Blackwell: unbound - recenzja

Awatar użytkownika
Adam_OK
Moderator
Posty: 2605
Rejestracja: 24 lutego 2013, 10:28
Lokalizacja: Ząbki koło Warszawy
Podziękował(a): 54 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 33 razy
Płeć: Mężczyzna

Blackwell: unbound - recenzja

Postautor: Adam_OK » 04 września 2015, 18:27

Obrazek

Zapewne niewielu z was (podobnie jak i ja) kojarzy tytuł „Borderlands”. Wspominam o nim, gdyż jedna z odsłon tej serii ma podtytuł „The Pre-Sequel”, który bardzo pasuje do gry, którą chcę tu opisać. Dlaczego? Zaraz wyjaśnię.

„Blackwell: Unbound” to chronologicznie druga część serii Dave’a Gilberta i studia Wadjet Eye Games, można ją więc uznać za sequel gry „Blackwell: Legacy”. Z drugiej strony opowiada ona o wydarzeniach mających miejsce wiele lat wcześniej niż te z „Dziedzictwa”, w związku z czym określenie „prequel” również do niej pasuje. A skoro kwestię ze wstępu mamy już wyjaśnioną, to skoncentruję się teraz na tym, co w tej grze jest najważniejsze. Niewątpliwie do tych elementów zalicza się fabuła. W związku z tym, że wydarzenia tu opowiedziane mają miejsce w latach 70-tych XX-go wieku, więc łatwo się domyślić, że główną bohaterką nie będzie tym razem Rosa, a jej ciotka Lauren. Oczywiście duch Joeya też jest (podobnie jak opcja czasowego nim kierowania), tak samo jak i dwa inne duchy, którym trzeba pomóc rozstać się z tym światem. Jednym z nich jest kobieta przeświadczona o tym, że wciąż przebywa w swoim mieszkaniu, choć ono (jak i cały budynek, w którym się znajdowało) zostało wyburzone. Drugi to muzyk jazzowy, który za życia był bardzo dobrym saksofonistą, a po śmierci daje próbkę swych umiejętności na jednej z nowojorskich promenad. Początkowo te dwie sprawy wydają się nie mieć ze sobą nic wspólnego, ale później okaże się, że jest zupełnie inaczej. Nie zdradzę wam, o co dokładnie chodzi, to już niech każdy odkryje we własnym zakresie. Niestety, nie zajmie to nikomu wiele czasu, 2-3 godziny zabawy to wszystko, co oferuje ten tytuł. Oczywiście można nieco na siłę wydłużyć rozgrywkę, a to np. włączając komentarze autora, a to próbując odblokować wszystkie osiągnięcia na Steamie, albo po prostu łażąc bez celu po dostępnych lokacjach. Tak czy inaczej – żadna z tych czynności obowiązkowa nie jest, więc można się nimi nie przejmować, tylko cieszyć grą. A ta, choć straszliwie krótka, to jest ciekawa, fabuła wsysa jak dobry odkurzacz i przykuwa do monitora na dobre, dlatego zaliczam ją na plus.


Obrazek

Niestety, jeśli chodzi o zagadki, to tak dobrze nie jest. Znów zdecydowana większość zadań postawionych przed graczem polega na właściwym wykorzystywaniu zawartości swego ekwipunku, choć zbyt wielu przedmiotów w nim nie ma (w tym paczka papierosów i zapalniczka, z których przyszła ciotka Rosy nieraz korzysta sama, bez wyraźnego polecenia ze strony gracza). Znów jedynymi łamigłówkami są te polegające na łączeniu tematów w notatniku w celu stworzenia z nich czegoś nowego, jakiejś wskazówki lub innej przydatnej informacji. Można jeszcze ewentualnie pobawić się telefonem w mieszkaniu Lauren i podzwonić do różnych osób, z którymi rozmowa nie jest konieczna z fabularnego punktu widzenia w celu wydłużenia zabawy lub zdobycia osiągnięcia steamowego, ale można też tego nie robić. A biorąc pod uwagę tylko zadania konieczne do ukończenia przygody, to zagadkowo ta gra wypada bardzo blado.

Obrazek

Blado nie jest jeśli idzie o oprawę graficzną. Owszem, mieszkanie Lauren jest stosunkowo jasne, ale stanowi ono wyjątek, głównie dlatego, że akcja gry toczy się w nocy. Powoduje to, że dominują barwy ciemne – czarny, granatowy, brązowy, ale nie oznacza to, ze nic nie widać na ekranie. Wszelkie kształty, czy to postaci, czy to elementów otoczenia są dobrze widoczne dzięki odpowiedniemu doborowi kolorów i ich nasycenia. Dzięki temu ma się wrażenie, że nie ogląda się akcji gry z boku, tylko samemu przechadza się po Nowym Jorku i jest się częścią wydarzeń. Oczywiście strona wizualna także i tej odsłony serii „Blackwell” jest wykonana w stylu retro i niektórych może odstraszać pikselami wielkimi jak patelnia, ale z drugiej strony widać w niej postęp w stosunku do poprzednika, a poza tym (moim skromnym zdaniem) taka oprawa doskonale pasuje do tej gry. Zresztą wystarczy popatrzyć na obrazki, aby samemu przekonać się, że „Blackwell: Unbound” naprawdę dobrze się prezentuje.

Co do oprawy muzycznej też jest wszystko w porządku. Jako, że jedna ze spraw (jak wspomniałem) związana jest z jazzowym muzykiem, więc nic dziwnego, że w tle przygrywają nam utwory właśnie z tego gatunku. Bardzo one pasują do klimatu rozgrywki, co jest dużą zaletą. Nie można mieć też zastrzeżeń do głosów postaci, gdyż są to w dużej mierze ci sami aktorzy, którzy podkładali swe głosy w poprzedniej części. Podobnie i wszelkie dźwięki pojawiające się w grze takie jak odgłosy różnych przedmiotów brzmią poprawnie, tak więc całokształt strony dźwiękowo–muzycznej uznaję za udany.


Obrazek

Na tym można zakończyć już opisywanie tej produkcji – polonizacji, nawet nieoficjalnej, nie ma. Sterowanie odbywa się klasycznie za pomocą myszy, więc też nie ma powodu, by poświęcać mu więcej niż jedno zdanie. Czas więc kończyć ten nieco krótki tekst i przejść do oceny. Ta będzie nieco wyższa, niż dla „Dziedzictwa”, gdyż choć „Unbound” jest równie krótkie (a może nawet nieco krótsze) jak poprzednik, to jest równie ciekawe i bardziej dopracowane od strony technicznej. W sumie jest więc to produkcja udana, po przejściu której każdy będzie mieć ochotę na kolejne odsłony serii „Blackwell”. Do usłyszenia więc wkrótce przy okazji recenzji części trzeciej – „Convergence”.

OCENA GRY: 7/10

ZALETY:

+ fabuła
+ oprawa audio
+ lepsza grafika niż w poprzedniku

WADY:

- praktycznie same zagadki przedmiotowe
- za krótka
Czasem trzeba się cofnąć, aby móc pójść dalej.
Moja lista gier ukończonych
W sprawach forum i www piszcie: adam_ok(at)przygodomania.pl

Wróć do „The Blackwell: unbound”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość