Broken sword: the sleeping dragon - recenzja

Awatar użytkownika
Adam_OK
Moderator
Posty: 2451
Rejestracja: 24 lutego 2013, 10:28
Lokalizacja: Ząbki koło Warszawy
Podziękował(a): 37 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 31 razy
Płeć: Mężczyzna

Broken sword: the sleeping dragon - recenzja

Postautor: Adam_OK » 21 kwietnia 2013, 21:32

Obrazek

Zmiany w otaczającym nas świecie zachodzą ciągle, zmieniają się dni, pory roku czy rządy państw. Większość z nich jest konieczna, gdyż nie od dziś wiadomo, że ten kto stoi w miejscu, ten się cofa. Podobnie jest z grami komputerowymi, one też przechodzą metamorfozy. Dobrym przykładem potwierdzającym tę tezę jest gra Broken Sword 3 – The Sleeping Dragon, kontynuacja przygód George’a Stobbarta i Nicole Collard. W porównaniu z poprzednimi częściami zmieniło się praktycznie wszystko. Pozostaje tylko pytanie, czy te zmiany wyszły gierce na dobre, czy nie. Odpowiedź na to pytanie znajdziecie w tym tekście ;)

Gdy zaczynamy grę, nasi bohaterowie są dość daleko od siebie – George leci ze swym przyjacielem Harrym nad kongijską dżunglą, a Nico w Paryżu przygotowuje się do przeprowadzenia wywiadu z niejakim Vernonem, hakerem który chciał się z nią podzielić swymi odkryciami. Pozornie te dwa wydarzenia nie mają ze sobą i z niecodziennymi zjawiskami atmosferycznymi, które niedawno zaczęły nękać świat, nic wspólnego. To jednak tylko pozory, a wszystko zacznie się powoli układać w logiczną całość. Wpierw jednak sprawy się skomplikują, gdy samolot George’a i Harry’ego zaliczy twarde lądowanie, a Vernon zostanie zastrzelony przez ... Nico ;) Chwilę później przejmujemy kontrolę nad George'em i próbujemy się wydostać z wraku samolotu i uratować przyjaciela. Początkowo śledztwo naszych bohaterów będzie prowadzone dwutorowo, ale wkrótce nasi starzy znajomi się spotkają i będą dalej razem wyjaśniać tajemnicę, na trop której wpadli. Tajemnica ta sprawi, że ożyją wspomnienia ich pierwszej wspólnej przygody, bo nasza parka musi stawić czoła organizacji wyrosłej na gruzach (i to dosłownie ;) ) neotemplariuszy, z którymi wtedy walczyli. Bohaterowie spotkają dawnych wrogów, choć jeden z nich teraz zostanie ich sprzymierzeńcem. Wspólnymi siłami będą musieli ocalić świat przed Susarro, jego specjalistką od brudnej roboty Petrą i... Nie, nie powiem kim jeszcze, to niespodzianka ;) Tak wygląda fabuła gry, która zawiedzie nas nie tylko do wspomnianej wcześniej kongijskiej dżungli i miejskiej dżungli Paryża, ale również do praskiego zamku Susarro, Egiptu i angielskiego miasteczka Glastonbury. Bohaterowie przeżyją tam wiele przygód, niejednokrotnie narażając własne życie. A czy uratują świat, to zależy już tylko od graczy ;)

A gracze będą się musieli nieco wysilić i wykazać nie tylko bystrym umysłem, ale również kocią zręcznością nim osiągną cel. A wszystko przez to, że twórcy postanowili zrobić z gry action-adventure i w efekcie mamy sporo zręcznościówek i skradanek, co mi się niespecjalnie podoba ;) Na szczęście jest też trochę zagadek logicznych, jak choćby inna wersja zagadki o kozie, wilku i kapuście ;) Do tego dochodzą też przesuwanki, w których nasi bohaterowie muszą przemieszczać różne skrzynie i bloki skalne. I choć spotkałem się z opiniami, że te przesuwanki są głupie, to mnie one przypadły do gustu, bo trzeba tu ruszyć głową, a przesuwanie „na pałę” do niczego nie prowadzi. Owszem, nie wymaga to wielkiego wysiłku umysłowego, ale nie można też całkowicie wyłączyć myślenia ;) Natomiast skradanki są strasznie denerwujące i choć po nieudanej próbie gra automatycznie cofa nas do jej początku, dając kolejną szansę, to i tak z każdą kolejną porażką frustracja we mnie narastała. Co prawda niektóre z nich dało się wykonać za góra 5 podejściem, ale były też takie, do których podchodziłem kilkanaście razy. Najgorsze w nich jest to, że kilka z nich jest dwu i więcej etapowych i nie można się zapisać po pokonaniu poszczególnych etapów, w efekcie jak nie przejdziesz całej sekwencji za jednym zamachem, musisz próbować ponownie ;) A jakby tego było mało, to etap w zamku można nazwać jedną wielką skradanką, gdyż skradania, zwłaszcza na początku, jest tu bardzo dużo. Podsumowując, można powiedzieć, że czasówek jest w tej grze kilka razy więcej niż w obu poprzednich częściach razem wziętych ;) To sprawia, że za zagadki gra dostaje minusa, bo te zmiany mi się nie spodobały ;)


Obrazek

Bardzo wyraźne zmiany zaszły w warstwie technicznej gry, bowiem po raz pierwszy w serii Broken Sword mamy trójwymiarową grafikę. I muszę przyznać, że mi się ta zmiana spodobała, bo całość wygląda naprawdę ładnie ;) Najwięcej zyskali główni bohaterowie, ale i inne postacie również dobrze się prezentują. Zastrzeżeń też nie mam co do sposobu ich poruszania się, bo jest on naturalny, a nie „a’la Rasiak” (czyli drewniany ;) ) Ładnie wyglądają też tła i obiekty, które można podziwiać podczas gry, ale jak dla mnie największą zaletą grafiki są filmiki, które są nagrodą za postępy w grze. To wszystko razem sprawia, że jest to najładniejsza część serii ;)

Jeszcze lepsza od grafiki jest oprawa audio ;) Mówię tu głównie o muzyce, która dynamicznie dostosowuje się do wydarzeń na ekranie i np. podczas czasówek jest żywa, dynamiczna, budująca napięcie, a podczas momentów spokojniejszych jest wolna, cicha i trochę usypiająca. Nie mam też nic do zarzucenia dźwiękom, bo nie spotkałem się z odgłosami, które jakoś źle mi „rzuciły się na uszy” ;) Dzięki temu grało mi się naprawdę przyjemnie.
Największe zmiany zaszły w interfejsie. Otóż nie jest to już point&click, ale gra TPP, czyli taka, w której naszą postać obserwujemy zza jej pleców, a polecenia wydajemy z klawiatury. Ortodoksyjnym graczom to będzie przeszkadzać, ale według mnie nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, bo sterowanie jest na tyle proste, że można opanować je w 5 minut ;) Jedyne momenty, w których mnie to sterowanie nieco denerwowało, to zręczościówki, bo zwykle kilka pierwszych prób musiałem poświęcić na to, aby zorientować się, jaki klawisz należy wcisnąć. Ogólnie rzecz biorąc nie było to jakoś bardzo uciążliwe, choć nieco odbierało radości z gry. Pomimo tego interfejs gry zaliczam do pozytywów.


Obrazek

Część trzecia serii, to pierwszy Broken Sword, w którego grałem w polskiej wersji językowej (choć jak ktoś woli, to może grać po angielsku, bo gra zostaje spolszczona dopiero po zainstalowaniu odpowiedniej łatki, a do zrobienia tego nikt gracza nie zmusza ;) ). Jest to wersja kinowa, a więc jedynie napisy są po polsku, a głosy są angielskie. Co do jakości tych tekstów, to ani od strony gramatyczno–ortograficznej ani od stylistycznej nie mam nic do zarzucenia, bo błędów nie spotkałem. Czcionka jest też dobrze dobrana, jest wyraźna, czytelna i wystarczająco duża ;) Jedyne, co rzuciło mi się w oczy (a raczej w uszy ;) ), to fakt, że czasem podczas dłuższych dialogów niektóre kwestie pojawiają się jedynie w formie pisanej, a dźwięk gdzieś niknie ;) Na szczęście tylko na chwilkę, bo następna kwestia jest już w obu wariantach. Trochę to zastanawiające, zwłaszcza że nie wiadomo, czyja to wina – twórców gry, czy polonizatorów. Fakt faktem, że ma to miejsce, choć nie utrudnia to jakoś specjalnie życia.

Wyjątkowo polonizacja nie będzie tym razem ostatnim elementem recenzji, bo chcę wspomnieć jeszcze o kilku „smaczkach” ;) Tak na dobrą sprawę, to jest ich więcej niż kilka ;), a mowa oczywiście o nawiązaniach do poprzednich części serii. Wspomniałem już, że fabuła nawiązuje do pierwszej gry o przygodach George’a i Nico oraz że spotkamy kilku znajomych z tamtej gry, jak choćby parę z Hotelu Ubu – Bruno Ostvalda i Flapa oraz siostrzenicę Lady Piermont. Do tego dojdą takie szczegóły jak plakat w mieszkaniu hakera przedstawiający okładkę pierwszej gry czy nos klauna i figurkę Tezcatlipoki w mieszkaniu Nico (notabene samo mieszkanie też bardzo przypomina to, co widzieliśmy w części pierwszej, przynajmniej do pewnego momentu ;) ) Podobnie jak poprzednio, tak i tym razem spotkamy Andre Lobineau (jedyna postać oprócz głównej pary występująca we wszystkich częściach gry) oraz odwiedzimy znajome kanały koło kawiarenki na Montfaucon. Zapewniam, że to nie wszystko, a odkrycie tego samodzielnie daje dużą radochę ;)

A propos radochy – tę zwiększa tradycyjnie obecny w serii humor. Jak zwykle uśmiech u graczy wywołają komentarze George’a i jego teksty. Wystarczy wspomnieć np. jego rozmowę z Nico przed wejściem do zamku w Pradze. Pada tam pytanie, czy ona i Andre robili „te” rzeczy, a na pytanie Nico – „Jakie rzeczy?” George odpowiada, że koedukacyjne ;) Takich kwiatków jest w grze znacznie więcej i towarzyszą nam one przez całą grę aż do outra włącznie. Znacznie umila to grę i sprawia, że ciężko się oderwać od monitora.

Podsumowując. otrzymaliśmy naprawdę udaną grę, choć nie jest ona tak dobra jak części poprzednie, głównie przez nadmiar czasówek. Pomimo tego warto zagrać w „Śpiącego Smoka”, a czas spędzony przy nim nie będzie czasem straconym ;)


PODSUMOWANIE:
OCENA GRY: 8,5/10
ZALETY:
+ fabuła
+ humor
+ grafika
+ muzyka
+ zagadki logiczne
+ „smaczki”
+ polonizacja
+ niezły interfejs
WADY:
- za dużo czasówek!
- niedoróbki dźwiękowe

Obrazek
Czasem trzeba się cofnąć, aby móc pójść dalej.
Moja lista gier ukończonych
W sprawach forum i www piszcie: adam_ok(at)przygodomania.pl

Wróć do „Broken sword: the sleeping dragon”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość