MI 2: Le Chuck's Revenge - recenzja

Awatar użytkownika
Adam_OK
Moderator
Posty: 2390
Rejestracja: 24 lutego 2013, 10:28
Lokalizacja: Ząbki koło Warszawy
Podziękował(a): 28 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 29 razy
Płeć: Mężczyzna

MI 2: Le Chuck's Revenge - recenzja

Postautor: Adam_OK » 28 lipca 2013, 15:05

Obrazek

Stworzyć bardzo dobrą grę, to nie jest takie wielkie osiągnięcie, jak mogłoby się wydawać. Stworzyć jej sequela to też dosyć prosta sprawa. Co innego sprawić, aby kontynuacja była przynajmniej tak samo dobra, jak poprzednik. To zadanie jest wręcz prawie niemożliwe, ale „prawie” robi wielką różnicę ;-) Niektórym się ta sztuka udała i z pewnością zaliczyć do nich można panów z Lucas Arts, autorów opisywanej tu gry.

Gdy ją uruchomimy zobaczymy naszego ulubieńca Guybrusha wiszącego sobie na linie i trzymającego w jednej ręce pewną skrzynię. Po chwili, do pieczary w której spotykamy go spuszczona zostaje druga lina, a na niej opuszcza się nie kto inny, tylko Elaine Marley. Wbrew pozorom nie jest ona zachwycona tym spotkaniem, więc zamiast pomóc swemu ukochanemu każe mu wyjaśnić, co on tu robi. W ten oto sposób przenosimy się nieco w przeszłość i przejmujemy kontrolę nad wydarzeniami. Gdy opowieść Guybrusha się zaczyna spotykamy go na Scabb Island, a nasz hero jest sławny i bogaty. Szybko jednak z pieniędzmi się pożegna za sprawą niejakiego Largo. Mr Threepwood będzie chciał mu się zrewanżować, w czym pomoże mu znana z poprzednika Lady Voodoo, ale to nie jest jego główny cel. Tym ostatnim jest odnalezienie legendarnego skarbu zwanego Big Whoop. Jak można się domyśleć, nie on jeden chciałby zgarnąć Wielki Łup ;-), co doprowadzi do konfrontacji z jego przeciwnikami. Choć dokładniej powinienem powiedzieć – z przeciwnikiem, którym ponownie jest Le Chuck. Zły pirat pała żądzą zemsty, więc Guybrush musi mieć się na baczności. Kto wyjdzie z tego starcia zwycięsko? Wiedzą tylko ci, którzy po raz drugi zawitali na Małpią Wyspę.

Dokładniej mówiąc tym razem Małpia Wyspa pojawia się jedynie w tytule gry. Zamiast niej będziemy mieli okazję odwiedzić takie wyspy jak Scabb, Phatt, Booty czy Dinky oraz fortecę Le Chucka. Prawie każdą z tych lokacji opłyniemy kilkakrotnie w poszukiwaniu czterech kawałków mapy prowadzącej do skarbu. W każdej z nich czeka nas sporo przygód i sporo dobrej zabawy i to na dosyć długi czas. Gra może do najdłuższych nie należy, ale te kilka godzin spędzonych przy niej to rozrywka na najwyższym poziomie.


Obrazek

Ten poziom zapewni nam przede wszystkim humor, gdyż wszędzie go pełno. W zasadzie ciężko wyróżnić jakiś konkretny moment lub postać, bo wszystko na swój sposób śmieszy – od pierwszej kwestii Elaine z intra („Well, well, well, Guybrush Threepwood”) aż do samego finału. A finał ten jest po prostu rewelacyjny, szczególnie ze względu na pewne skojarzenia z „Gwiezdnymi Wojnami”. Po drodze pośmiejemy się m.in. ze Stana i jego sklepu z używanymi trumnami [sic!], konkursu w pluciu na odległość czy z tańca szkieletów. Zapewniam, że to zaledwie mały ułamek atrakcji, jakie przygotowali dla nas twórcy. W zasadzie można powiedzieć, że grając w tę grę rechotałem prawie bez przerwy i mogę zapewnić, że każdy, kto po nią sięgnie również będzie miał niejedną okazję pogimnastykować nieco swoją przeponę. Należy pamiętać tylko o jednej rzeczy – podobnie jak w przypadku jedynki, tu również bez dobrej znajomości „lengłydżu” można zapomnieć o czerpaniu z gry pełnej satysfakcji. *) A wszystko przez to, że użyto w niej dość trudnego słownictwa, co może utrudnić nie tylko zrozumienie niektórych śmiesznych dialogów, ale wręcz utrudnić samą rozgrywkę. Ech, gdyby ktoś kiedyś spolonizował te pozycję <buja w obłokach>

Dobra rozrywka to także dobre zagadki. Mi najbardziej podobała się ta powiązana z tańcem szkieletów, o którym mowa była wcześniej. Była ona o tyle ciekawa, że można było „nadziać się” na haczyk wynikający z nadmiaru informacji. Poza tym było też zadanie z zapamiętywaniem ilości pokazanych palców i przyporządkowaniu im odpowiedniej liczby. Może brzmi to skomplikowanie, szczególnie dla tych, którzy tej gry nie znają, ale zapewniam, że jest to prostsze niż się wydaje. Oprócz tego, czeka nas sporo wyzwań związanych z poszukiwaniem poszczególnych kawałków mapy – trzeba się wiele napocić by zdobyć każdy z nich. Jeśli ktoś uważa, że nie dałby rady wykonać tych czynności, ale chciałby zapoznać się z drugą Małpia Wyspą, to może to zrobić. Twórcy przewidzieli bowiem, że część z graczy to nowicjusze i dali możliwość wybory poziomu trudności gry. Na wyższym trzeba będzie poradzić sobie ze wszystkimi w/w problemami (oraz kilkoma innymi), na niższym – wymagania postawione graczowi są niższe, a tym samym zagadki do rozwiązania są łatwiejsze. Do wyboru, do koloru.


Obrazek

Kolorowo przedstawia się również grafika, co widać na załączonych obrazkach. Na tym można by w zasadzie zakończyć jej opisywanie, bo powtarzać słów, którymi opisywałem grafikę w kilku innych starszych grach nie mam ochoty. Powiem wiec jeszcze tylko, że dla mnie jest ona „klimatyczna”, czyli potrafiąca budować właściwy nastrój i dobrze oddająca sytuacje przedstawione na ekranie. Jest też czytelna, szczegółowa i po prostu starannie wykonana. Nie wiem jak wam, ale mnie to wystarczy ;-)

Podobnie jest z muzyczką i interfejsem, one też są „klimatyczne”, o obu można się wypowiadać jedynie w superlatywach. Muzyczka dobiegająca z głośników jest żywa, skoczna i miła dla ucha. Jeśli nie wierzycie – obejrzyjcie filmiki, które można bez problemu znaleźć w sieci. Macie tam małą próbkę, po której odsłuchaniu sami będziecie mogli ocenić stronę audio. I jeśli nie zaczniecie ruszać się z Guybrushem w rytm tańca szkieletów, to albo powinniście udać się lekarza od słuchu albo po prostu włączyć głośniki ;-) W każdym innym wypadku wasze nogi same będą chciały tańczyć, a to dla mnie jest wystarczający dowód klasy udźwiękowienia.

Co do interfejsu – jest on typowy dla Lucasa. Grę obsługujemy myszą, klikając najpierw w słowo określające daną czynność, a potem na postać lub przedmiot, na której te czynność chcemy wykonać. Jest to naprawdę proste i nauczyć się tego można w minutę, więc nikt nie powinien mieć z nim problemów. Jedyne, co może troszkę denerwować, to niezbyt obszerny inwentarz, co powoduje, że nie widzimy zbyt wielu przedmiotów na raz (a zbieramy ich całe tony). Ja jednak uważam, że to szukanie dziury w całym, dlatego nie potrącę za to nic z końcowej oceny.

A nim do niej dotrę, krótko wspomnę o jeszcze jednej rzeczy. Mam tu na myśli nawiązania do różnych filmów, seriali, piosenek itp. Wspomniałem już o zakończeniu a’la „Star Wars”, a to tylko wisienka na torcie. Oprócz niej są bowiem liczne skojarzenia z Indianą Jonesem, Jamesem Bondem, Sherlockiem Holmsem, a nawet z zespołem ABBA czy The Beatles. Oczywiście są też powiązania z poprzednikiem, ale to chyba tak oczywiste, że każdy się tego domyślił. To, co wymieniłem, to tylko mały procent ogółu i konia z rzędem, kto wyłapie je wszystkie przy pierwszym podejściu do tego tytułu ;-) Dzięki nim gra nabiera dodatkowego smaczku i staje się jeszcze śmieszniejsza. Gdybym miał to określić jednym słowem użyłbym określenia „majstersztyk”.
Zresztą to określenie pasuje do całej gry – wciągająca fabuła, interesujące zagadki, MNÓSTWO dobrego humoru oraz liczne nawiązania sprawiają, że czas przy Monkey Island 2 biegnie inaczej niż zwykle. Ta gra to doskonały relaksator, także wówczas gdy ma się kiepski nastrój. Jeśli więc jeszcze jej niż znasz, a twój angielski nie kończy się na 5 zdaniach, to czym prędzej ją uruchom i graj, graj, graj......


OCENA GRY:10/10

ZALETY:
+ humor
+ fabuła
+ wykonanie
+ zagadki
+ i cała reszta

WADY:
- to samo, co w jedynce
- innych brak

*) niniejsza recenzja powstała jeszcze przed powstaniem nieoficjalnego spolszczenia tej gry
Obrazek
Czasem trzeba się cofnąć, aby móc pójść dalej.
Moja lista gier ukończonych
W sprawach forum i www piszcie: adam_ok(at)przygodomania.pl

Wróć do „Monkey Island 2: LeChuck's revenge”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość