Deponia 2: chaos on Deponia - recenzja

Awatar użytkownika
Adam_OK
Moderator
Posty: 2551
Rejestracja: 24 lutego 2013, 10:28
Lokalizacja: Ząbki koło Warszawy
Podziękował(a): 42 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 32 razy
Płeć: Mężczyzna

Deponia 2: chaos on Deponia - recenzja

Postautor: Adam_OK » 14 kwietnia 2016, 19:03

Obrazek

Według starego dowcipu najmądrzejsi mężczyźni to księża – udzielają ślubów, ale sami się nie żenią. Coś w tym jest, gdyż kobiety to bardzo zmienne istoty, przez co mężczyźni nie rozumieją, czego one chcą i co mają robić, aby im dogodzić. O ile z jedną przedstawicielką płci pięknej przeciętny samiec z gatunku homo sapiens ma problemy, to co ma powiedzieć ktoś, kto żyje na co dzień z dwiema kobietami? Albo z trzema? Albo... z trzema w jednej? Ten ostatni przypadek spotkał niejakiego Rufusa na Deponii.

Co prawda, jeśli mam być szczery, to nasz (anty)bohater sam jest sobie winien. Miał tylko kupić najnowszą wersję karty pamięci, aby Doktorek mógł naprawić implant Goal. Rufus wybrał tańsze odpowiedniki, zresztą skoro dodawano do nich jako gratis lizaka, to jak można było nie skorzystać z takiej promocji? ;) I choć Goal po operacji w końcu oprzytomniała i była w stanie zatroszczyć się sama o siebie, to niska cena kart pamięci przełożyła się na ich niską jakość. W efekcie umysł pięknej Elizjanki został podzielony na trzy części – Zadziorną, Wielmożną i Dzidzię. Co prawda podział ten można odwrócić, ale wpierw trzeba namówić każdą z tych osobowości do dobrowolnej współpracy. Tak więc trzeba zakasać rękawy i ostro wziąć się do roboty. Oczywiście, jak łatwo się domyślić, skoro za naprawianie tego, co sam zepsuł bierze się Rufus, to po drodze muszą wystąpić „nieprzewidziane” komplikacje. Tak jest i tym razem, gdyż przekonanie wszystkich wersji Goal nie oznacza całkowitego sukcesu. Nie zdradzę jednak tym, co jeszcze nie zagrali w ten tytuł jakie problemy staną przed naszym alter ego i czy ostatecznie uda się poskładać panienkę w białym kombinezonie do kupy. To trzeba po prostu zobaczyć samemu. Zdradzić mogę za to, że większość rozgrywki (a ta jest dłuższa niż w poprzedniku i zajmuje około 7-8 godzin) toczy się na Pływającym Czarnym Rynku, gdzie znajdują się takie miejscówki jak Mała Wenecja, Park przemysłowy, Stare Miasto i inne. Oprócz tego nasza ekipa odwiedzi Porta Fisco, wyspę Paczaj, a nawet... Biegun Północny! Co prawda nie będzie tam zbyt wiele do roboty, ale warto tam popłynąć choćby tylko po to, aby popatrzyć w gwiazdy ;) . To oczywiście nie wszystkie lokacje, i choć spotkałem się z zarzutem, że przez większość gry łazimy w kółko po tych samych miejscach, to ja się z tym nie zgadzam. Owszem, pierwszy rozdział (który jest zdecydowanie najdłuższy) toczy się w całości na wspomnianym Pływającym Czarnym Rynku, ale składa się on z kilku części, a praktycznie w każdej z nich znajdziemy np. budynki do których można wejść, czy różne zakamarki, które można przeszukać. Jest tu tego tak dużo, że łatwo się pogubić i zapomnieć o tym, że gdzieś jest jakaś ścieżka prowadząca w miejsce, w którym trzeba wykonać czynność ważną dla popchnięcia akcji do przodu, co z kolei skutkuje chodzeniem w tę i we wtę i wywołuje wrażenie, że skoro gdzieś byłem ileś razy, to znaczy, że zrobiłem to, bo nie było gdzie pójść.

Obrazek

Popchnięcie akcji do przodu wymaga często rozwiązania pewnej zagadki. Standardowo większość z nich stanowią zadania inwentarzowe, a więc takie, które wymagają użycia właściwego przedmiotu we właściwym miejscu. Na szczęście, Daedalic Entertainment w swych produkcjach zamieszcza również i łamigłówki innego rodzaju. Mamy więc tu także m.in. nieco zmodyfikowaną wersję gry kamień – papier – nożyce, mamy zagadkę z transporterami (a właściwie teleportami) nawiązującą do filmu „Mucha”. Poza tym musimy poznać sekretny sposób pukania do drzwi, aby trafić do siedziby ruchu oporu, a będąc w niej musimy uważnie dobierać słowa przedstawiając plan ataku na Organonów. Jest to więc klasyczna łamigłówka dialogowa, która, tak jak i inne są bardzo ciekawe i logiczne. Jest też zadanie opcjonalne – należy odnaleźć 12 puzzli ukrytych w różnych miejscach, dzięki czemu w menu „dodatki” odblokowany zostanie pewien bardzo interesujący (zwłaszcza dla heteroseksualnych mężczyzn ;) ) obrazek. Zadanie to łatwe nie jest, bo na puzzle nie działa opcja podświetlania hot-spotów. Jak widać, podobnie, jak w przypadku lokacji, także miłośnicy wyzwań intelektualnych w tej grze znajdą dla siebie sporo dobrego. A reszta? Cóż, jak w poprzedniku jest opcja ominięcia danej zagadki, ale o ile tam była ona wręcz niezbędna (bug w zagadce z torami), tak tutaj proponuje sięgać po nią jedynie w akcie desperacji wynikającym ze znacznym stopniem sfrustrowania spowodowanym wielokrotnym powtarzaniem danego zadania. A jest jedno takie, które może to sprawić(tak było i ze mną przy pierwszym podejściu do tej gry), ale jednocześnie jest ono na tyle ciekawe, że zasługuje na osobny akapit. Panie i Panowie, oto... Dziobakobataka!

Obrazek

Zmierzyć się z nią przyjdzie Rufusowi, w celu ostatecznego przekonania Zadziornej Goal do siebie i do operacji naprawiającej jej umysł. Dziobakobataka to walka na arenie znajdującej się w centrum Pływającego Czarnego Rynku. Dwoje zawodników w strojach dziobaków zostaje „uzbrojonych” w coś, co wyglądem przypomina kajakowe wiosło. Służy ono zarówno do zadawania ciosów przeciwnikowi, jak i blokowaniu uderzeń rywala. Początek walki sprawia bardzo pozytywne wrażenie: spiker zapowiada pojedynek jak podczas gali bokserskiej czy innego MMA, a na ekranie pojawia się napis „Fight”, który czcionką i kolorami nawiązuje do tego, jak na okładkach gier ze słynnej serii bijatyk stworzonych przez firmę Capcom napisany jest tytuł „Street Fighter”. Sama rywalizacja przypomina tę znaną choćby ze wspomnianego przed chwilą tytułu, jak i z innych klasyków mordobić typu „Mortal Kombat” czy „Tekken”, choć różni się od nich w pewnej istotnej kwestii – o ile tam walki prowadzone są w czasie rzeczywistym, to tutaj rywalizacja jest w turach (chociaż są one mocno ograniczone czasowo). O ile jestem jeszcze w stanie zrozumieć, że to Goal jako pierwsza jest stroną atakującą (no wiecie, kobiety maja pierwszeństwo i te sprawy), i aby nastąpiła zamiana ról trzeba wpierw sparować jej uderzenie, to zupełnie nie rozumiem podejścia twórców do siły ciosów i odporności na nie obojga postaci. Otóż bowiem Elizjance wystarczą trzy skuteczne ataki, to Rufus musi zadać ich minimum 5-6, a potem jeszcze wykonać trzy skuteczne obrony z rzędu by można było cieszyć oczy filmikiem na którym nasz bohater wykonuje swoje „fatality”. A podobno kobiety to „słaba płeć”? ;) Z drugiej strony Goal posiada taki cios kończący, że każdy mężczyzna po nim zgiąłby się w pół, upadł na ziemię i długo się z niej nie podnosił ;) Po kilku takich ciosach z rzędu można naprawdę się ostro wkurzyć, nic więc dziwnego, że (jak wspomniałem) przy pierwszym podejściu do tego tytułu wcisnąłem opcję „pomiń”. Co prawda istnieje opcja treningu, ale po mojemu jest ona słabo zrobiona, gdyż np. nie da się poćwiczyć elementów obronnych, a bez skuteczności w tym elemencie nie można przejść do ataku. Dopiero niedawno, gdy obejrzałem sobie w sieci kilka filmików z Dziobakobataką zorientowałem się, że przed ciosem Goal jedną ręką wskazuje kierunek ataku, tak więc wystarczyło tylko w odpowiednim czasie zaznaczyć, że tę część ciała zamierzamy zasłonić. Uzbrojony w tę wiedzę, gdy po raz drugi grałem w tę grę postanowiłem, że tym razem zrobię to „uczciwie”. Udało mi się, choć nie za pierwszym czy drugim razem, ale i tak trwało to krótko (kilka, może kilkanaście minut, nie więcej). Wierzcie mi, dało mi to sporą satysfakcję, ale z drugiej strony nie mogę zapomnieć o wadach tego elementu (a jest ich niestety więcej, niż zalet) takich jak mało przydatny trening, tak więc całościowo oceniam Dziobakobatakę negatywnie.

Obrazek

Na szczęście wśród innych elementów dominują te wykonane co najmniej poprawnie. Jest to głównie oprawa audio – wizualna, ze szczególnym uwzględnieniem grafiki. Ta jest ręcznie rysowana w komiksowym stylu. Dominują w niej barwy żywe i głęboko nasycone, choć w dalszym etapie, gdy Organoni zamkną większość Pływającego Czarnego Rynku jego dostępna część przybiera barwy potocznie określane jako „szaro-bure”. Podobały mi się również przerywniki filmowe, często bardzo dynamiczne, czasem wzruszające, ale zawsze dobrze wykonane. Bardzo lubię też balladę śpiewaną przez narratora przez całą grę – ma melodię łatwo wpadającą w ucho oraz humorystyczny tekst będący podsumowaniem aktualnych wydarzeń w grze. Zresztą nie tylko wspomniana ballada zasługuje na uwagę, także i reszta ścieżki dźwiękowej od muzyki z menu do tej towarzyszącej nam podczas rozgrywki jest naprawdę miła dla uszu. Jest też ona ważna dla akcji, gdyż w pewnym momencie, aby ruszyć fabułę do przodu należy ją na chwilę... wyciszyć. Przyznam, ze za pierwszym razem długo nie mogłem na to wpaść, gdyż nie spotkałem się z taką nietypową zagadką muzyczną nigdy wcześniej. Za tę oryginalność oraz za dobrą robotę (także jeśli idzie o sterowanie i interfejs, które są praktycznie takie same, a więc tak samo dobre, jak w pierwszej grze z serii) gra dostanie tu ode mnie plusa.

Kolejne przyznam za humor oraz różne nawiązania do innych dzieł popkultury. O niektórych już wspomniałem (np. przy okazji opisu Dziobakobataki), więc nie będę psuł zabawy tym, którzy jeszcze nie zapoznali się z tą odsłoną przygód Rufusa i Goal. Zabawę umilić wam mogą różne dowcipy i śmieszne scenki z udziałem wspomnianej pary bohaterów, ale nie tylko. Co prawda żarty obecne w całej serii (a więc i w tym tytule) są specyficzne i nie każdemu przypadną do gustu mi się podobały. Może mam z Rufusem wiele wspólnych cech charakteru, a może po prostu jego styl działania bardzo mi odpowiada – nie wiem, ale wiem, że jego przygody (nawet za drugim razem) mnie bardzo ubawiły i zapewne dzięki temu elementowi za jakiś czas znów je sobie odświeżę.

Na koniec tradycyjnie kilka słów o polonizacji. Generalnie jest w porządku, choć w jednym elemencie tłumacze najzwyczajniej dali ciała. Tak, mówię o dziobakobatakce. Pomijam już fakt, że na początku na ekranie widać wielki napis „Fight” zamiast np. „Walczyć”, bo mogło to być zrobione celowo (ze względu na wygląd tego napisu, o czym wspominałem wcześniej). Chodzi mi o to, że wszystkie zdania komentatora wypowiadane przez niego przed pojedynkiem są jedynie po angielsku (zarówno głos, jak i napis na górze ekranu). Poza tym podczas rozgrywki innych poważnych wpadek panów od polonizacji nie znalazłem, choć parę drobnych po drodze się przewinęło. Mimo to obraz całości tej kinowej lokalizacji jest pozytywny.

Czy jest na sali jeszcze ktoś, kto nie zna tej gry? Zapewne znajdą się takie osoby, szczególnie wśród tych, które uznały poprzednią odsłonę cyklu za słabą. Zachęcam jednak je do dania szansy temu tytułowi, a resztę zachęcam do przypomnienia sobie jego. Zasługuje on na to, bo zwyczajnie jest lepszy niż pierwowzór – dłuższy, ciekawszy, z lepszymi zagadkami (w tym z puzzlami) oraz z równie ładną grafiką i świetną muzyką oraz z ciętym humorem. Co prawda są też i słabsze momenty, ale któż ich nie ma? Nie czekajcie, tylko rzućcie się śmiało w Chaos na Deponii.


OCENA GRY: 8/10

ZALETY:

+ fabuła
+ zagadki
+ humor
+ grafika
+ oprawa audio
+ generalnie polonizacja...

WADY:

- ... choć nie ustrzeżono się w niej poważnego błędu
- Dziobakobataka

Obrazek
Czasem trzeba się cofnąć, aby móc pójść dalej.
Moja lista gier ukończonych
W sprawach forum i www piszcie: adam_ok(at)przygodomania.pl

Wróć do „Deponia 2: chaos on Deponia”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość