Tales of Monkey Island - recenzja

Awatar użytkownika
Adam_OK
Moderator
Posty: 2605
Rejestracja: 24 lutego 2013, 10:28
Lokalizacja: Ząbki koło Warszawy
Podziękował(a): 54 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 33 razy
Płeć: Mężczyzna

Tales of Monkey Island - recenzja

Postautor: Adam_OK » 19 lutego 2017, 22:45

Obrazek

Kiedy tylko usłyszałem o tej grze, to bardzo się ucieszyłem na kontynuację mojego ulubionego cyklu. Smaka narobił mi jeszcze rozdział pierwszy, który swego czasu był dostępny za darmo. Później odwlekałem moment zakupu ze względu na zbyt wysoką, jak na moje ówczesne możliwości finansowe, cenę. Kiedy już ją zakupiłem i zacząłem zabawę, to w połowie drugiego odcinka przerwałem, bo dopadła mnie totalna niechęć do grania, która trwała ponad pół roku. Gdy w końcu ją przełamałem, to zacząłem żałować... Czego? Zaraz odpowiem na to pytanie.

Głównym bohaterem jest ponownie Guybrush Threepwood, którego spotykamy, gdy razem ze swą żoną Elaine próbuje znów pokrzyżować plany Le Chucka. Oczywiście, nie wszystko idzie tak, jak powinno, więc nasz Potężny PiratTM, zamiast cieszyć się błogimi chwilami ze swą ukochaną, trafia bez niej na wyspę, z której nie da się wydostać ze względu na dziwnie wiejące wiatry. W dodatku jedna jego ręka została zaczarowana voodoo i potrafi sama zdecydować, co chce zrobić. Cóż, trzeba wziąć się do roboty – wyjaśnić kwestię wspomnianych wiatrów, zdobyć statek i załogę, odnaleźć Elaine i pokonać magię voodoo, przez którą nie tylko ręka Guybrusha stała się niezależna od niego (słowo „niezależna” nabierze również dosłownego znaczenia, gdy nieco później zostanie mu odcięta), ale wszyscy piraci mieszkający na wspomnianej wyspie (i nie tylko na niej) zostali zarażeni ospą. Bułka z masłem, prawda? W końcu nie takie trudności pokonywał nasz bohater. Tym razem podczas tej przygody ponownie napotkamy starych znajomych – nie tylko wspomnianego Le Chucka, który przez większość rozgrywki występuje w kolejnej formie (po duchu, zombie, demonie i mikście wszystkich poprzednich), ale także Lady Voodoo, Murraya i Stana. Oczywiście poznamy też wiele nowych osób, a wśród nich na szczególną uwagę zasługują łowczyni piratów Morgan LeFlay oraz markiz De Singe. Ten drugi przez większość czasu będzie naszym głównym przeciwnikiem. Ta postać jest po prostu rewelacyjna, gdyż jest bardzo wiarygodna. Na początku to ona będzie sprawiać nam sporo kłopotów (np. odcinając wspomnianą rękę), ale później, pod wpływem różnych wydarzeń przejdzie przemianę i zwyczajnie było mi jej szkoda, gdy pod koniec czwartego rozdziału... , a nie powiem co się wtedy stało, nie chcę nikomu psuć zabawy. Ta jest po prostu świetna. Nie czuje się też niedosytu, bo choć każdy odcinek zajmuje jakieś 3-4 godziny, to biorąc pod uwagę, że jest ich pięć, daje to minimum 15 godzin rozrywki. To bardzo dobry wynik.

Obrazek

Podobnego określenia należy użyć odnośnie zagadek. Tutaj zarówno ich ilość, jak i jakość stały na odpowiednim poziomie. Kilka razy trzeba było odnaleźć właściwą drogę za pomocą „specjalnej” mapy. Poza tym trzeba było ustawić odpowiednio kilka bożków czy też przygotować odpowiednie „porcje żywieniowe” dla magicznej... gąbki (raz po to, by ona urosła, a potem – by się skurczyła). Wisienką na torcie jest jednak pojedynek na... miny. Nie, nie chodzi o takie miny, co wybuchają, ale o odpowiedni wyraz twarzy. Jak dla mnie było to zadanie, które można nazwać „spadkobiercą pojedynków na obelgi”, gdyż trzeba najpierw poznać odpowiednio dużo min, aby potem móc z nich tworzyć swoje własne kombinacje. Co prawda taka rywalizacja jest raptem jedna, ale nie znaczy to, że w dalszej rozgrywce umiejętność pokazywania głupich wyrazów twarzy się nie przydaje, o nie. Otóż bowiem kilka razy dzięki niej uda się np. zdobyć potrzebne informacje lub zmusić kogoś do wykonania określonej czynności. Oczywiście nie brakuje również zadań inwentarzowych, które podobnie jak te wcześniej opisane, są logiczne. Jak widać, wyzwań dla szarych komórek gracza jest pod dostatkiem i nikt nie powinien na nie narzekać, bo projektując je, ekipa Telltale Games wykonała kawał dobrej roboty.

Równie dobry był humor. Jest to jeden z elementów, z których słynie seria Monkey Island i po raz kolejny go nie zabrakło. Ciężko mi jest przypomnieć sobie jakiś najśmieszniejszy moment, bo było ich całe mnóstwo. Praktycznie co chwila rozśmieszały mnie a to teksty Threepwooda albo jakiejś innej postaci, a to zabawna sytuacja, a to coś innego. Wiem, że ten tekst nie jest w stanie oddać choćby 1% humoru zawartego w tej grze, ale wystarczy spojrzeć na galerię z tego tytułu – wiele z tych obrazków przedstawia coś śmiesznego, np. zabawną kwestię lub komentarz. Było też oczywiście sporo nawiązań do „realnego” świata, np. do popularnego serwisu aukcyjnego, które jeszcze bardziej uatrakcyjniały rozgrywkę.

Obrazek

A skoro o atrakcyjności mowa, to cóż na nią tak nie wpływa jak oprawa graficzna? Ta, która jest w tym tytule, to po prostu rozkosz dla oczu. I nie chodzi tylko o to, że jest o niebo lepsza niż ta z „Escape from Monkey Island”, bo to jest zrozumiałe – w końcu te gry dzieli dziewięć lat, co w świecie komputerowej rozrywki jest bardzo długim okresem. Chodzi o to, że dziś, osiem lat po premierze, dalej wygląda świetnie. Te krajobrazy, widoki z bliska i daleka, budynki, drzewa, morze, statki i wszystko inne zachwyca swym wykonaniem, sporą ilością szczegółów oraz nasyceniem kolorów. A do tego bardzo dobrze wykonane i animowane postacie. Chyba nie muszę dodawać, że największe wrażenie zrobiła na mnie Elaine (szczególnie w tej czarnej kreacji z rozdziału piątego – miodzio!), ale Morgan też prezentowała się bardzo dobrze. Niczego nie mogę zarzucić również męskim bohaterom, którzy przecież stanowili zdecydowaną większość – każdy z nich ma wygląd pasujący zarówno do cech ich charakteru, jak i sprawowanych funkcji np. Wallace P. Grindstump, który jest właścicielem klubu i jednocześnie miejscowym sędzią. Również przerywniki filmowe są świetne. Podsumowując wrażenia wizualne, można powiedzieć tylko jedno – graficy spisali się fantastycznie!

Co więcej, podobne zdanie można powiedzieć o specach od muzyki, dźwięku oraz o aktorach użyczających swych głosów. Wśród tego, co płynie z głośników, nie mogło oczywiście zabraknąć motywu przewodniego znanego z poprzednich odsłon, jest też parę nowych kawałków. Do tego dochodzą wszelakie odgłosy przedmiotów, otoczenia, przyrody itd., które brzmią naturalnie. Świetnie dobrano również osoby do dubbingu, i to nie tylko głównych bohaterów, ale również postaci pobocznych. Dla przykładu głos takiego Murraya – słychać w nim tę żądzę krwi, przemocy, tortur, złośliwość i wszystko inne, z czego znana jest ta gadająca czaszka. Jak dla mnie – rewelacja!

Jeśli idzie o interfejs i sterowanie, to aż tak dobrze nie było, ale to nie znaczy, że było źle. Co prawda niektórym graczom przeszkadzać może poruszanie się za pomocą kombinacji WSAD na klawiaturze, a nie myszą, ale nie powinno ono nikomu sprawiać większych trudności, bo dość szybko można się do niego przyzwyczaić. Podobnie jest z ekwipunkiem i korzystaniem z jego zawartości. O ile samo umiejscowienie go po prawej stronie ekranu może być na początku (i tylko na początku) dezorientujące, to już łączenie przedmiotów jest nieco upierdliwe. Otóż bowiem zamiast klasycznego przeciągania jednej rzeczy na drugą, trzeba obie umieścić w specjalnych polach, a potem kliknąć znak plusa. Może to i jest oryginalne rozwiązanie, ale to standardowe jest z tych „znanych i lubianych”, a tym samym lepsze.

Obrazek

Na koniec tradycyjnie kilka słów o polonizacji. Na początku trzeba zaznaczyć, że jest nieoficjalna i została stworzona przez ekipę z portalu „Graj po Polsku”. Generalnie jest ona dobra, choć do doskonałości nieco jej brakuje. Zdarzają się bowiem wpadki takie jak angielskie słowa w polskich podpisach, są też literówki i jakieś inne dziwne „wstawki” np. ciąg cyfr i nawias, oraz drobna niekonsekwencja w menu głównym – raz jedna z opcji jest przetłumaczona jako „Wznów Grę”, by w innym rozdziale było „Kontynuuj Grę”, ale zdarzają się one naprawdę rzadko. Poza tym tekstu do tłumaczenia było dużo, więc uniknięcie wszystkich niedoróbek graniczyłoby wręcz z cudem. Nie mam więc o nie większych pretensji, choć oczywiście byłoby lepiej, gdyby ich nie było. Lekkie zastrzeżenia mam za to do tłumaczenia tytułu, które brzmi „Opowieści z Wyspy Małp”. Osobiście wolałbym, aby było „Opowieści z Małpiej Wyspy” albo „Opowieści z Wyspy Małpy”. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta – w angielskim tytule każdej z części serii jest wyrażenie „Monkey Island”, a nie „Monkeys Island”, czyli słowo „małpa” jest w nim w liczbie pojedynczej, a nie mnogiej. To jednak szczegół, który nie będzie mieć wielkiego (a właściwie to żadnego ;) ) wpływu na ocenę końcową.

Ta zaś może być tylko jedna – ta gra jest naprawdę rewelacyjna. Ciekawa fabuła, która przykuwa do monitora na kilkanaście godzin, świetne zagadki, humor oraz oprawa audiowizualna, która zachwyca pomimo upływu lat. Czy można chcieć więcej? Owszem można i chcę – kolejnej gry z serii. Nie wiem, czy ona kiedykolwiek powstanie, ale jest to możliwe, bo po napisach końcowych ostatniego odcinka jest animacja, która daje na to nadzieję. I będę nią żyć jeszcze długo i jeśli ona nigdy nie powstanie, to będę nieco tego żałować. To jednak nie jest ten żal, o którym pisałem we wstępie, bo tamten dotyczył innej kwestii – tego, że tę grę ukończyłem DOPIERO osiem lat po jej premierze. Mea culpa, mea maxima culpa...

OCENA GRY 10/10

ZALETY:

+ fabuła
+ długość rozgrywki
+ zagadki
+ humor
+ grafika
+ oprawa audio

WADY:

- drobne niedoróbki w polonizacji
- dla niektórych sterowanie z klawiatury

Obrazek
Czasem trzeba się cofnąć, aby móc pójść dalej.
Moja lista gier ukończonych
W sprawach forum i www piszcie: adam_ok(at)przygodomania.pl

Wróć do „Tales of Monkey Island”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość