Może coś o sobie?

Tutaj rozmawiamy o tym, co nam w duszy gra, a nie jest związane z tematyką forum.
Awatar użytkownika
Gocciana
Publicysta
Posty: 2562
Rejestracja: 03 stycznia 2012, 19:52
Lokalizacja: Małopolskie
Podziękował(a): 11 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 10 razy
Płeć: Kobieta

Re: Może coś o sobie?

Postautor: Gocciana » 20 maja 2015, 17:46

Vicek pisze:Niestety, wokół mnie zbierał się tłum gapiów, którzy śledzili moje rozpaczliwe zmagania ze sliderem i wywierali na mnie presję. Nie sprostałem jej i pozwoliłem dokończyć układankę komu innemu :(


Czyli zżarła Vicku trema przed publicznością... na 'żywo'? Jakoś Cię o nią nie podejrzewałam. Czytałam i czytam to co wstawiasz na necie, więc uważałam, że z Ciebie takie 'publiczne zwierzę' :D Ale pierwsze koty za płoty :tak: Ja padłabym na starcie :D
Один человек сказал, всем нам улыбается смерть, мы лишь можем улыбнутся ей в ответ:-)

Awatar użytkownika
Xantia
Przyjaciel forum
Posty: 882
Rejestracja: 28 lutego 2012, 15:15
Lokalizacja: mała Wielkopolska
Podziękował(a): 3 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 1 raz
Płeć: Mężczyzna

Re: Może coś o sobie?

Postautor: Xantia » 07 czerwca 2015, 12:52

Wczoraj udało mi się zrealizować pomysł - popłynąć Wartą z jej nurtem. Prędkość nie była oszałamiająca, bo wyniosła średnio 4 km/h, ale za to można było ze spokojem podziwiać widoki. Pokonaliśmy 20 km. Wrzucam fotki :)

Obrazek

Obrazek

Awatar użytkownika
Szczery
Publicysta
Posty: 171
Rejestracja: 11 stycznia 2016, 21:02
Ukończone gry przygodowe - link do tematu: viewtopic.php?p=45388#p45388
Podziękował(a): 5 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 2 razy
Płeć: Mężczyzna

Re: Może coś o sobie?

Postautor: Szczery » 23 marca 2016, 19:03

Coś o sobie, mówicie... Nie wiem, czy jest o czym mówić, nie miałem ciekawego życia, ani niczego w nim nie osiągnąłem. Najlepiej moją skromną osobę opisuje zdanie "Ojciec cudzych sukcesów"... ale może nie uprzedzajmy faktów, spróbujmy jednak pójść po kolei.

Pochodzę z... Cóż, już tutaj pojawiają się problemy. Już w pierwszych latach swego życia pod mymi stopami przewinęło się tyle ziemi, że ciężko mi przypisać swoje korzenie do zaledwie jednego punktu. Matka na ten przykład pochodziła z Settle, ojciec zaś był Żydem ze wschodniej części wileńskiej guberni imperium rosyjskiego. Ja sam natomiast, zbiegiem okoliczności, urodziłem się w roku 1900 w Dawson, gdzie mój ojciec i dziad wyruszyli szukać swojego szczęścia podczas słynnej gorączki złota w 1896. Jeśli wierzyć ich opowieściom, moi rodzice poznali się w długiej kolejce na przełęcz Chilkoot, rzekomo od słów "Pani tu nie stała". Owocem tej znajomości stałem się kilka lat później właśnie ja. Gdy koło 1902 roku zasoby złota zaczęły wygasać, a ciężko żeby nie jak tylu chłopa grzebie, moja rodzina postanowiła wraz z pozyskaną małą fortuną powrócić do Europy. Moi rodzice pobrali się już w rodzinnych stronach taty mojego właśnie. Po rewolucji w 1905, oraz przy narastających wówczas w Rosji nastrojach antysemickich, dziadek mój ciągle męczył, że trzeba się przenieść. Gdzie? Na wschód, tam bezpieczniej. No więc w końcu ruszyliśmy na ten zachód, bo o to dziadkowi chodziło, tylko ciągle i nieustannie kierunki mylił. Ostatecznie emigrowaliśmy w 1911, na tyle wcześnie że jeszcze zdołaliśmy uratować część naszego majątku, co go dziadunio z ojcem w Klondike z ziemi wygrzebali. Odtąd mieszkaliśmy w Wollstein nieopodal Poznania, na terenie Księstwa Pruskiego. Z tego okresu moje młodzieńcze wspomnienia są zresztą najżywsze, pierwsze miłości, pierwsze chłopięce bandy... Oj, młodości, młodości! Niedługo potem Franciszka w Sarajewie zbłąkana kula jakaś trafiła i już, huzia, wojna o to cała wybuchła. W 1915, fałszując swoją datę urodzenia, w tajemnicy przed rodzicami zaciągnąłem się do wojska. Nie ukrywam, że było to wynikiem całkowitego, młodzieńczego debilizmu, połączonego z całkowitym brakiem świadomości politycznej. Tak znalazłem się w armii Cesarsko-Koronnej. Na froncie przesłużyłem prawie rok i sam on zbrzydł mi wystarczająco, a gdy jeszcze zostałem przez starszych kolegów uświadomiony politycznie, wystarczyło. Powiedziałem do mojego poznanego tam, bliskiego przyjaciela Kazika "Dajemy nogę" i faktycznie, daliśmy. Sposobów na skuteczną (czyli taką, która nie kończy się naszą śmiercią na plutonie egzekucyjnym) dezercję obmyśliłem wtedy multum. A to spiliśmy jakiegoś oberlejtnanta i podkradliśmy mu kwity przewozowe, a to jeden drugiego jako aresztanta woził, to znów ponad dwa miesiące przesymulowaliśmy w szpitalu wojskowym gdzieś na wschodzie... Czasem było straszno, ale też jaja niesamowite się działy, ale dokładnie wam nie będę nic więcej opisywał, bo sami możecie sobie o tym przeczytać - Kazik po wojnie książkę o tym wydał. No, książkę, normalnie czekam kiedyś na przystanku, z czystych nudów na witrynę księgarni patrzę: A tam Kazika nazwisko! I tytuł, bach: "C.K. Dezerterzy". O mnie słowa tam nie napisał, toteż ani rubla za to nie dostałem. Zresztą, historia podobna się zaraz potem wydarzyła:
Po wojnie miałem problem. Swojej rodziny niestety nie odnalazłem, toteż i rodzinny majątek, niejako z automatu, również stawał się poza moim zasięgiem. Jakoś w życiu jednak trzeba było na siebie zarabiać. Toteż dogoliłem się, domyłem i dawaj, za pikolaka do hotelu robić. Nie powiem, były chwile że żałowałem, bo szybko się okazało że starsi, w sensie kelnerzy starsi, to takie zamordystyczne świnie że nawet na froncie ciężko o takie było. No więc czasem trudno było, ale przebolałem. Zęby zacisnąłem i się nie dałem. Parę razy dostałem po pysku, ale nie dałem i w końcu po kilku latach sam zostałem kierownikiem sali. Zrozumiałem wtedy, czemu się tak nade mną znęcano, gdy zaczynałem. Ależ to była frajda, jak ja wtedy tych młodych pikolaków po pysku prał, aż miło! No ale niestety, stary, w sensie właściciel, zwęszył że kręcę na boku z taką kuchareczką, a że strasznie nie lubił jak się mu personel ze sobą wiązał, to jedno z nas musiało polecieć. To już zdecydowałem że trudno, pójdę dalej w świat. Jeszcze na odchodne jak piłem wódkę z jednym Heńkiem, czy Tadkiem, sam nie wiem, to mu się pożaliłem, jakie miałem życie tam w tej knajpie hotelowej. No i parę lat później bach: "Zaklęte Rewiry", moja historia znowu sprzedana jak własna. A ja znowu grosza za to nie dostał. No i tak się w sumie przez różne zawody ocierałem przez te parę lat. Tu stolarka, tam tapicerka... tu znowuż tancereczkę sobie przygruchałem - i tak do wojny u tych różnych kobiet przesiedziałem. A jeszcze przed wojną, jak chodziłem z taką szansonistką, to przy kartach poznałem się z takimi trzema. Matematycy, ale równe chłopy. Się nawet zaprzyjaźniliśmy. Młode chłopaki w sumie, Marian, Jurek i taki Henio, na którego "Rzygacz" wołaliśmy. No i tak się stało, że jak kiedyś spać nie miałem gdzie, bo ta moja szansonistka na występach, a gospodynię to miała taką że samemu bez kija nie podchodź, to postanowiłem przekimać na stancji tych młodziaków. To ich nawiedziłem ze śliwowicą, bo wypić lubiali. No i coś niejasno pamiętam (niejasno, bo na tej jednej flaszce skończyć się nie mogło) jak o jakiejś łamigłówce gadamy, takie dosyć ciekawe to było, no i ja w końcu wpadłem na to, jak oni to mają rozwiązać. A nad ranem się zawinąłem, bo mi do tej mojej Basieńki tęskno się zrobiło, a taki "wesolutki" byłem od tej śliwowicy, że nawet nie pamiętałem, że jej jest Leokadia. A jak jakiś czas potem się zaczęło głośno mówić: Bach! "Polacy złamali szyfr Enigmy!" to znowu, o mnie ani słowa! Ale im nawet za złe nie miałem, tak się spiły chłopaki, że mogli nie pamiętać że w ogóle u nich kto był. A jak Hitler swoje w 39 zaczął, to nie czekałem wiele. Do wojska się zaciągnąłem i dawaj, nacierać na szwaba! Wiek swój już miałem, ale i odsłużone lata w poprzedniej wojnie (a nikt się tej mojej dezercji jakoś w papierach nie doszukał) to zaraz mnie sierżantem uczynili. Oj, srogi był ze mnie sierżant, trochę mi nieraz wstyd było jak tych szeregowców z błotem mieszam, ale co poradzę - nawyki kelnerskie miałem. Trochę się znów o fronty poocierałem, ale szczęśliwie wojnę przeżyłem. A po wojnie znowuż dylemat: 45 lat na karku. Fachu żadnego w ręku... No, niby kelner, ale jakoś po tylu latach wojny jako sierżant, to jakoś miałem dosyć lania ludzi po pysku, pęcherze mi się już na dłoni robiły. No więc żadnego fachu w ręku, co z życiem robić? No to wzorem P.T. Barnuma postanowiłem pójść w rozrywkę. Przy flaszce wieczorem machnąłem parę tekstów, paru starych znajomych sprzed wojny zebrałem i zaczęliśmy taki uliczny teatrzyk. Takie różne scenki, piosenki, numer z mimami co się po dupach kopią - ot, rozrywka. "Teatrzyk Żółty Kogucik" to nazwaliśmy. Szło nam nieźle, ludzie chętnie bilonem rzucali, nawet zaczęliśmy z czasem w jakichś małych lokalach grywać. No i wtedy zaczął przychodzic na nasze występy taki czerniawy, z brwiami. Jak go pierwszy raz zobaczyłem, to mówię do Helki, bo z taką Helką wtedy grywaliśmy, "Patrz, tego całego Capona wypuścili", taki do niego był podobny. Ale nie, to był jakiś pisarzyna, Konstek go wołali koledzy, jak z nimi przychodził, a zazwyczaj to wołali "Konstek, bo się udusisz!". Bo ten czerniawy to tak się na naszych występach zaśmiewał, zwłaszcza przy tych mimach, że nieraz czerwony się robił i aż harczało mu coś w gardzieli. Tak bardzo mu się podobało. No i przez to wszystko to on zaczął męczyć mnie po występach: "Sprzedaj pan!" i "Sprzedaj pan!" , jak jakaś katarynka. A ja wała, nie po to po nocach siedziałem i pisałem, zamiast spać jak jaki uczciwy człowiek, żeby teraz za parę złotych się tego interesu wyzbywać. No to w końcu kiedyś się obraził i przestał przychodzić. A za parę tygodni - bach! Się zaczęły w "Przekroju" ukazywać teksty jego, wyraźnie z naszych pozrzynane, a nazywało się to "Teatrzyk Zielona Gęś". No to już było wiadomo, czemu przestał się pokazywać - bo z miejsca bym mu dał w pysk. Czytywałem w ogóle te jego wypociny, ale do naszych występów się nie umywało. Ale cóż, czerniawy jakieś kontakty u literatów miał, to jego drukowali, a nasz interes podupadł niebawem. Ale w sumie na cztery łapy spadłem, bo nie przestałem pisać, dobrze się w kabarecie odnajdując, i niedługo po tym jak ukończyłem swój zbiór "Kabaret Starszego Pana", to się nabywca na te moje teksty znalazł. Takich dwóch cwaniaczków przyszło flaszeczkę na stół postawiło, i zaczęły się rozmowy. A co pan pisze, a o czym to, a to ciekawe, a to dobre, a co pan z tym chce zrobić... Potem do jednego z nich poszliśmy, bo on miał pianino w domu, no i zaczął łupać na tych białych tak, że mało czarne mu nie powypadały, i śpiewać zaczęli te moje piosenki, tak na próbę. No i dobrze jegomościom szło to nawet, fajniej to na pewno brzmiało niż jakbym sam to wykonywał, więc w końcu się zgodziłem te teksty moje im odsprzedawać. Oni z tym potem szli do telewizji, tylko że znowuż - bach! Mojego nazwiska zapominali jakoś wspomnieć. Ale pieniądz z tego miałem dobry, urządzić się w końcu mogłem, więc nie narzekałem. No i dzięki tym dwóm poznałem też Kalinkę, taka młodziutka dziołszka, śliczniutka, wpadliśmy sobie w oko jak występowała u tych dwóch. No i byliśmy przez trochę razem, ale w końcu się rozeszliśmy. Wstyd przyznać, ale przez zazdrość. Nie mogła znieść tego, że ja się tak kobietom podobam.
W ogóle to komuna po wojnie nastąpiła, więc lekko się nie żyło. Ja ruskich rządów już od dawna miałem dość, co delikatnie żem w tekstach do różnych już kabaretów zaznaczał (albo i mniej delikatnie, kiedy taki Zenek czy Bohuś do mnie przychodzili i tylko jęczeli "Ostro pan pisz, jak najostrzej" no to im pisałem, tylko sprytnie brałem bańkę więcej od każdego tekstu na władzę. W sumie, nie moje nazwisko, nie ja po występie siedziałem, to i czemu by nie zarobić) więc kiedy opozycja zaczęła u nas narastać, to i ja do niej się zapisał. W Trójmieście się to działo, bo już mi się problemy ze zdrowiem zaczęły i lekarz mi nadmorski klimat zalecił. Pamiętam tam na spotkaniu naszym takiego niewysokiego z wąsem, co raz zasilanie nam naprawiał. A dopytywał przy tym cały czas, a co robimy, a kto jest ten, a kto tamten, a czemu się tak spotykamy, a czy my jesteśmy opozycja, ale czadowo, czy on też może? No i tak męczył, nudził, że go wzięli też do tej Solidarności, to się chłopina ucieszył, udzielać się zaczął jak szalony. No i pamiętam jak się te strajki pozaczynać miały, ja już wiek nie ten, to nie brałem udziału, ale ten wąsaty strasznie podniecony był tą sprawą i mówił: "Całą noc nie będę spał, żeby na ten strajk nie zaspać!" No i rzeczywiście, całą noc nie spał i przez to nad ranem ryms! Się chłopina pospał. I późno już było, jak on do mnie zapłakany zadzwonił "Zaspałem, ratuj!". No to musiałem zrywać się, fiata odpalać i jechać po niego pod dom, a potem zaraz pod stocznię. Tylko że tam już wszystko pozamykane i pytanie "Co teraz?". To podjechaliśmy od tyłu, płot pokazuję i mówię - wspinaj się. On niby zaczął, ale ledwo na metr się wspiął to zaraz czerwony się zrobił, zasapany i jojczy mi, że już nie może, nie da rady. Mówię mu jak komuś rozsądnemu: "Bolo, nie przesadzaj, jeszcze metr, dwa i będzie z górki!" A on "Nie!" i "Nie!" I ja, człowiek starszej daty, musiałem się z nim siłować, żeby z tego płotu nie zaczął złazić. Dopiero jak szczekać zacząłem, że niby psy się zleciały, to on tak się przestraszył że bach! I był po drugiej stronie płotu. Się chłopaki w stoczni ponoć strasznie ucieszyły, ja już tego nie widziałem. Do domu pojechałem, wypocząć bo mnie ta szarpanina wymęczyła.
Komuna w końcu niedługo padła. Granice otwarto, się zaczęło po świecie znowu jeździć - ale znowuż nie ja. Jako ojciec cudzych sukcesów niezbyt się własnego doczekałem, toteż i jeździć dokąd nie miałem gdzie. Pieniądze za teksty się skończyły, i choć ciągle coś mojego leciało, to tantiem żadnych ja za to nie miałem, bo to niby nie moje. Emerytury nie mam prawie żadnej. Tak sobie więc biduję, od czasu do czasu jakiś zarobek na boku łapiąc - O, na przykład! Kiedyś z takim szwagrem bratanicy dalekiej ojca kuzynki w góry pojechałem, Jaśkiem. A z nim jego bratanek się zabrał: młodziak taki chudziutki był jak od tej mojej laski pałąk, śmiszny niesamowicie, Adaś mu było. Narty kochał bardzo, ciągle by nic tylko zjeżdżał. I raz go ot, tak o, dla draki, zepchnęłem z wyciągu, jakeśmy jeszcze nisko nad śniegiem byli. A ten cwaniaczek, miast się w zaspę zapaść żeby mu tylko głowa wystała (śmiszny by był niesamowicie) to taki lekki się okazał, że po tym śniegu zaraz zaczął w dół zbocza zjeżdżać, choć kijków nie miał. A tu przed nim piękna, góralska chata, a śniegiem tak przysypana, że aż po sam dach. No i biedaczek jak na ten dach wjechał, jak nie wyskoczy, to go wiatr dobrą minutę pchał i go dopiero wieczorem GOPR znalazł parę kilometrów dalej. Ten Jasiek to tak się rozpłakał z radości widząc ten skok, że aż mi podziękował i obiecał, że jak chłopaka na skoczka wytrenuje to pierwsza jego nagroda - moja. No i faktycznie, jakieś pieniądze potem mi od niego przyszły, nie powiem. A inny raz na ten przykład, całkiem niedawno, jakiś szmatławiec odkupił moją historię, tj. jak zmęczony spacerem raz wszedłem do takiej knajpki, coś z ptakiem w nazwie, żeby szklanki wody się napić, i podsłuchałem przypadkiem jak panowie z rządu brzydko mówią. Nagrałem więc, bo zgorszenie dla młodzieży to przecież jak taki przykład z góry idzie, i do gazety dałem. W ogóle to bach, straszny szum się z tego zrobił, nie sądziłem, że aż tak te bluzgi ludzi rozsierdzą.
No ale jakem powiedział, chociaż mnie cudze sukcesy i ciekawe historie otaczają, sam życie miałem nudne. Nie ma o czym mówić.
Aktualnie grane:
- Sherlock Holmes: Przebudzenie
- Edna & Harvey: The Breakout


Wróć do „Miejsce na pogaduszki o wszystkim”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość