Jolly Rover - recenzja

Awatar użytkownika
Adam_OK
Moderator
Posty: 2435
Rejestracja: 24 lutego 2013, 10:28
Lokalizacja: Ząbki koło Warszawy
Podziękował(a): 34 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 31 razy
Płeć: Mężczyzna

Jolly Rover - recenzja

Postautor: Adam_OK » 23 czerwca 2013, 18:51

Obrazek

Nagłówki wielu gazet, wiadomości radiowe i telewizyjne przekonują nas, że życie jest szare, bure, pełne różnych tragedii i cierpienia. Zdarzają się co prawda wyjątki, jak choćby reklama emitowana kilka lat temu, która mówiła, że „wesołe jest życie staruszka”. Na szczęście nie tylko jego, o czym od ponad dwudziestu lat przekonuje nas seria gier przygodowych „Monkey Island”. Inspirację tym cyklem wdać wyraźnie w dziele studia Brawsome pt. „Jolly Rover”, które niedawno zagościło na moim dysku. Jakie wrażenie ten gość po sobie pozostawił? Tego dowiecie się, czytając ten tekst.

Głównym bohaterem opisywanej produkcji jest pies o imieniu Gaius James Rover, syn słynnego cyrkowego klauna – Jolly’ego. Ojciec naszego bohatera zginął w dość nietypowych okolicznościach, więc nasz młody psiak był wychowywany przez wuja. Przebywając na jego plantacji, Gajusz przypadkowo stworzył rum z domieszką tytoniu, który wkrótce po tym stał się bardzo cenionym i pożądanym trunkiem. Napój ten, nazwany na cześć ojca naszego alter ego „Jolly Rover”, zamówił w dużej ilości i zapłacił za niego z góry gubernator Da Silva. Dla naszego psa jest to okazja na zarobienie pieniędzy, więc wynajmuje statek, kompletuje załogę i wyrusza w podróż. Niestety, napadają na niego piraci i zabierają cały ładunek, co mocno komplikuje plany Gajusza. Plany te będą weryfikowane jeszcze wiele razy, za sprawą wspomnianych korsarzy, gubernatora, ale także pewnej suczki, którą poznamy w trakcie rozgrywki. Co z tego wyniknie, to lepiej zobaczyć samemu, nie chcę nikomu psuć zabawy, która jest naprawdę dobra. Fabuła gry i wydarzenia, które obserwujemy na ekranie potrafią zaciekawić i przykuć do monitora na długie..., no właśnie, wcale nie tak długie godziny. Ukończenie tego tytułu zajęło mi około pięciu godzin, co nawet jak na współczesne standardy jest wynikiem słabym. Co prawda można przejść tę grę jeszcze raz, starając się zdobyć większą ilość punktów niż za pierwszym podejściem oraz znaleźć wszystkie bonusy (o tym za chwilę), ale nie daje to już takiej radości, bo wiadomo już, jaki będzie finał. Z drugiej strony – dobre rzeczy zawsze szybko się kończą, choć w tym przypadku dzieje się to zbyt szybko.

Skoro powiedziałem już o największej wadzie dzieła studia Brawsome, to czas wspomnieć o rzeczach lepszych i ciekawszych. Zaliczyć do nich można zagadki, choć niektórzy „weterani” przygodówek, szczególnie wielbiciele serii „Myst” i jej klonów, mogą czuć się nimi zawiedzeni. Ja się do nich nie zaliczam, szczególnie, że jak na tak krótką produkcję, „Jolly Rover” oferuje naprawdę sporo łamigłówek. Po pierwsze mamy zaklęcia Voodoo w kilku wariantach. Co prawda niektóre są podane w księdze, ale pozostałych trzeba się domyślić na podstawie np. ruchów małpki albo rysunków na kotle. Poza tym trzeba będzie też znaleźć właściwy kod, dzięki któremu dostaniemy się do domku na drzewie; przejść przez jaskinię – labirynt czy odnaleźć właściwą drogę w lesie. Do tego dochodzi jeszcze zadanie z odmierzeniem odpowiedniej miary wody, jaką trzeba wlać do kufla czy też dwukrotne powtórzenie sekretnego sposobu pukania do drzwi. Ilościowo więc sprawa przedstawia się co najmniej dobrze, a przyczepić się można jedynie do skali trudności, gdyż żadna z łamigłówek nie zatrzymała mnie na dłużej niż pięć minut. Oczywiście są też zadania, w których zbieramy i wykorzystujemy różne przedmioty, ale i one nie są trudne. Wynika to z dwóch faktów: po pierwsze przedmiot wykorzystany w pełni będzie podpisany białą czcionką, a nie w pełni – niebieską. Po drugie – wciskając i przytrzymując spację (od razu uspokajam – sterujemy myszą, bo to przedstawiciel klasycznego point and click), można podświetlić wszystkie aktywne punkty na planszy, przez co przeoczenie czegokolwiek jest praktycznie niemożliwe. Z jednej strony to dobrze, bo kto lubi, jak się gdzieś utknie i potem przez dwie godziny nie może się ruszyć naprzód? Z drugiej – przygodówki to gry, które powinny zmuszać swych odbiorców do większego wysiłku umysłowego, a gdy takiego wysiłku nie trzeba podejmować wcale, to wspomniani odbiorcy mogą się poczuć zawiedzeni i rozczarowani. I mi takie niewielkie rozczarowanie towarzyszy, głównie za sprawą poziomu (nie)trudności gry.


Obrazek

Ten poziom można sobie samemu nieco zwiększyć, jeśli zechcemy zdobyć wszystkie wspomniane nieco wcześniej bonusy. Mamy ich trzy rodzaje, a za każdy z nich są inne nagrody. Pierwszy z nich to flagi – są trzy do znalezienia, przy czym każda jest na innej wyspie i każda składa się z czterech fragmentów. Jako nagrodę przewidziano krótką biografię trzech pirackich kapitanów, jakich spotkamy podczas zabawy. Drugi bonus to srebrniki – maksymalnie można zdobyć ich 24 (mnie się udało 23), a za każde trzy przewidziano premię w postaci dodatkowej ścieżki dźwiękowej. Można też wygrać dodatkowe grafiki i arty z produkcji, ale aby je otrzymać należy zebrać odpowiednią ilość krakersów (jedna grafika za 9 ciastek, zwykle znajduje się je po trzy naraz; maksymalnie do zdobycia jest ich 90). Jak wiadomo, jest to przysmak papug, a że te ptaszyska są nieodłącznymi towarzyszami piratów, więc i my będziemy mieli styczność z jednym takim gadającym, opierzonym stworzeniem. Juan (tak się ten ptak nazywa) dołączy do nas już na początku rozgrywki i będzie się nieraz odzywał (często nieproszony), oferując (za wspomniane ciasteczka) podpowiedzi. Można z nich skorzystać, ale jeśli nie zrobimy tego ani razu przez całą historię, to na końcu otrzymamy specjalną premię. Są to łupy (w końcu cóż to za pirat bez łupu?), które dostaniemy także np. za kilkukrotne ogłuszenie strażnika kokosem, wykorzystanie żółwia morskiego jako środka transportu czy zdobycie maksymalnej ilości wspomnianych wcześniej flag, srebrników i krakersów. Jak widać, pod tym względem różnorodność jest naprawdę duża i uatrakcyjnia to znacznie rozgrywkę.

Atrakcyjnie wygląda również oprawa graficzna, szczególnie dla tych, którzy nie przepadają za 3D. Tutaj mamy kreskówkowy, bajkowy świat tropikalnych mórz i wysp na nich położonych. Większość czasu spędzimy na trzech z nich – Groggy Island, Cannibal Island i Shipwreck Island, gdzie będziemy odwiedzać takie lokacje jak bar dla piratów, fort, las, domek na drzewie, jaskinie i wiele innych. Różnorodność wśród odwiedzanych przez nas miejsc jest naprawdę duża, ale nie są one zbyt rozbudowane, przez co dokładne ich zbadanie zajmuje zaledwie chwilkę lub dwie. Nie warto się za bardzo spieszyć, lepiej się na trochę zatrzymać, aby podziwiać widoki. A jest co podziwiać, bo wszystkie wymienione przeze mnie miejsca są naprawdę ładnie wykonane – wszystko jest kolorowe, barwy są żywe i nasycone, dzięki czemu ogląda się to z prawdziwą przyjemnością. Podobnie jest z przerywnikami filmowymi, na których można m.in. poznać ojca naszego bohatera i dowiedzieć się kilku ciekawostek o nim i o Gajuszu, które sprawiają, że wrażenie, jakie pozostawia po sobie oprawa wizualna jest jeszcze lepsze.

Do kompletu brakuje już tylko opisu wyglądu postaci, a ten również należy ocenić pozytywnie. Głównym czynnikiem za tym przemawiającym jest fakt, że każdy bohater i bohaterka gry prezentuje się tak, jakby miała ludzkie cechy. I nie chodzi mi tu o postawę wyprostowaną czy to, że chodzą oni w ubraniach (w końcu jak często na ulicy widać psa w kubraczku czy w spodniach), ale o charakter i osobowość – ich twarze doskonale je oddają, dzięki czemu każdy z nich jest niepowtarzalny, a jednocześnie pasujący do innych napotkanych przez Gajusza osób. Jak dla mnie, grafika w tym tytule jest jedną z najmocniejszych stron.


Obrazek

Do atutów tej produkcji zaliczyć też trzeba muzykę – mamy sporo ciekawych kawałków, które towarzyszą nam podczas zabawy. Jedne są szybsze, dynamiczniejsze, bardziej naładowane energią, inne – ciche, spokojne i ledwo słyszalne, ale wszystkie brzmią tak, jak powinny. Może nie zapadną one nikomu na długo w pamięć, ale na pewno bez nich ta produkcja byłaby dużo uboższa. Jeśli komuś któryś motyw przypadnie bardziej do gustu, to może go posłuchać w dowolnym momencie, gdyż dostępne są wszystkie jako pliki mp3 na płycie z grą.

Nieco słabiej wypada kwestia głosów postaci, a szczególnie jednej z nich. Nie jest nią nasz główny bohater, bo jest on bardziej artystą cyrkowym niż piratem i aktor go dubbingujący dobrze się wcielił w tę rolę. Podobnie jest z pozostałymi osobami, poza jedną – gubernatorem da Silvą. Jako główny czarny charakter powinien mieć on wyrazisty, bardzo emocjonalny styl wypowiedzi, a jest… nijaki. Porównując go z Le Chuckiem – głównym antagonistą Guybrusha z serii, na której wzorowali się panowie z Brawsome – wypada bardzo blado. Ci, co grali w „Monkey Island” zapewne pamiętają ten głos, w którym można było usłyszeć zawistną radość, gdy udało się wpędzić Threepwooda w kłopoty albo żądzę zemsty, gdy ukochany Elaine się z nich wyplątywał (i to najczęściej w taki sposób, że Le Chuck bardzo źle na tym wychodził). A gubernator? Cóż, gdyby nie było widać tego na monitorze, to z tonu wypowiadanych przez niego słów nie można byłoby się domyślić, czy to on aktualnie jest górą, czy nie, a to dlatego, że mówił głosem flegmatycznym, wypranym z emocji. Trochę to przypominało chińskich sportowców na igrzyskach w Pekinie – stali na podium niemal na baczność, żadnego uśmiechu, pomachania ręką do widowni, radosnych podskoków itp.


Obrazek

Być może w oryginalnej wersji językowej da Silva brzmi lepiej, ale tego nie umiem ocenić, bo na mój dysk trafiła wersja polska. Co więcej, tym razem polonizacja jest pełna, a więc obejmuje ona również wspomniany dubbing. Przyznam, że mnie to ucieszyło, bo ostatnimi czasy lokalizacje kinowe stały się tak popularne, że zacząłem się zastanawiać, czy rodzimi wydawcy pamiętają jeszcze, że istnieje inna opcja. Na szczęście przynajmniej jeden z nich zdawał sobie z tego sprawę i to wykorzystał. A efekt jest naprawdę dobry, bo poza wpadką z gubernatorem, innych nie dostrzegłem, zarówno w tym, co słyszałem, jak i w tym, co przeczytałem. Z tego wniosek, że warto było opóźnić nieco premierę „Jolly Rovera”, aby dopracować polonizację, bo efekt końcowy jest co najmniej udany.

Nim powiem, czy określenia „udany" można użyć do całej gry, kilka słów o inspiracji „Monkey Island”. Twórcy i wydawcy jej nie ukrywali, ba, nawet reklamowali ten tytuł tak, aby zachęcić wszystkich miłośników tej kultowej serii, aby „Jolly Rover” zagościł na ich komputerach. Trudno się im dziwić, bo opowieść o przygodach Gajusza wręcz ocieka nawiązaniami do dzieł Lucas Arts – od tematyki pirackiej, przez lokacje i wydarzenia aż po różne smaczki. W końcu niby skąd się wziął pomysł na wykorzystanie motywu Voodoo? A czy ten statek na dole w jaskini przypadkiem czegoś wam nie przypomina? Spójrzcie na screen poniżej i porównajcie (przypominając sobie MI 1), bo nie tylko scena czy miejsce, ale i okoliczności dotarcia do tego punktu w obu przypadkach są bardzo podobne. Poza tym mamy też (ubogie, ale zawsze jest) nawiązanie do pojedynków na obelgi, motyw kanibali i masek no i oczywiście sporą dawkę dobrego humoru. I nawet, jeśli któryś z tych elementów nie jest aż tak dopracowany, jak to było we wzorcu, to i tak dzięki panom z Brawsome można odbyć sentymentalną podróż w czasie. Trudno im się też dziwić, że nawiązali do przygód Guybrusha, w końcu jak się wzorować, to tylko na najlepszych, dlatego też zaliczę to do pozytywów.


Obrazek

Jak widać, ta gra ma wiele zalet, a jej wady (poza czasem rozgrywki) dotyczą kwestii technicznych. Z czystym sumieniem mogę więc polecić ten tytuł wszystkim miłośnikom gatunku, a szczególnie tym, którzy tak jak ja uważają serię „Monkey Island” za kultową. Dzięki grze „Jolly Rover” można przez chwilę poczuć atmosferę Małpiej Wyspy i choć będzie to tylko namiastka klimatu tamtej serii, to i tak warto sięgnąć po ten tytuł, bo aktualnie w sklepach nie ma lepszej pirackiej przygodówki.

OCENA GRY: 8/10

ZALETY:
+ fabuła
+ sporo zagadek
+ oprawa audio–wizualna
+ polonizacja
+ humor
+ inspiracje i nawiązania do „Monkey Island”
+ sterowanie

WADY:
- za krótka
- za prosta
- głos gubernatora da Silvy
Czasem trzeba się cofnąć, aby móc pójść dalej.
Moja lista gier ukończonych
W sprawach forum i www piszcie: adam_ok(at)przygodomania.pl

Wróć do „Jolly Rover”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość