątkową umiejętność. Potrafi on bowiem w mgnieniu oka dokonać oceny autentyczności antyków i to właśnie ta umiejętność przynosi mu prawdziwie wysokie zyski, a także… wpędza go w kłopoty. Gdy ledwo udaje mu się otrząsnąć z ostatniej wyprawy, otrzymuje kolejną ofertę. Tym razem jednak nie dotyczy ona analizy przedmiotu, lecz… pewnej osoby. I to na dodatek martwej. Sprawa jest tym bardziej tajemnicza, że nasz zleceniodawca z nieznanych przyczyn póki co nie chce wyjawiać wszystkich szczegółów. Zależy mu tylko na przeprowadzeniu rzetelnej analizy porównującej zmarłą w tajemniczych okolicznościach kobietę, do pewnej historycznej postaci. Nasz nieufny bohater niechętnie, ale jednak ostatecznie daje się nakłonić i przyjmuje propozycję… co oczywiście wpędza go w kolejne kłopoty. Cała sprawa toczyć się będzie wokół wspomnianej, zaginionej postaci, a żeby było jeszcze ciekawiej, Malachi wkrótce zyska sobie towarzysza podróży w postaci ochraniającego go Davida, który… również posiada coś do ukrycia.
Wspomniany handlarz antyków kojarzyć się może z pewnym właścicielem podupadającej księgarni, a opiekująca się jego interesem Gretchen z pewną skośnooką asystentką. Innych podobieństw do serii Gabriel Knight być może znalazło by się i więcej, jednak sama historia jest na tyle pomysłowa i wyjątkowa, że nie ma tu mowy o powielaniu schematu. Fabuła poprowadzona jest dość umiejętnie - gra nie odkrywa przed nami od razu wszystkich kart, regularnie wplata w historię kolejne, o niekoniecznie jasno określonych zamiarach postacie i przez długi czas nie daje odpowiedzi na postawione na początku pytania. Trzeba też przyznać, że zarówno pierwszo jak i drugoplanowe postacie to dość interesujące charaktery. Zainteresowany głównie pieniędzmi, antyspołeczny Malachi może nie jest typem bohatera, którego z miejsca polubimy, nie można mu jednak odmówić ciekawej osobowości. Wyjątkowo inteligentny, mówiący wprost co mu przyjdzie do głowy i łykający tony leków, by stłumić trapiące go wizje antykwariusz tworzy dość nietuzinkową postać. Podobnie jego ochroniarz David – bezinteresownie pomocny, z niejasną przeszłością były wojskowy budzi podejrzenia i tylko dodaje kolejne znaki zapytania do i tak już zagadkowej historii. Poza nimi przyjdzie nam poznać całkiem pokaźne grono postaci pobocznych, często równie interesujących, skrywających swoje sekrety i niejasne zamiary. Dość interesującym i niespotykanym wcześniej przeze mnie zjawiskiem w grach komputerowych było obserwowanie relacji łączącej Rectora z Davidem. Nie chciałbym na ten temat nic więcej wyjawiać, wspomnę tylko, że jest to dość odważny krok i daję autorom za to plusa.
Obrazek
Typowy komentarz Rectora

O ile w kwestii fabularnej nie mogę Moebiusowi niczego zarzucić, to pod względem zagadek mam już pewne zastrzeżenia. Przede wszystkim po pewnym czasie gry można odnieść wrażenie, że przechodzi się ona sama. Spora część zagadek to zadania inwentarzowe, które właściwie nie stanowią prawie żadnego wyzwania. Większość potrzebnych przedmiotów znajdziemy bez problemu w obrębie miejsca akcji, a ich użycie jest dość oczywiste. Łączenie przedmiotów w ekwipunku ogranicza się do wskazania jednego z dwóch, automatycznie podświetlonych przedmiotów. Niestety, brak intelektualnych wyzwań w najnowszym dziele Jane Jensen rozczarowuje. Doszukując się przyczyny takiego stanu rzeczy, dotarłem do informacji opublikowanej jeszcze w czasie kickstarterowej zbiórki, podczas której autorzy obiecywali dwa tryby gry. Pierwszym z nich miał być tryb „prawdziwej przygodówki” o poziomie trudności porównywalnym do dawnego Gabriel Knighta. Drugim miał być tryb każualowy (uproszczony interfejs, podpowiedzi itp.). Zdaje się, że pozostał jedynie ten drugi, z obawy, że tak trudna jak GK przygodówka po prostu by dzisiaj nie przeszła.
To, czego autorzy nie zdołali z niej wykastrować, to jeden z najciekawszych punktów programu, a mianowicie analizy przedmiotów i postaci. Polegają one na dopasowaniu różnych opcji do odpowiednich faktów historycznych, albo do aktualnej sytuacji. Nie wszystkie tego typu zadania zostały poprawnie zrealizowane, często wybory są zbyt oczywiste, a niektóre nawet śmieszą (przegapienie powtórki „M jak miłość” powodem złej miny?). Jednak te, które stanowią jakieś wyzwanie błyszczą na tle ubóstwa zagadkowego całej gry i generalnie powinny się spodobać graczom gustującym w przygodówkach detektywistycznych. Do plusów można też zaliczyć kilka łamigłówek logicznych, choć i one nie zaskakują oryginalnością, ani też nie wymagają zbyt wielkiego zaangażowania. Dobrym posunięciem było pozostawienie zgodnie z tradycją gier autorstwa Sierry (a z tej Jane Jensen się wywodzi) systemu punktacji, który motywuje do dokładnego eksplorowania wszystkich lokacji.
Obrazek
Analiza postaci - jest nawet ciekawie

Zwykło się mówić, że grafika w przygodówkach nie jest najważniejsza. Owszem, nie jest. Istnieje jednak pewna granica, której przekraczać nie wypada. Po pierwszym uruchomieniu gry miałem chwilę zwątpienia czy mój sprzęt i testowany egzemplarz gry na pewno dobrze się ze sobą dogadują. Okazało się jednak, że ta gra faktycznie powinna tak wyglądać. Pierwsze co rzuca się w oczy, to nienaturalne sylwetki postaci. Co dziwne, to właśnie główny bohater prezentuje się najgorzej ze wszystkich. Absurdalnie chude kończyny, nienaturalna postawa i kukiełkowe ruchy wyglądają bardzo dziwnie. Nieco lepiej prezentują się postacie poboczne, a szczególnie twarze, choć ich animacja pozostawia wiele do życzenia. Ledwo widoczne ruchy ust, przedmioty nie trzymane w dłoniach, a lewitujące gdzieś obok, słaba mimika twarzy - to niestety obraz rozpaczy jaki zaserwowali nam autorzy z Pinkerton Road Studio.
Równie słabo prezentują się lokacje. Niektóre z nich sprawiają wrażenie niedokończonych i przypominają grafiki koncepcyjne, a nie ostateczne lokacje. Prawie wszystkie są całkowicie statyczne. Wyjątkiem są przejeżdżające samochody przed wejściem do antykwariatu, niestety tak nieporadnie animowane, że aż przykro na to patrzeć. Dziwny dobór kolorystyki również nie służy doznaniom wizualnym, a niedbale zakreślona obwódka wokół obiektów sprawia wrażenie, jakby graficy nie potrafili zdecydować się z jakim stylem grafiki mają do czynienia. Sam dobór lokacji nie jest zbyt szczęśliwy – mimo, że podczas gry zwiedzimy wiele zakątków świata, to na żadne atrakcje wizualne nie ma co liczyć, bo akcja odbywa się zazwyczaj w domach, hotelach i sklepach.
Obrazek
Mieszkania, pokoje hotelowe, biura...

O muzyce również nie mogę powiedzieć wiele dobrego. Znany z doskonałej ścieżki dźwiękowej do Gabriel Knight i Gray Matter kompozytor Robert Holmes tym razem nie stanął na wysokości zadania. Oczywiście pewne podobieństwo w stylu jest zauważalne, jednak w przeciwieństwie do wspomnianych tytułów, żadna z kompozycji nie okazała się na tyle dobra, bym ją zapamiętał. Właściwie po skończonej grze o muzyce mogę powiedzieć tylko tyle, że była. Na szczęście dubbing wypadł całkiem nieźle. Aktor użyczający głosu Rectorowi spisał się na medal - jego brytyjski akcent doskonale wpasowuje się w postać błyskotliwego handlarza antyków i szczególnie w sytuacjach wymagających dosadniejszego użycia głosu uwydatnia swe zalety. Pozostałym aktorom nie mogę nic zarzucić. Obcojęzyczne akcenty brzmią całkiem przekonująco, wypowiadane kwestie przekazywane są z odpowiednim zaangażowaniem i generalnie głosy sprawiają wrażenie dobrze dobranych do postaci.
Kolejnym powodem do smutku są usterki techniczne. O ile niedopracowaną animację i ogólne niedoróbki graficzne można wytłumaczyć niskim budżetem gry, to sytuacje bez wyjścia (a natknąłem się na trzy takie przypadki) są dla mnie nieakceptowalnym grzechem ówczesnych producentów przygodówek. Generalnie wszystko szło dobrze, aż do szóstego rozdziału. Od tego momentu nastąpiło takie nagromadzenie błędów, że byłem bliski rzucenia Moebiusa w kąt. Nie aktywujące się skrypty, czy znikające przedmioty w ekwipunku powodowały, że szukałem rozwiązania w solucji, tymczasem problem tkwił w błędach technicznych. Przy okazji wyszedł na jaw fakt, że system podpowiedzi zawiera zbyt ogólnikowe informacje i w sytuacjach zapotrzebowania okazuje się nieprzydatny. Zmierzając ku końcowi rozgrywki gra zdążyła się jeszcze parokrotnie zawiesić, wyświetlacz hotspotów przestał działać, a animacja dostała czkawki, mimo że na ekranie nic spektakularnego się nie wyświetlało… Pocieszające jest jedynie to, że gra została naprawdę dobrze spolszczona. To profesjonalna robota i właściwie do niczego nie mogę się przyczepić.
Niestety, to co udało się zbudować Jane Jensen, po części zepsuła pozostała część ekipy. Tak słaba oprawa wizualna, niewielkie wyzwania intelektualne i ogólny brak dopracowania od strony technicznej nie przystoi grze sygnowanej jej nazwiskiem. Złe wrażenie potęguje brak reakcji producenta na wykryte błędy, który po ponad pół roku od premiery nie wydaje stosownych poprawek. Ogółem szkoda, że tak dobry scenariusz otrzymał tak nieprofesjonalne wykonanie.
Mimo wszystko polecam wam zapoznać się z Moebiusem. Pomijając wszelkie braki i błędy jest to wciągająca, bardzo zgrabnie opowiedziana i niepozwalająca się nudzić historia. Pamiętajcie tylko, by przymknąć oko na nieszczególną grafikę i dość często zapisywać stan gry, a wtedy rozkoszować się będziecie tą dość wyjątkową jak na przygodówki fabułą, nieszablonowe postacie przyciągną waszą uwagę, a dokonywanie trafnych analiz sprawi wam przyjemność.

Ocena gry: 6/10

Plusy:
+ oryginalna, pełna interesujących postaci fabuła
+ ciekawe zagadki analityczne
+ niezły dubbing
+ przyzwoity czas gry (około 10-15 godzin)

Minusy:
- sporo dość poważnych usterek technicznych
- niedopracowana strona wizualna
- słabe, zbyt łatwe zagadki nieanalityczne
- słaba muzyka

Wróć do „Moebius: empire rising”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość