7th guest, The - recenzja

Awatar użytkownika
Adam_OK
Moderator
Posty: 2581
Rejestracja: 24 lutego 2013, 10:28
Lokalizacja: Ząbki koło Warszawy
Podziękował(a): 50 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 33 razy
Płeć: Mężczyzna

7th guest, The - recenzja

Postautor: Adam_OK » 18 maja 2018, 23:39

Obrazek

Oglądałem stosunkowo niedawno materiał pewnego polskiego youtubera nagrany kilka lat temu poświęcony tej grze i jej kontynuacji, w którym twierdził on, że „7th Guest” jest lepszy od swego sequela. Z kolei na naszym forum można przeczytać posty pewnego użytkownika, w których pisze on, że to jednak „11th hour” jest lepsze. Jak jest naprawdę – nie da się tego jednoznacznie określić (bo każdy gracz może mieć swoje własne zdanie), ale mogę stwierdzić, jak to wygląda z mojego punktu widzenia. Chcecie wiedzieć jak? Zacytuję tu innego youtubera – sprawdźmy to!

Fabularnie gra opowiada o Henrym Staufie i o tym, co dział się w jego posiadłości. Henry był lalkarzem, którego produkty wyglądały jak żywe. Ludzie byli nimi wręcz zachwyceni, więc kupowali je w hurtowych ilościach. Po pewnym czasie dzieci, które się nimi bawiły zaczęły umierać. Jak się okazało wspomniane lalki wysysały z nich życie, więc gdy ta wiadomość się rozeszła, to ludzie tak jak wcześniej masowo je nabywali, tak potem równie szybko się ich pozbyli. Ich twórca też gdzieś zniknął, a miejscowi powiadali, że zamknął się w w swoim domu i tam umarł w samotności. Pewnego dnia sześć osób dostaje zaproszenie na przyjęcie w willi Staufa. Jeśli do rana wytrwają i rozwiążą zagadki, na które można natrafić na każdym kroku, to spełni się ich największe marzenie. Oprócz wspomnianej grupki był jednak ktoś jeszcze – tytułowy siódmy gość. Kim był? Jaka była jego rola w całej tej historii? I co się naprawdę zdarzyło, to tego na początku nie wiemy, ale wraz rozwojem fabuły tego się można dowiedzieć. Dojście do jej końca zajęło mi ponad osiem godzin, więc pod tym względem nie jest źle. Tyle tylko, że właściwie opowiedziana tu historia jest zaledwie pretekstem do rozwiązywania kolejnych łamigłówek, bo w zasadzie chodzimy od pokoju do pokoju, by zmierzyć się z kolejnym zadaniem, a po jego pozytywnym zaliczeniu przejść dalej. Z jednej strony szkoda, bo fabuła jest dla mnie ważna, a tu potraktowano ją jak w strzelankach z tego samego okresu, w którym powstało dzieło firmy Trilobyte (czyli jakaś niby jest, ale mało kogo ona interesuje, bo nie jest ona istotna). Z drugiej – nie sprawiło to, że ta gra mnie nudziła, choć do monitora bardziej ciągnęła chęć zobaczenia jakie wyzwania przygotowali twórcy, niż chęć poznania dalszych losów bohaterów. Tak więc fabuła pojawi się zarówno wśród zalet, jak i wad tego tytułu.

Obrazek

No dobrze, skoro wspomniałem o zagadkach, to czas poświęcić im kolejny akapit. Pod tym względem „7th Guest” jest wyjątkowe – znajdziemy tu bowiem TYLKO I WYŁĄCZNIE zadania nieprzedmiotowe. Powód ku temu jest prosty – przez całą rozgrywkę nie zbierzemy ani jednej rzeczy i nie ma tu żadnego ekwipunku. Są za to łamigłówki w ilości ponad dwudziestu. Poziom ich trudności oraz ich rodzaje są różne. Jest kilka zagadek słownych, w których trzeba ułożyć pewne zdanie wykorzystując podane litery. Tutaj najtrudniejsza jest układanka z puszkami, gdyż mamy do dyspozycji tylko jedną samogłoskę – Y. Są też zadania szachowe, często typu zamień miejscami białe figury z czarnymi np. w taki sposób, aby żadna nie znalazła się w polu rażenia figury przeciwnej. Osobiście więcej problemów miałem z zamienianiem gońców czy z rozmieszczaniem ośmiu królówek (do których podchodziłem po kilka razy), niż z konikami w łazience (co zrobiłem za pierwszym razem). Była też trochę upierdliwa zagadka muzyczna. Może nie była specjalnie trudna, bo chodziło w niej, by na fortepianie naciskać te same klawisze, które zostały naciśnięte przez „komputer”. Zaczynamy od jednego klawisza, potem dwa, trzy, cztery i tak dalej aż do... osiemnastu! Tak, dobrze przeczytaliście – trzeba to wykonać OSIEMNAŚCIE razy, i oczywiście bezbłędnie, bo każda pomyłka skutkuje powtarzaniem całego zadania od początku. To jednak nie wszystkie „atrakcje”. Była też łamigłówka, w której należało przejść z jednego miejsca do drugiego po zapadających się kamieniach. Szczerze mówiąc nie bardzo rozumiem, czemu poprawna trasa wyglądała tak, a nie inaczej. Był też labirynt, którego plan można było znaleźć na dywaniku w innym pokoju. No i było też zadanie „mikroskopowe”. Jak dla mnie najtrudniejsze w całej grze, choć zasady nim rządzące były stosunkowo proste i zbliżone do gry „Rewersi” (którą powinniście znać chociażby z... Windowsa XP). W czym więc tkwił problem? W tym, że komputer grał wręcz idealnie, nie popełniał żadnych błędów i surowo karał moje. Teoretycznie mogłem pójść do biblioteki i tam, w pewnej książce najpierw znaleźć podpowiedź do tej łamigłówki, a potem (w razie gdyby i ona niewiele mi pomogła) skorzystać z opcji automatycznej wygranej, ale nie chciałem tego robić, bo słyszałem, że wpłynęłoby to (negatywnie) na zakończenie. Udało mi się to przejść dopiero wtedy, gdy znalazłem właściwy filmik na YouTube i powtórzyłem te same ruchy, który na nim widziałem. Wiem, że nie było to całkiem uczciwe, ale ta łamigłówka tak mnie wkurzała, że po prostu nie widziałem innego wyjścia. Na szczęście to był wyjątek, bo zdecydowana większość zagadek była ciekawa, sensowna, dobrze przemyślana i miała odpowiedni poziom trudności. Tak więc za ten aspekt dam grze wielkiego plusa.

Obrazek

Pod względem technicznym też jest naprawdę dobrze. Poszczególne pokoje prezentują się całkiem ładnie, a poziom szczegółowości ich wyposażenia jest naprawdę wysoki. Oczywiście, piszę to biorąc poprawkę na rok produkcji tego tytułu, choć i bez niej to, co widziałem na ekranie prezentowało się co najmniej przyzwoicie. Naprawdę nie dziwię się, że dwadzieścia pięć lat temu ta gra wzbudzała zachwyt oprawą wizualną. Duża zasługa w tym także przerywników filmowych, których jest bardzo dużo (po rozwiązaniu każdej zagadki wyświetlana jest krótka scenka). Co prawda gra aktorska nie jest najwyższych lotów, ale najgorzej też nie jest, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę, że „Siódmy Gość” był prekursorem wykorzystania techniki FMV.

Muzycznie i dźwiękowo też jest całkiem dobrze. Przez całą rozgrywkę słychać w głośnikach lub słuchawkach najprzeróżniejsze kawałki – raz wolne, raz szybkie; raz spokojne, raz ostre. Za każdym razem są one dobrze dobrane do wydarzeń obserwowanych na ekranie. Niezłe są też głosy postaci, zwłaszcza Stauffa, który nieraz komentuje np. nasze ruchy podczas rozwiązywania kolejnych łamigłówek. Szkoda tylko, że gdy zdecydujemy się „zresetować” nasz postęp w danej zagadce, to trzeba po raz drugi, trzeci czy dziesiąty wysłuchać tego samego komentarza, co jest nieco irytujące. Podobnie jest z tekstami typu „Back for more?” (pojawiającym się przy każdym ponownym uruchomieniu gry) i „Cooooooooome baaaaaaaaack” (co słyszymy po jej opuszczeniu). To wszystko, i to z nawiązką, rekompensuje finałowa piosenka, która jest wręcz (nie bójmy się tego określenia) GENIALNA! Jest ona tak świetna, że nawet gdyby cała reszta oprawy audio była do rzyci, to tylko za tę piosenkę dałbym stronie muzycznej dużego plusa. Na szczęście większość jej elementów jest dobra, a te parę irytujących elementów da się przeżyć.

Obrazek

Z innych kwestii denerwująca była też inna rzecz. Co prawda grę można zapisać w dowolnym momencie (choć nie da się zapisać postępu w rozwiązywaniu danej łamigłówki), to raz, że miejsc na te zapisy jest raptem dziesięć (a więc nie za dużo), a dwa – że można go wczytać JEDYNIE tuż po uruchomieniu gry. Jeśli więc ktoś chce skorzystać z opcji „Load Game”, to musi wpierw wyjść do Windowsa, a potem ponownie odpalić grę, co jest nieco upierdliwe. Z drugiej strony jest też mapa, na której jednym kolorem zaznaczono pokoje z rozwiązanymi już łamigłówkami, a innym – te z zagadkami, które wciąż są przed graczem. Jest to spore ułatwienie, zwłaszcza jeśli wraca się do gry po dłuższej przerwie i nie pamięta się, co się ostatnio robiło. Fajnym „bajerem” jest też to, że podczas „creditsów” widać zdjęcia części autorów gry.

W sumie „7th Guest” to naprawdę dobra gra. Owszem, ma ona swoje wady, ale generalnie warto po nią sięgnąć (jeśli ktoś jeszcze tego nie zrobił), szczególnie, gdy ktoś lubi głowić się nad różnego rodzaju zadaniami umysłowymi. Do tego bardzo dobra oprawa audio – wizualna (ze szczególnym uwzględnieniem piosenki na „do widzenia”) i parę innych ciekawostek.

OCENA GRY: 8/10

ZALETY:

+ zagadki
+ oprawa audio – wizualna
+ Genialna piosenka w „creditsach”
+ mapka posiadłości

WADY:

- fabuła jest mało istotna dla przebiegu rozgrywki
- nieprzewijalne filmiki i inne upierdliwe drobiazgi

Obrazek
Czasem trzeba się cofnąć, aby móc pójść dalej.
Moja lista gier ukończonych
W sprawach forum i www piszcie: adam_ok(at)przygodomania.pl

Wróć do „7th guest, The”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość