Broken sword: anioł śmierci - recenzja

Awatar użytkownika
Adam_OK
Moderator
Posty: 2435
Rejestracja: 24 lutego 2013, 10:28
Lokalizacja: Ząbki koło Warszawy
Podziękował(a): 33 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 31 razy
Płeć: Mężczyzna

Broken sword: anioł śmierci - recenzja

Postautor: Adam_OK » 21 kwietnia 2013, 21:38

Obrazek

Poprzednia część cyklu o Złamanym Mieczu została powszechnie uznana za najsłabszą w serii. W związku z tym panowie z Revolution Software postanowili spytać graczy co im się nie podobało w Śpiącym Smoku i poprawić to w kolejnej części. Było to dość oryginalne posunięcie, ale okazało się opłacalne, bo Anioł Śmierci jest wyraźnie lepszy od poprzednika. Czemu? Spokojnie, zaraz to wyjaśnię ;).

Najpierw jednak zacznę od fabuły, która zawsze była dobra. Wszystko zaczyna się, gdy w biurze, w którym pracuje George, pojawia się piękna nieznajoma – Anna Maria i prosi o pomoc. Niestety, nim zdąży wyjawić, o co dokładnie jej chodzi, pojawiają się zbiry i zaczyna się pościg. Ostatecznie George i Anna umkną oprychom, a potem nasz „Żorżi” dowie się, że sprawa dotyczy pewnego średniowiecznego manuskryptu, który jest mapą prowadzącą do skarbu. Jednak jego odnalezienie nie będzie naszym głównym zadaniem, gdyż cała sprawa się później mocno skomplikuje. Jak widać, nie jest to sztampowa historia, ale taka, która ma sporo zwrotów akcji i np. osoba, która jest w jednym momencie przyjacielem, w drugim staje się wrogiem. Opowieść ta zaprowadzi naszych bohaterów od Nowego Jorku przez twierdzę Topkapi w Stambule i bazę wojskową w Phoenix aż do Watykanu i jego podziemi. Szkoda tylko, że gra jest taka krótka, gdyż na jej ukończenie potrzebowałem niecałych 15 godzin, czyli ponad dwa razy mniej niż na skończenie części wcześniejszej.

W historii tej sporą rolę odegrają nie tylko George i Anna Maria, ale również Nico – dla mnie jeden z symboli serii. I w tym momencie widzimy pierwszy pozytywny aspekt pytania graczy o zdanie – początkowo Nico (jeśli w ogóle) miała grać jedynie epizodyczną rolę, ale to się nie spodobało i w efekcie jest co najmniej tak samo ważna, jak Anna Maria. Uważam to za duży plus, gdyż dzięki temu gra ma klimat poprzednich części i równie miło spędza się przy niej czas.

Obrazek

Postać Nico to nie jedyny element łączący Anioła Śmierci ze wcześniejszymi częściami, a jako przykład podam epizod nawiązujący do Eamona O’Mara – młodego dziennikarza z miasteczka Glastonbury, który pojawił się w części trzeciej, czy spotkanie z Duanem – jego (i jego żonę Pearl) poznaliśmy w dwóch pierwszych Brokenach. I na tym w zasadzie można by zamknąć tę listę, a szkoda. Osobiście bardzo miło wspominam różne „smaczki”, którymi aż kipiała część trzecia – tutaj jest ich naprawdę niewiele. Nie ma np. Andre Lobineau (a był do tej pory w każdej części). Na siłę można by dodać do tego smaczek filmowy - poszukiwany skarb nawiązuje do Arki Przymierza, a George i Anna zachowują się nieco jak Indiana Jones i Marion i w efekcie mamy nawiązanie do filmu „Poszukiwacze zaginionej Arki”, lecz jest to trochę naciągane. Trochę szkoda, bo te „smaczki” dodają każdej grze uroku, ale z drugiej strony ich mała ilość jest uzasadniona fabularnie, więc w sumie dam za to małego plusa ;)

Kolejny należy się za humor – George i Nico są w dalszym ciągu w doskonałej formie i sypią dowcipami jak z rękawa. Do najśmieszniejszych momentów osobiście zaliczam sytuację w fabryce opłatków w Watykanie, gdy mister Stobbart, podając się za inspektora sanitarnego, dyskutował z zakonnicą. Równie śmiesznie jest w momencie, gdy nasz pan „two ‘b’, two ‘t’ ” znajdzie się w kłopotliwej sytuacji, myśląc, że Anna Maria jest siostrą zakonną, podczas gdy nieco wcześniej spędzili ze sobą noc pełną wrażeń ;) To jest jedynie mały wycinek tego, co mamy w całej grze, więc wszyscy miłośnicy śmiesznych gier będą nowym Brokenem zachwyceni.

Narzekać nie mogą też ci, którzy lubią puzzle różnego kalibru. Tu mamy ich całe zatrzęsienie – od ciekawego sposobu hackowania komputerów w kilku wersjach, poprzez zagadki w bazie w Phoenix, aż do tych w podziemiach Topkapi i Watykanu. Oprócz tego, że zagadek jest sporo, to są one ciekawe, mają niezły, choć niezbyt wysoki poziom trudności, to jeszcze nie ma tu uciążliwości części trzeciej. Były ich dwie – ta mniejsza (dla mnie) polegała na częstym przesuwaniu skrzyń, które w Aniele Śmierci zostało praktycznie całkowicie wyeliminowane (ten element spotykamy, tak na oko, ze trzy razy w całej grze). Drugą, znacznie bardziej uprzykrzającą życie niedogodnością była bardzo duża ilość czasówek i elementów zręcznościowych. Tutaj, jak we wszystkich poprzednich dziełach Revolution Software, one również występują, ale tym razem w sensowniejszej liczbie (czyli porównywalnej do dwóch pierwszych epizodów). Dodatkowo, poza jednym przypadkiem, są one dość proste i szybko można je przejść. W efekcie zagadki to kolejny element gry, który oceniam pozytywnie.

Obrazek

Niestety, opisywana tu gra ideałem nie jest, więc ma swoje wady. Pierwsza z nich dotyczy grafiki. Nie oznacza to, że jest ona zła, ale to, że są w niej pewne niedoróbki. Mówię tu np. o sytuacjach, w których George, stojąc na schodach, miał stopy wewnątrz schodka, na którym stał. Poza tym zdarzało się, że przechodził przez niektóre postacie jak przez powietrze. Oba te przypadki świadczą o kiepskim modelu kolizji obiektów, ale to jest jedyna usterka w oprawie wizualnej. Generalnie jest bowiem naprawdę nieźle i choć poziom Tunguski czy Keepsake to nie jest, to i tak wszystkie tła, przedmioty i postacie wyglądają ładnie, kolorowo i miło dla oka. Zresztą, spójrzcie na screeny – one nie kłamią ;)

Druga wada dotyczy oprawy dźwiękowej i muzycznej, ze szczególnym naciskiem na tę ostatnią. Jest tak, bo muzyczki w nowym Broken Swordzie jak na lekarstwo. Nieco lepiej jest z dźwiękiem i jego ilością, ale sam dźwięk sytuacji nie uratuje. Szkoda, bo bez muzyki gra jest nieco uboższa.

Najlepiej z kwestii technicznych wypadł interfejs, który przeżył lifting w porównaniu do Śpiącego Smoka (oczywiście dzięki opiniom graczy). Przede wszystkim powrócono do point&click, praktycznie całkowicie rezygnując ze sterowania klawiaturą. Dzięki temu jest on dużo prostszy w obsłudze i dużo wygodniejszy. Niemniej, za pomocą klawiatury też można się poruszać i według mnie jest to dobry sposób na przemieszczanie się, gdy czas nas goni. Generalnie dzięki temu gracz ma wybór i może sam zdecydować, co mu bardziej odpowiada, więc w sumie wychodzi na plus ;)

Na tym mógłbym zakończyć recenzję, ale tego nie zrobię. Otóż chciałem poruszyć jeszcze jedną kwestię – bugi w grze. Podobno wersje zachodnioeuropejskie są strasznie zarobaczone i bez patchów grać się nie da. Ja tego nie uświadczyłem i przez cały czas wszystko było w porządku. Problem jednak ma spory zasięg, więc jeśli ktoś się z nim zetknął, niech odejmie od mojej oceny 1 punkt. Ta jest ogólnie wysoka, gdyż wyeliminowano największe błędy poprzednika i w efekcie, mimo iż gra jest krótsza, to jest lepsza niż część trzecia. To z kolei musi mieć przełożenie na ocenę, którą wystawiam z przyjemnością, bo mam sentyment do tej gry ;) Z sentymentem będę też czekał na kolejne przygody George’a i Nico i mam nadzieję, że się doczekam.

OCENA GRY: 9/10
ZALETY:
+ fabuła
+ zagadki
+ wyeliminowano błędy części trzeciej
+ niezła grafika
+ Nico!
+ humor
+ ulepszony interfejs
WADY:
- kiepski model kolizji obiektów
- mało muzyki
- za krótka

Obrazek
Czasem trzeba się cofnąć, aby móc pójść dalej.
Moja lista gier ukończonych
W sprawach forum i www piszcie: adam_ok(at)przygodomania.pl

Wróć do „Broken sword: anioł śmierci”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość