Agon: tajemniczy kodeks - recenzja

Awatar użytkownika
Adam_OK
Moderator
Posty: 2435
Rejestracja: 24 lutego 2013, 10:28
Lokalizacja: Ząbki koło Warszawy
Podziękował(a): 32 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 31 razy
Płeć: Mężczyzna

Agon: tajemniczy kodeks - recenzja

Postautor: Adam_OK » 24 marca 2013, 21:30

Obrazek
Moda na gry w częściach ciągle panuje i ma się całkiem dobrze. Doskonałym przykładem na poparcie tej tezy jest gra Sam i Max, która doczekała się już dwóch pełnych sezonów. Inne gry, np. Dreamfall Chapters są jeszcze w fazie produkcji, a jeszcze inne już (częściowo) ujrzały światło dzienne. Do tych ostatnich zaliczyć można Agona, którego trzy pierwsze rozdziały zostały zebrane w jedną całość i opatrzone tytułem „The Mysterious Codex”. Niedawno trafiły one do Polski i można je kupić za śmiesznie niską cenę. Czy oprócz tego ta gra ma też inne zalety? W tym tekście postaram się dać odpowiedź na to pytanie.

Głównym bohaterem jest niejaki Samuel Hunt, profesor pracujący w Muzeum Brytyjskim. Akcja Agona rozpoczyna się jesienią 1903 roku w Londynie, gdy nasza postać na swoim biurku znajduje list z jedną stroną tajemniczego kodeksu. Wkrótce okazuje się, że kodeks ten powiązany jest z jednym z eksponatów niedawno dostarczonych do muzeum. Eksponat ten zawiera też wskazówkę, gdzie należy szukać kolejnych stron. W ich poszukiwaniu nasz profesorek wyruszy w epizodach drugim i trzecim - odpowiednio do Laponii i na Madagaskar. Czy uda mu się je odnaleźć - to zależy od gracza. Tym razem te słowa mają głębszy sens, gdyż można udać się w tropiki bez strony z mroźnej Finlandii. Z drugiej strony, biorąc pod uwagę odkrycie przyjaciela naszej postaci – Thomasa Smythe’a – o którym dowiadujemy się na końcu ostatniego epizodu, ta strona aż tak bardzo potrzebna nie będzie. Jakie to odkrycie – tego nie zdradzę, aby nikomu nie psuć zabawy. A ta jest całkiem przyjemna, choćby z tego względu, że fabuła jest dosyć ciekawa, choć trudno powiedzieć, żeby akcja gry była wartka i dynamiczna. Tym, co przyciąga, jest tajemniczość i chęć zdobycia kolejnej części kodeksu. Jest jednak pewna niespójność dotycząca połączenia epizodu drugiego i trzeciego. Polega ona na tym, że nie wiadomo dokładnie, dlaczego profesor z Laponii udaje się na Madagaskar, a nie do Chin, Egiptu czy Meksyku. Można się domyślać, że odbyło się to na podobnej zasadzie, na jakiej Samuel Hunt wyruszył z Londynu do krainy świętego Mikołaja. No właśnie – domyślać, nic więcej. Nigdzie nie jest to do końca wyjaśnione, choć okazja do tego była – pomiędzy poszczególnymi rozdziałami można poczytać listy z podróży, które Samuel pisał do żony i Thomasa oraz odpowiedzi przyjaciela kierowane do niego. A wystarczyłoby jedno zdanie w stylu „W Laponii odnalazłem kolejny element naszej układanki, z którego wynika, że muszę udać się na Madagaskar.” Czy to aż tak wiele? Na pewno nie, a dużo bardziej spójnie wyglądałaby cała historia. Mimo tej wpadki, uważam ją za udaną. Oczywiście jak na produkcję „rozdziałową” jest stosunkowo krótka (szczególnie część rozgrywająca się w Londynie), ale każdy kolejny etap jest nieco dłuższy od poprzedniego. W sumie więc „Tajemniczy Kodeks” zapewnić może do 10 godzin rozrywki.
Obrazek

Podczas swoich podróży profesor będzie musiał rozwiązać wiele zagadek. Ich liczba jest stosunkowo duża jak na długość gry. Najfajniejsze są gry planszowe, które spotkamy na końcu rozdziałów numer dwa i trzy, choć inne łamigłówki, np. przestawianie totemów tuż koło grobu pewnego pirata, też są ciekawe. Mam jednak pewne zastrzeżenie odnośnie do wspomnianych gier. Są one bardzo nietypowe i (według mnie) zdecydowana większość graczy zetknie się z nimi po raz pierwszy w życiu dopiero podczas zabawy z Agonem. A jak wiadomo, aby osiągnąć cel (i złamać rodzinną klątwę pierwotnego posiadacza każdej z gier), należy odnieść zwycięstwo. W związku z tym przydałoby się trochę potrenować, zagrać „w otwarte karty”, poznać tajniki rozgrywki. Niestety, nic takiego nie jest przewidziane przez twórców. Tak więc po zapoznaniu się z zasadami przystępujemy od razu do gry o wszystko. Oczywiście jeśli przegramy, to nic złego się nie dzieje, można wręcz powiedzieć, że kilka początkowych partii zastępuje wspomniany trening. Dla mnie to jednak nie to samo, osobiście preferowałbym rozegrać kilka rund z przeciwnikiem, w których on tłumaczyłby mi, jakie mam możliwości ruchu, która z opcji jest najlepsza i dlaczego. Szkoda, że tak nie jest, ale jeśli ktoś uzna, że kiepsko mu idzie, to w menu gry może zmienić sobie poziom trudności na niższy. To dosyć skuteczne rozwiązanie, gdyż na najniższym stopniu odniesienie zwycięstwa jest stosunkowo proste i nie wymaga wielu prób.

Jeśli chodzi o grafikę, to widać, że gra swą światową premierę miała już jakiś czas temu. Fakt ten objawia się we wrażeniu, że tekstury są nieco rozmyte i lekko niewyraźne. Wygląda to trochę jak kobieta, która zrobiła sobie makijaż, ale nieco on się jej rozmazał. Mimo tego oprawa wizualna wygląda przyzwoicie, szczególnie dobrze wyglądają filmiki, ale nie tylko. Mnie osobiście spodobał się zachód słońca nad Madagaskarem, a zwłaszcza to, jak oddano niebo. Widząc je, zdawało mi się, że naprawdę stoję tam, na plaży, i patrzę, jak dzień się kończy. W sumie można powiedzieć, że częściowo spełniły się informacje podane na opakowaniu gry, gdyż grafika nie jest „sprzętożerna”.

W znacznie większym stopniu spełniły się słowa dotyczące muzyki. Twórcy podają, że podczas zabawy usłyszymy około trzydziestu utworów muzycznych. Ja ich nie liczyłem, ale faktycznie jest ich dużo, więc można przyjąć, że faktycznie tyle ich jest. Ilość to jednak nie wszystko, najważniejsza jest jakość. Z tą też jest dobrze, bo muzyka sprawiała nieraz, że na chwilę odrywałem się od rozgrywki i wsłuchiwałem się w nią. Co do dźwięków, to było tak jak zwykle – czyli poprawnie. W pewnym momencie było to szczególnie ważne, gdyż to właśnie odgłosy były kluczem do sukcesu. Na szczęście nie trzeba było mieć słuchu muzycznego, aby ten sukces osiągnąć, co świadczy o tym, że fachowcy od dźwięku dobrze wykonali swą pracę.
Obrazek

Niestety nie można tego powiedzieć o polonizatorach. Zaskakuje to tym bardziej, że lokalizacja miała być (jest?) kinowa, a więc „na tapetę” poszły jedynie napisy. I jaki jest efekt? Chociażby taki, że w prawym górnym rogu ekranu mamy przyciski oznaczone napisami angielskimi zamiast polskimi, a nazwy niektórych przedmiotów przetłumaczono bezsensownie. Dla przykładu podam, że coś, co wygląda jak totem, nazwano grobem. To jednak nie wszystko. Otóż mamy w grze kilka zagadek tekstowych, np. z odszyfrowaniem tekstu napisanego alfabetem Morse’a. I fajnie, bo te łamigłówki są ciekawe, tylko czemu tekst po odczytaniu jest w „lengłydżu”, a nie w naszym swojskim języku? Czy sprawiało to aż tak wielkie trudności techniczne (w końcu wiązało się to z istotną zmianą kodu gry), czy też polski wydawca nie mógł tego zrobić, bo producent się na to nie zgodził? Jeśli prawdziwa jest wersja druga, to mogę to wybaczyć, ale jeśli nie, to nie najlepiej świadczy to o dystrybutorze gry w naszym kraju.

Ogólnie Agon to produkt posiadający kilka wad, ale ma on też jedną, bardzo istotną zaletę – niską cenę. Oprócz tego do pozytywów można zaliczyć niezłą fabułę i bardzo udane zagadki oraz udaną oprawę audio. Jak dla mnie zalety te są wystarczające do tego, aby nie żałować zainwestowanych w tę pozycję pieniędzy. Wam też radzę – w tym przedziale cenowym ciężko znaleźć coś lepszego, więc kupujcie śmiało Agona.

OCENA GRY: 7/10

ZALETY:

+ niezła fabuła
+ bardzo udane zagadki
+ poprawna oprawa graficzna
+ ciekawa muzyka
+ niska cena

WADY:

- trochę krótka
- kiepska polonizacja
- brak treningu w grach planszowych
Czasem trzeba się cofnąć, aby móc pójść dalej.
Moja lista gier ukończonych
W sprawach forum i www piszcie: adam_ok(at)przygodomania.pl

Wróć do „Agon: the mysterious codex”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość