I (nie) żyli długo i szczęśliwie, czyli o śmierci głównych bohaterów gier przygodowych słów kilka

Awatar użytkownika
Adam_OK
Moderator
Posty: 2566
Rejestracja: 24 lutego 2013, 10:28
Lokalizacja: Ząbki koło Warszawy
Podziękował(a): 44 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 33 razy
Płeć: Mężczyzna

I (nie) żyli długo i szczęśliwie, czyli o śmierci głównych bohaterów gier przygodowych słów kilka

Postautor: Adam_OK » 27 stycznia 2017, 12:33

I (NIE) ŻYLI DŁUGO I SZCZĘŚLIWIE, CZYLI O ŚMIERCI GŁÓWNYCH BOHATERÓW GIER PRZYGODOWYCH SŁÓW KILKA

(UWAGA! Tekst zawiera spoilery z gier Black Mirror, Goodbye Deponia, Deponia Doomsday i Blackwell Epiphany – nie grałeś, lepiej nie czytaj!)

Liczne dzieła popkultury przyzwyczaiły nas do tego, ze główny bohater (ten pozytywny) jest praktycznie nieśmiertelny. Niezależnie od tego, co by się nie działo i jakie niebezpieczeństwo by mu (jej) nie groziło, to i tak ta postać z tej opresji wychodzi cało (zdrowo nie zawsze, ale nawet jeśli jest ranna, to nie jest to rana zagrażająca życiu). Owszem, zdarzają się wyjątki, a wśród tych, które zapadły mi w pamięć są m.in. „Titanic” (ten Camerona), „Gladiator” czy rodzimy serial „Janosik”. Są to wyjątki potwierdzające regułę, ale i takowe wyjątki zdarzają się w świecie, który tak bardzo lubimy – w grach przygodowych. O kilku z nich zaraz opowiem.

Obrazek


Pierwszym, o jakim chciałem wspomnieć jest postać Samuela Gordona z gry „Black Mirror”. Co prawda, trudno nazwać go pozytywnym bohaterem, gdyż dopuścił się on kilku brutalnych morderstw, a wśród jego ofiar był chłopiec. Dowiadujemy się jednak tego tuż pod sam koniec rozgrywki, wcześniej można się jedynie tego domyślać. Można więc przyjąć, że dla przeciętnego gracza pierwszy raz przechodzącego ten tytuł przez większość czasu Samuel jest postacią dobrą, postacią usiłującą m.in. rozwiązać zagadkę seryjnych zabójstw. Prędzej czy później prawda wychodzi na jaw – to nasze alter ego jest odpowiedzialne za te zbrodnie. Co prawda dokonując ich nie jest on tego w pełni świadomy i swoją rolę odgrywa w tym również klątwa rodu Gordonów, ale z punktu widzenia prawa, to właśnie Samuel ich dokonał i to on jest winny. Na szczęście ostatni (a może i nie ostatni – kto grał w kontynuacje tego tytułu, ten zna odpowiedź na to pytanie ;) ) męski potomek wspomnianej dynastii zachował w sobie resztki honoru. Gdy uświadomił sobie, że to wszystko zło jest jego winą postanowił popełnić samobójstwo. Jak pomyślał, tak zrobił, co widać w filmiku kończącym grę – nasz bohater rzuca się z wieży zamku prosto na metalowe ogrodzenie z metalowych prętów ostro zakończonych u góry. Gdy to pierwszy raz zobaczyłem to trochę zrobiło mi się go szkoda. Przecież sam, z własnej nieprzymuszonej woli nie dokonywał tych strasznych mordów. Nie był on całkiem przesiąknięty tym złem, które go pchało do tych czynów. Może to, co teraz napiszę będzie na wyrost, ale przypominał on nieco Bruce’a Bannera – tyle, że jego druga osobowość nie ograniczała się jedynie do „niszczenia i miażdżenia” jak Hulk, ale masakrowała ludzi. Dlatego też śmierci Gordona nie odbieram negatywnie, gdyż dzięki niej życie mieszkańców tytułowego zamku i pobliskiej wioski mogło wrócić do normy. Tak jak śmierć osoby, która ciężko chorowała przez kilka ostatnich lat swego życia jest wybawieniem dla niej i dla jej najbliższej rodziny, tak samobójcza śmierć Samuela była wybawieniem dla wielu innych osób.

Obrazek


Na pierwszy rzut oka przypadek Rufusa z serii gier o Deponii jest zupełnie inny. Jego motywacją jest chęć wyrwania się z planety pełnej śmieci na Elizjum, gdzie zamierza prowadzić błogie i beztroskie życie. Motywacja ta zwiększa się, gdy trafia na Goal – piękną Elizjankę, w której się zakochuje. Niestety, realizacja tych planów okazuje się znacznie trudniejsza do realizacji, niż to sobie Rufus wyobrażał. Niezrażony licznymi trudnościami stara się swój cel osiągnąć, a przy okazji wplątując się w niezłą aferę. Nie będę streszczał tu całego cyklu, powiem tylko, że w jego trakcie nasz bohater przechodzi pozytywną zmianę (może nie całkowitą, ale zawsze) z totalnego egoisty i dupka do kogoś, kogo da się lubić. Z czasem wykazuje coraz więcej cech, o które na początku pierwszej gry z serii nikt by go o to nie podejrzewał. W wyniku tej przemiany Rufus decyduje się poświęcić siebie i swoje życie aby uratować innych ludzi (przede wszystkim swoją ukochaną, ale nie tylko). Rzuca się więc w otchłań kosmosu i... Tak właśnie zakończyła się część trzecia, czyli „Goodbye Deponia”, część, która pierwotnie miała być tą ostatnią. Z tego względu widząc to outro byłem totalnie wkurzony. No bo jak to?! Rufus zginął?! Ale dlaczego?! Kto wpadł na takie durne zwieńczenie serii?! Takie pytania siedziały w mojej głowie przez kilka(naście) dni po tym, jak pierwszy raz ukończyłem tę grę. Nie dawało mi to spokoju i byłem zwyczajnie zły na panów z Daedalica za takie schrzanienie sprawy Deponii. Z czasem emocje opadły i oswoiłem się nieco z myślą, że jeden z ciekawszych cykli przygodówek ma zakończenie, które (według mnie) można było o kant tyłka potłuc. I gdy Deponia zaczęła w mojej pamięci odchodzić w niepamięć nagle dowiedziałem się, że będzie część czwarta – Deponia Doomsday”. Ucieszyłem się, bo to oznaczało, że Rufus jednak nie zginął, że powróci, że dostanie kolejną szansę na zrealizowanie swych marzeń. Gdy tylko ta gra zagościła na moim dysku, to rzuciłem się na nią jak sęp na padlinę chcąc dowiedzieć się, jak wytłumaczono „zmartwychwstanie” głównego bohatera oraz jak potoczą się dalsze losy jego oraz Goal. Ta gra pochłonęła mnie bez reszty. Po dość długim czasie czułem, że wszystko zaraz się zakończy i będę znać wszystkie odpowiedzi. Gdy je poznałem znów poczułem się co najmniej rozczarowany. Jak to, Rufus „znowu” zginął? To po co była ta gra? Przecież powstała ona po to, by jednak go nie uśmiercać? (a przynajmniej tak mi się wydawało tuż po tym, jak pierwszy raz o niej usłyszałem). Wkrótce po przejściu tej gry byłem strasznie zły (ponownie) na twórców z Daedalica, tym razem za to, że z jednej strony dali nadzieję fanom na lepsze zakończenie przygód Rufusa, a z drugiej ponownie go uśmiercili, jakby chcieli w ten sposób powiedzieć graczom „Nie podobało Wam się zakończenie poprzedniej odsłony i śmierć głównego bohatera? To macie na odczepnego kolejną grę, ale my i tak go zabijemy, bo to my decydujemy o tym, co się dzieje z postaciami, które tworzymy, a nie Wy.” Tutaj jednak emocje szybciej opadły, raz dzięki temu, że była to naprawdę długa i świetna gra, przy której naprawdę miło spędziłem czas, z dwa, że gdzieś tam tli się w mojej głowie promyk nadziei, że może kiedyś powstanie piąta gra o Deponii, że Rufus znów powróci i że tym razem wszystko skończy się dobrze, bo i on i Goal na to zasługują. Wiem, że realnie rzecz biorąc szanse na to są praktycznie zerowe, ale podobnie można było myśleć tuż po premierze części trzeciej. Skoro więc nie okazała się ona ostatnią odsłoną cyklu, to może i „Doomsday” też kiedyś doczeka się sequela?

Obrazek


Takiego promyka nadziei nie mam po ukończeniu sagi Blackwell. Może i te gry są stosunkowo krótkie (zwłaszcza pierwsze cztery), może proste, może niektórych odrzucą od siebie pikselową grafiką, ale fabularnie są one genialne. Ostatnia z nich o podtytule „Epiphany” jest genialna, a w swojej recenzji dałem jej ocenę bliską ideałowi. Trochę narzekałem w niej na zakończenie, bo nie takiego finału oczekiwałem. Trudno mi bowiem było spodziewać się, że Rosa, bohaterka, z którą się zżyłem, którą polubiłem i z którą mi się miło spędzało czas – umrze. Co prawda zrobiła to ze szlachetnych pobudek, a dzięki jej postawie wiele utrapionych dusz znalazło przejście na drugą stronę. Również dzięki jej poświęceniu jej najlepszy (może jedyny?) przyjaciel – Joey dostał nowe życie (dosłownie), a tym samym nową szansę na załatwienie i zakończenie swoich wszystkich spraw. To wszystko jest fajne, tylko dlaczego musiało się to stać kosztem Rosy i jej życia? Czy nie dało się tego jakoś pogodzić? Gdy zobaczyłem zakończenie tej gry byłem naprawdę w ciężkim szoku, czułem się wręcz jak bokser po ciężkim nokaucie. Długo nad nim rozmyślałem i w końcu, jak to opisałem w recenzji, dostrzegłem w nim morał o potędze prawdziwej przyjaźni, która jest większa niż śmierć. Dzięki temu filmik kończący sagę Blackwell zaczął nabierać pozytywnych barw i im więcej o nim myślałem, tym więcej ich nabierał, aż w końcu uznałem, że to zakończenie lepsze być nie mogło! Jeśli bowiem Rosa wszystkich (łącznie z Joeyem) by uratowała i sama przeżyła, to byłoby to zakończenie, jakich wiele już widziałem, niczym nie wyróżniające się z tłumu. A tak, dostałem coś wartego przemyśleń, coś wartego obejrzenia więcej niż raz i coś pełnego kontrastu, bo jest jednocześnie i smutne, ale i dające nadzieję. A do tego scena, w której Joey rozrzuca prochy Rosy na moście Brooklyńskim idealnie spina całą serię (dla przypomnienia – na początku pierwszej części to Rosa na tym samym moście rozrzuca prochy swej ciotki Lauren). Napisałem nawet maila do Dave’a Gilberta, w którym podzieliłem się z nim wszystkimi tymi spostrzeżeniami o finale i choć on mi nie odpisał (nie będę wnikał dlaczego), to i tak musiałem to zrobić, bo tak silne wrażenie na mnie zrobiło to zakończenie. Dziś, kilkanaście miesięcy później, podchodzę do niego już z większym spokojem i dystansem, ale nigdy nie zapomnę tego, co czułem te kilkanaście miesięcy temu, gdy widziałem jej po raz pierwszy.

Obrazek


Przykłady, które trafiły do tego tekstu zapewne nie wyczerpują tematu śmierci głównych bohaterów przygodówek, ale dla mnie osobiście z takiej czy innej przyczyny były ważne i godne opisania. Czy chciałbym, aby bohaterowie gier umierali częściej? Chyba nie, bo w pewnym momencie by się to przejadło i nie budziłoby takich emocji, jak teraz. Niech więc postacie żyją sobie długo i szczęśliwie i niech przeżywają wiele ciekawych przygód, a my, gracze, razem z nimi. Życzę tego i Wam, i sobie zarówno w tym roku, jak i w każdym następnym! Niech Moc (dobrych gier przygodowych) będzie z Wami!
Czasem trzeba się cofnąć, aby móc pójść dalej.
Moja lista gier ukończonych
W sprawach forum i www piszcie: adam_ok(at)przygodomania.pl

Awatar użytkownika
kassiopestka
Publicysta
Posty: 3482
Rejestracja: 04 stycznia 2012, 21:04
Ukończone gry przygodowe - link do tematu: http://www.przygodomania.pl/forum/viewt ... 4&start=60
Podziękował(a): 92 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 31 razy
Płeć: Kobieta

Re: I (nie) żyli długo i szczęśliwie, czyli o śmierci głównych bohaterów gier pzygodowych słów kilka

Postautor: kassiopestka » 27 stycznia 2017, 14:03

Pominęłam fragment o Blackwell Epiphany, bo w tę serię jeszcze nie grałam, a chciałabym (zwłaszcza, gdyby było spolszczenie) - co do Deponii też mam nadzieję, że może jednak coś tam się pojawi...
Co do gier z niefajnym zakończeniem, to jeśli nie pojawi się kontynuacja Silence, to też nie będziemy mogli być pewni
Spoiler:
podobnie jak nie byliśmy pewni statusu Zoe po pierwszym Dreamfallu. I ile trzeba było czekać!


Wróć do „Publicystyka”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość