Aurora: the secret within - recenzja

Awatar użytkownika
Urszula
Administrator
Posty: 9494
Rejestracja: 31 grudnia 2011, 12:05
Lokalizacja: Wrocław
Podziękował(a): 87 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 109 razy
Płeć: Kobieta

Aurora: the secret within - recenzja

Postautor: Urszula » 12 czerwca 2012, 10:08

Obrazek
Każda gra, która chce zasłużyć na miano dobrej, powinna umieć wzbudzić pozytywne emocje. Zmusić gracza, by utożsamiał się z głównym bohaterem i wraz z nim przeżywał to, co dzieje się na ekranie. Włoskie studio BluMiAl zadebiutowało grą pod tytułem Aurora: the secret within. Fabuła tej przygodówki opowiada o losach młodego detektywa. Ma on rozwikłać zagadkę zaginięcia narzeczonego pewnej kobiety. Mężczyzna ten jako pierwszy widział obiekt latający, który rozbił się w Roswell. Detektyw musi także poznać prawdę dotyczącą własnej żony. Wszystko więc wskazuje, że dzięki chwytliwemu, choć nieco już oklepanemu tematowi, gra może pretendować do miana dobrej.
Każdy, kto przeczytał informacje umieszczone na opakowaniu, dotyczące wspaniałej grafiki 3D i intrygującej fabuły, prawdopodobnie z niecierpliwością będzie wyczekiwał momentu, gdy po skończonej instalacji będzie mógł zasiąść do gry. A tymczasem...
Pierwszym, co przyjdzie nam oglądać po zainstalowaniu programu, będzie napis “error”. Oj, trzeba się troszkę nagimnastykować, zanim uda się uruchomić grę. Ale prawdziwy przygodomaniak wyzwań się nie boi. Wgrywamy więc brakujące pliki i patche, które powstały zresztą dzięki miłośnikom gier, i już możemy zacząć zabawę.
Początkowym napisom przygrywa muzyka nieodparcie kojarząca się z Grim fandango. Wspaniale - ścieżka dźwiękowa w wyżej wspomnianej grze jest rewelacyjna. Niestety, w momencie kliknięcia na napis „Nowa gra”, miły dla ucha swing urywa się.
Kiedy wprowadzenie, informujące, jaka czeka nas misja dobiegło końca, zaczęłam mocno wpatrywać się w ekran w oczekiwaniu na tę wspaniałą grafikę, zapowiadaną przez twórców. Niestety, wpatrywanie się nic nie dało, przecieranie oczu i nakładanie okularów również. Nie ma pięknej grafiki, nie ma również żadnego 3... Za to znalazłoby się kilka określeń na “D” opisujących to, co widać na ekranie. Wnętrza nie przedstawiają się może najgorzej, są estetyczne i dopracowane, tyle tylko że w żaden sposób nie da się podziwiać ich pełnego wystroju – nie ma obracania się wokół własnej osi, przemieszczamy się między aktywnymi punktami. Moja pierwsza myśl: zostałam nabita w butelkę, bo o grafice 3D można zapomnieć. Dużo starsze gry, bez szumnych napisów na opakowaniu, wyglądały lepiej. Bardzo dużo jest miejsc ciemnych, szaroburych, w których znalezienie jakiegoś przedmiotu graniczy z cudem.
Obrazek
Pomyślałam: no trudno, nie tylko grafika się liczy. Dobra fabuła, oprawa dźwiękowa oraz zagadki na wysokim poziomie mogą zrekompensować niedostatki graficzne. Kiedy więc skończyłam (a właściwie mój bohater skończył) przeszukiwanie biurka, zeszłam, by powitać jakieś osoby. Miałam nadzieję, że nareszcie będzie okazja posłuchać dialogów i dobrego podkładu muzycznego. Nic bardziej mylnego. Ścieżki dźwiękowej brak, a postacie komunikują się z nami za pomocą napisów, na dodatek pełno w nich błędów. Nie ma też jakichkolwiek animacji postaci, z którymi rozmawiamy. Wszystkie stoją jak posągi. Próbują co prawda poruszać ustami, ale nawet rybka wyrzucona z wody robi to żwawiej i wyraźniej. Podobnie rzecz ma się z wszelkimi wykonywanymi czynnościami. Upijanie dziennikarza wygląda co najmniej śmiesznie - butelka wraz z kieliszkami stoi na ladzie i nie widać, by ktoś nalewał alkohol i podnosił kieliszek. Jedynie napis informuje, że taka czynność jest wykonywana.
Kolejnym dziwnym rozwiązaniem jest sposób przemieszczania się po terenie. Idziemy na uniwersytet, by spotkać się z profesorem. Przed nami budynek - po chwili następuje zamrożenie obrazu i nagle jesteśmy już w gabinecie mężczyzny. Idziemy na teren jednostki wojskowej, podnosi się szlaban, krok do przodu i pstryk - cudownym sposobem jesteśmy w gabinecie oficera. Program sam przenosi nas w miejsce, w którym powinniśmy się znaleźć, możemy więc zapomnieć o błądzeniu i zwiedzaniu dodatkowych miejsc. Podobnie rzecz ma się przy wykonywaniu pewnych czynności. Wystarczy, że nasz bohater zobaczy kod do neseseru, by ten sam się otworzył.

Odgłosy otoczenia to kolejna porażka. Mamy ich trzy lub cztery. W zależności od miejsca, w którym jesteśmy, mamy dźwięk przejeżdżającego autobusu, pisania na maszynie, albo zawodzenie wiatru. Mnie też chciało się wyć, gdy tego słuchałam.
Mimo tych wszystkich rozczarowań, jakich doznałam już na początku, ruszyłam na spotkanie z przygodą. Pomyślałam, że praca detektywa - szukanie śladów, rozwiązywanie zagadek - powinna mi się spodobać.
A figę. Ułożenie podartego listu, wyprodukowanie szklanki biopaliwa tylko po to, by dojechać do stacji benzynowej, a potem wyruszyć pieszo w dalszą drogę, czy rozwiązywanie bzdurnych zagadek wymyślonych przez profesora, bo tylko wtedy chce z nami rozmawiać - wszystko to nie ma większego sensu. Na dodatek jeśli owych zagadek, źle przetłumaczonych i wepchniętych na siłę, się nie rozwiąże, jedynym wyjściem pozostaje wczytanie poprzedniego zapisu.

Podejrzewam, że niejeden gracz osłupiał, gdy oglądając wybitą szybę w oknie, mógł podjąć rozmowę o... potłuczonych kieliszkach. Z szafki wyciągamy kitel, opisany jako toga. Niejednokrotnie tłumaczenie wprowadziło mnie w błąd i zastanawiałam się nad tym, co mam wykonać - nie ze względu na wysoki poziom trudności gry, ale dlatego, że byłam zdezorientowana. Jeszcze inny przykład - badamy sprawę zaginięcia jakiejś osoby, ale nie wiedzieć czemu musimy lecieć przyskrzynić gubernatora na próbie wyłudzenia ubezpieczenia za rzekomo skradzione klejnoty. Rozumiem, że to ma skłonić szeryfa do współpracy, ale wcześniej nie było żadnej wzmianki, niczego, co wskazywałoby, że on tej współpracy podjąć nie zechce. Większość zagadek w grze nie ma żadnego powiązania z fabułą, brak jakiegokolwiek logicznego wytłumaczenia, dlaczego trzeba to czy tamto wykonać. Aby pchnąć grę do przodu, szłam od miejsca do miejsca w poszukiwaniu zadań, które jednak nie miały nic wspólnego z tym, co przeczytałam w zebranych aktach.
Obrazek
Ukończenie tej gry to prawdziwa przygoda - nie tylko z powodu bardzo licznych błędów, ale również ze względu na emocje, jakie wywołuje. Nie jest to fascynacja, a frustracja; nie towarzyszy nam zainteresowanie, a bardziej znudzenie. W trakcie gry nie czekają nas ciekawe zagadki, tylko wielkie wpadki producentów tej gry. Pytanie więc brzmi: po co grałam i to nie raz? Przecież nikt mnie nie zmuszał. Otóż chyba właśnie po to, by ją skrytykować, żeby przelać na papier swoją złość i rozczarowanie tą przygodówką, która nigdy nie powinna była zostać wydana. Jeśli gra nie oferuje niczego, a do tego sterowanie czy wczytywanie gry z zapisu jest wykonane źle, gdy na dzień dobry trzeba wgrywać patche i dodatkowe dll, aby uruchomić przygodówkę, za którą wcześniej zapłaciło się niemałe pieniądze, to coś chyba jest nie tak. Nie będę wystawiać jej żadnej oceny, bo brakuje mi skali.
___________________________________________________________________________________________________
Moje gry
Stowarzyszenie na Rzecz Rozwoju Dawstwa Szpiku - KRS 0000202597 - przekaż 1% podatku

kontakt w sprawach PrzygodoManii: urszula(at)przygodomania(kropka)pl

Wróć do „Aurora: the secret within”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość