Indiana Jones and the last crusade - recenzja

Awatar użytkownika
Adam_OK
Moderator
Posty: 2563
Rejestracja: 24 lutego 2013, 10:28
Lokalizacja: Ząbki koło Warszawy
Podziękował(a): 43 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 33 razy
Płeć: Mężczyzna

Indiana Jones and the last crusade - recenzja

Postautor: Adam_OK » 15 czerwca 2013, 13:37

Obrazek

Świat gier komputerowych i świat filmu są ze sobą ściśle powiązane. W efekcie równolegle z premierami filmów maja premiery gry na nich oparte (i odwrotnie), często też powstają kinowe adaptacje komputerowych hitów. Z tymi ostatnimi bywa różnie, szczególnie gdy za kamerą stoi niejaki Uwe Boll ;-) Wbrew pozorom, związek tych dwóch gałęzi przemysłu rozrywkowego istnieje już co najmniej kilkanaście lat. Wtedy to swą premierę miał (jak dotychczas) ostatni film o Indianie Jonesie a także gra na nim bazująca. I choć wiele wody upłynęło w Wiśle od tego czasu, to ciężko dziś znaleźć inny przykład potwierdzający tezę, że można stworzyć dobrą grę na podstawie dobrego filmu. Tyle ogólników, przejdźmy do konkretów.

Wszyscy, którzy widzieli film (a są tacy, co nie widzieli?) wiedzą, że Henry Jones junior wracając z kolejnej wyprawy na uniwersytet dostaje od Marcusa Brody’ego korespondencję, a w niej paczkę z Wenecji. Wkrótce potem poznaje niejakiego Waltera Donovana, który opowiada historię trzech braci. Wszyscy byli rycerzami pierwszej krucjaty, rycerzami, którzy dokonali czegoś szczególnego – odnaleźli świętego Graala. Walter chce, aby Indy pomógł mu odnaleźć Chrystusowy kielich. Wskazówka, gdzie go szukać znajduje się w Wenecji, w miejscu w którym powinien znajdować się grób jednego z braci. Tam też zaginął ojciec Indiany, więc nie tracąc czasu, razem z Marcusem, udają się w podróż. Na miejscu spotykają Elzę Schneider, która ma z nimi pracować. Co z tej współpracy wyszło – mówić chyba nie muszę ;-) Przygody, które nasz bohater przeżyje zaprowadzą go nie tylko do miasta kanałów, miłości i dożów, ale również do zamku na granicy austriacko – niemieckiej by znaleźć swe zakończenie w dolinie półksiężyca gdzieś na Bliskim Wschodzie.

Obrazek

Nim uruchomiłem tę grę zastanawiałem się, jakie to uczucie grać w pozycję, o której wiem praktycznie wszystko – kto jest dobry, a kto zły; kto zginie, kto nie; co i kiedy się wydarzy. W końcu fabuła tej aplikacji to praktycznie powielenie historii opowiedzianej w filmie. Po uruchomieniu gry poprzednie zdanie zmieniłem, bo choć główne wątki są kalką filmu, to oprócz nich jest sporo innych dość istotnie różniących się od tych ze srebrnego ekranu. Weźmy pod uwagę choćby poszukiwania grobu rycerza – w grze etap ten jest bardziej rozbudowany, podziemia pod biblioteką są dużo większe, wykonujemy inne czynności i pokonujemy je sami, bez Elzy. Podobnie jest w wielu innych momentach (zamek, sterowiec, ostateczne próby itp.), dzięki czemu produkcja ta jest ciekawa. Można powiedzieć, że zabawa z tym tytułem to nie tylko ponowne przeżycie przygód znanych z filmu, ale całkiem nowe doznanie.

Teraz czas wspomnieć o zagadkach. Jak można się domyśleć, tu również do wcześniej znanych zadań dodano kilka nowych, a część zmieniono. W zasadzie każdą łamigłówkę rozwiązujemy inaczej niż kinowi bohaterowie, dzięki czemu nie są one takie proste. Jeśli mowa o „nowościach”, to mam tu na myśli głównie zręcznościówki. Polegają one najczęściej na tym, że trzeba komuś „sklepać facjatę” (ale nie tylko – można też pilotować samolot, ale prędzej czy później i tak się rozbijesz) – a to jakiemuś hitlerowcowi w zamku, a to strażnikowi granicznemu, a to jeszcze innej osobie. I choć każdy problem można rozwiązać na więcej niż jeden sposób, to niektórych pojedynków (np. podczas ucieczki ze sterowca) uniknąć się nie da. A system walki najlepszy nie jest – co prawda dosyć wygodnie się nim operuje przy użyciu klawiatury numerycznej (po 3 rodzaje ciosów, bloków i uników), ale praktycznie nie da się samemu podczas takiej walki nie oberwać. A podczas wspomnianej ucieczki z wielkim trudem udało mi się wyjść cało z drugiej potyczki. Gdybym musiał pokonać jeszcze jednego Niemca, to było by to zadanie z gatunku „mission impossible”. A wszystko dlatego, że po wygranym pojedynku nasz pasek zdrowia nie odnawia się do 100%, a jest praktycznie taki, jak w chwili zadania decydującego ciosu. Oznacza to, że jeśli zaczynamy drugą walkę tuż po poprzedniej możemy nie mieć wystarczająco dużo energii, aby wygrać. A pamiętać trzeba, że im mniej mamy siły życiowej, tym słabiej bijemy i tym jest trudniej. Rozumiem, że jest to ukłon w stronę realizmu, ale odbiera on sporo z radości grania. Szczególnie dużo tej radości zostało mi odebrane podczas ucieczki na motorze przez posterunki graniczne. Początkowo postawiłem na rozwiązanie a’la Rambo, ale szybko poległem. I dopiero, gdy wczytałem sporo wcześniejszy zapis i dałem Adolfkowi w Berlinie do podpisania przepustkę udało mi się przejść dalej. Ten przykład pokazuje, że lepiej korzystać z siły argumentów, a nie argumentu siły. Widać więc, że gra wymaga sporego pomyślunku, bo do najprostszych się nie zalicza, a błędna decyzja oznacza konieczność cofnięcia się o spory kawałek.

Obrazek

Grafika to element gry, który najszybciej się starzeje. Pomimo tego, można powiedzieć, że czas obszedł się łaskawie z tą produkcją, gdyż ona nadal wygląda ładnie. Dobrze wykonane lokacje, żywe kolory i starannie zrobione postacie, które w dużym stopniu przypominają swoje kinowe odpowiedniki – to rzeczy, które dobrze świadczą o klasie strony wizualnej.

Równie dobrze jest ze stroną muzyczną. Oczywiście nie mogło zabraknąć motywu przewodniego z filmu, ale oprócz niego są i inne, równie udane i dobrze dopasowane do wydarzeń motywy. Dźwięki z gry również brzmią poprawnie, szczególnie spodobał mi się odgłos wody chlupoczącej w butach Indy’ego czy Marcusa. I choć strona audio nie jest tak bogata, jak oprawa video, to jest równie udana. Dziś co prawda nikogo nie rzuci ona na kolana, ale kilkanaście lat temu takie były standardy. I to zadecydowało o pozytywnej ocenie tego aspektu gry.

Jeśli zaś chodzi o sterowanie, to mamy tu typowy interfejs dla gier Lucasa z przełomu lat 80-tych i 90-tych poprzedniego stulecia. Jest to point & click, ale w wersji pierwotnej, czyli że najpierw należy kliknąć nazwę czynności, a dopiero potem przedmiot lub osobę, na której chcemy ja wykonać. System ten jest naprawdę prosty i opanowanie go to kwestia jednej chwili.

Nie zabrakło również dobrego humoru, typowego dla dzieł w/w firmy. Oczywiście, sporo żartów zostało zaczerpniętych z wersji kinowej, ale mimo tego miło jest je usłyszeć kolejny raz, bo ciągle są śmieszne. Do tego doszło kilka innych gagów, które dodały jeszcze smaczku całej grze.

W sumie więc wychodzi, że mamy tu do czynienia z naprawdę dobrą pozycją, która mimo osiągnięcia pełnoletności dostarcza równie dużo dobrej zabawy, co w chwili swej premiery. Jest to prawdziwa klasyka gatunku i pozycja obowiązkowa nie tylko dla wielbicieli kinowej wersji, ale dla wszystkich przygodomaniaków.


OCENA GRY: 9/10

ZALETY:

+ fabuła
+ humor
+ sporo nowości w stosunku do filmu
+ ciekawe zagadki
+ staranne wykonanie

WADY:

- walki

Obrazek
Czasem trzeba się cofnąć, aby móc pójść dalej.
Moja lista gier ukończonych
W sprawach forum i www piszcie: adam_ok(at)przygodomania.pl

Wróć do „Indiana Jones and the last crusade”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość