Aurora: the secret within - recenzja

Awatar użytkownika
Adam_OK
Moderator
Posty: 2390
Rejestracja: 24 lutego 2013, 10:28
Lokalizacja: Ząbki koło Warszawy
Podziękował(a): 28 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 29 razy
Płeć: Mężczyzna

Aurora: the secret within - recenzja

Postautor: Adam_OK » 07 kwietnia 2013, 15:38

Obrazek
Nazwa “Aurora” kojarzy się wam zapewne głównie z pewnym krążownikiem, który strzałem dał znak do szturmu na Pałac Zimowy w Petersburgu i tym samym rozpoczął Rewolucję Październikową. Dzięki włoskiej ekipie z Blumial Studios i polskiemu wydawcy – IQ Publishing, nazwa ta kojarzyć się będzie (przynajmniej części z was) także z pewną grą przygodową. Tylko czy warto zmienić swoje dotychczasowe skojarzenia? Postaram się odpowiedzieć na to pytanie w tym tekście.

W grze wcielamy się w postać Johna Pillegi, który jest prywatnym detektywem. Akcja toczy się w połowie XX wieku, kiedy to Stany Zjednoczone obiegła wieść, że w Roswell rozbiło się UFO. Nasz bohater prowadzi właśnie śledztwo w sprawie zniknięcia wieśniaka w tej okolicy. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że to rutynowa, mało interesująca sprawa. Później okaże się, że stanowi ona jedynie przykrywkę dla tajnych, rządowych eksperymentów. Dodatkowo w całą tę historię zamieszani są Rosjanie oraz... żona Pileggiego – Helene. Nasz detektyw będzie więc musiał stanąć do walki nie tylko o uratowanie świata, ale również o ukochaną kobietę. Z jakim skutkiem? To zależy już tylko od gracza, jego sukcesów i porażek. Te ostatnie są również możliwe, co sprawia, że gra ma kilka alternatywnych zakończeń. Przemawia to na jej korzyść, choć jeśli miałbym podsumować fabułę, to powiedziałbym, że rozkręca się bardzo powoli i dopiero gdzieś od połowy (a tytuł ten do najdłuższych nie należy) robi się ciekawiej. Trochę szkoda, bo potencjał „Aurora” w tej materii miała bardzo duży, ale nie został on w pełni wykorzystany.

Jeśli chodzi o zagadki, to jest naprawdę przyzwoicie. Mamy tu więc do czynienia z klasycznym układaniem listu z kawałków (ale nie w klasyczny sposób), mamy otwieranie tajnych skrytek i przejść, mamy i inne zadania. Biorąc pod uwagę, że gra (jak pisałem) długością nie grzeszy, to jest ich naprawdę sporo. Do tego są one dosyć zróżnicowane, choć najczęściej cała trudność w nich sprowadza się do znalezienia podpowiedzi. Te zaś czasem są „gotowcami”, co nieco odbiera przyjemności z rozwiązywania łamigłówek. Do tego dochodzą dwie czy trzy sytuacje, w których trzeba wykazać się refleksem. Na szczęście, w razie niepowodzenia gra nas automatycznie cofa do początku danej „czasówki”, poza tym są one dosyć proste i z reguły nie potrzeba więcej niż trzech prób na pomyślne przebrnięcie przez taki moment. Biorąc to wszystko pod uwagę, uważam, że zagadki to jedne z mocniejszych elementów tej produkcji.


A teraz zacząć czas coś, co tygrysy (czyli recenzenci) lubią najbardziej – narzekanie. Na pierwszy ogień pójdzie oprawa graficzna. O ile do wyglądu lokacji zastrzeżeń większych nie mam, bo prezentują się naprawdę dobrze, to do całej reszty już tak. A więc po kolei – lokacje ładne, ale coś mało rozbudowane, rzadko która składa się z większej niż pięć ilości ekranów. Dwa – ogólna ich ilość również nie powala – hotel i okolice, baza wojskowa, posterunek policji, dom wieśniaka plus kilka innych to nie jest coś, co zrobi wrażenie. Jedyna, naprawdę dobra pod każdym względem lokacja, to strefa 51 – jest tu kilka korytarzy, z każdego jest wejście do kilku innych pomieszczeń, a w każdym pokoju są przynajmniej dwa ekrany do obejrzenia i zbadania. Jest to też jedyne miejsce w grze, gdzie można (chwilowo) zabłądzić, w pozostałych nikomu to nie grozi.

Kontynuując wątek oprawy wizualnej, przejdę teraz do postaci. Z daleka prezentują się one jeszcze przyzwoicie, z bliska trochę gorzej, ale można wytrzymać. Dużo gorzej jest, gdy zaczniemy z kimś rozmowę – otóż animacja takiej postaci jest baaardzo kiepska. Polega to na tym, że wokół twarzy osoby, z którą prowadzimy dialog, pojawia się prostokącik, a głowa takiej osoby zaczyna się lekko bujać w obie strony. I tyle, żadnej mimiki twarzy (ba, postacie praktycznie nie otwierają ust), żadnych ruchów ręką czy inną częścią ciała, nic, po prostu nic. Ja rozumiem, przygodówka nie musi być piękna, ale nawet ona musi spełniać pewne standardy graficzne. To, co tu widzimy, może i było standardem w XX wieku, ale chciałbym zauważyć, że minęło już prawie całe pierwsze dziesięciolecie XXI wieku, więc normy obowiązujące dziś (szczególnie dotyczy to gier komputerowych) są inne niż te sprzed choćby dziesięciu czy piętnastu lat.

Poprzedni akapit poświęciłem w znacznym stopniu kwestii rozmów, w tym chciałbym ten wątek kontynuować. Zacznijmy może od definicji rozmowy – polega ona na tym, że dwie (lub więcej) osoby wyrażają werbalnie swoje poglądy. A skoro czynią to werbalnie, to znaczy, że wydają z siebie głos, że je słychać. Twórcy tej gry chyba o tym zapomnieli, bo czegoś takiego podczas zabawy z „Aurorą” się nie uświadczy. Z drugiej strony ciężko się temu dziwić, bo trudno jest coś powiedzieć, gdy ma się zamknięte usta. Oprawy dźwiękowej nie ratuje muzyczka. Niby jest (więc coś podczas rozgrywki słychać), ale nie jest ona czymś, co się będzie pamiętać po zakończeniu przygody z tym tytułem. Poza tym kawałki te są mało zróżnicowane, a ich ilość też nie rzuca na kolana.


Teraz czas na krótkie podsumowanie interfejsu. Mamy tu do czynienia z widokiem z oczu bohatera, ale wszystkie czynności takie jak ruch, zbieranie przedmiotów czy ich używanie wykonujemy myszą. Jest to dosyć znane (choćby z gier CRYO) rozwiązanie. Wiem, że nie wszyscy je lubią, ale ja nie mam nic przeciw niemu, bo taki system jest prosty w obsłudze i w sumie dobrze się sprawdza. Są jednak pewne rzeczy, które kładą się cieniem na tym systemie, a mianowicie bugi. I tak przede wszystkim wspomnę tu o bardzo dziwnym systemie wczytywania zapisów gry, gdyż samo wciśnięcie przycisku „wczytaj” nie daje spodziewanych rezultatów. Inne błędy pojawiają się podczas rozgrywki – a to nagle przybywa butelek wina (czyżby Roswell było drugą Kaną Galilejską?!), a to pewna krata raz jest otwarta, a raz nie. Co gorsza, dzieje się tak w wersji „załatanej” dwoma patchami, aż strach pomyśleć, co się działo bez nich.

Na koniec mojego marudzenia czas wspomnieć o polonizacji. Jak wiadomo, polski wydawca nie miał wiele pracy, bo miał tylko tekst do tłumaczenia. Wyszło ono całkiem nieźle, jakichś rażących błędów ortograficznych czy innych nie dostrzegłem. Jest jednak coś, do czego się przyczepię. Chodzi mi o pisownię nazwiska Rodov – raz jest przez „v”, a raz przez „f” na końcu. W związku z tym mam pytanie – która wersja jest poprawna? Czy tak trudno było się na jakąś z nich zdecydować, że obie pojawiają się równie często? Jest to dla mnie wybitnie niezrozumiałe.

Jak widać, opisywana tu gra najlepsza nie jest i raczej nie wygra naszego plebiscytu na Grę Roku 2008. Nie jest ona też aż tak zła, jak można by pomyśleć po lekturze tej recenzji. Ot, jest zwykłym przeciętniakiem, a jej przeciętność wynika głównie z niedopracowania od strony technicznej (błędy, oprawa audio–wizualna). Jeśli więc jej cena spadnie do ok. 20 złotych, wówczas można ją śmiało kupować, a do tego czasu – radzę się wstrzymać.


OCENA GRY: 5/10

ZALETY:

+ zagadki
+ ciekawa końcówka
+ kilka możliwych zakończeń
+ strefa 51
+ przyzwoita polonizacja

WADY:

- fabuła się wolno rozwija
- mała ilość i zróżnicowanie lokacji
- beznadziejna animacja postaci
- dialogi tylko w wersji „pisanej”
- liczne bugi
- pisownia nazwiska „Rodov/Rodof”
Czasem trzeba się cofnąć, aby móc pójść dalej.
Moja lista gier ukończonych
W sprawach forum i www piszcie: adam_ok(at)przygodomania.pl

Wróć do „Aurora: the secret within”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość