Hitchcock: ostatnie cięcie - recenzja

Awatar użytkownika
vaapku
Administrator
Posty: 882
Rejestracja: 04 stycznia 2012, 08:56
Lokalizacja: Resovia
Podziękował(a): 17 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 9 razy
Płeć: Kobieta

Hitchcock: ostatnie cięcie - recenzja

Postautor: vaapku » 28 czerwca 2012, 00:55

Na dobry początek będzie publiczne wyznanie grzechów i samokrytyka. Nie widziałam żadnego filmu Alfreda Hitchocka. Niegodna jestem pisania recenzji gry poświęconej temu reżyserowi, nie wiem jednak, co to wstyd i recenzję bezczelnie napiszę.

Obrazek

Fabuła gry wydumana nie jest. Detektyw Joseph Shamley (nazwisko nieprzypadkowe, co można stwierdzić, jeśli się odpowiednio pogugla) zostaje poproszony o przeprowadzenie śledztwa. Podczas kręcenia filmu wzorowanego na dziełach Hitchcocka w niewyjaśnionych okolicznościach zniknęła cała obsada. Nasz bohater przyjeżdża na miejsce i zaczyna węszyć. A ponieważ bystry z niego człowiek, bardzo szybko dokonuje ciekawych odkryć. Zdecydowanie najczęściej odkrywa trupy - ścielą się one gęsto, można powiedzieć: trupów jak mrówków.
Jak zapewne nietrudno się domyślić (ale dla porządku to napiszę), Shamley nie dostał tego zlecenia przypadkiem. Gdy był dzieckiem, jego rodzice zginęli w wypadku samochodowym, a on sam od tego momentu zaczął mieć wizje. Teraz, po latach, nareszcie pozna prawdę dotyczącą śmierci najbliższych.
Teoretycznie wszystko jest jasne. Ktoś miał mordercze zapędy, a my: tu znajdziemy trupka, tam zabezpieczymy dowody, a w rezultacie - przyskrzynimy gagatka. W rzeczywistości jednak sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Jak już wcześniej zasygnalizowałam, zwłok w grze jest pod dostatkiem, nie braknie również podejrzanych. Na domiar złego nie obejdzie się bez sugestii, że "tego może i ktoś zabił, ale tamten to umarł przez przypadek, a ktoś tam jeszcze na pewno popełnił samobójstwo". W pewnym momencie ciężko się połapać, kto opuścił już ziemski padół, a kto jeszcze żyje i kto jest podejrzanym, a kto raczej ofiarą. Mój mózg ma ograniczoną pojemność i nawet po dwukrotnym przejściu tej przygodówki nie do końca ogarnęłam wszystkie wątki.


Ponieważ gra jest swojego rodzaju hołdem złożonym Hitchcockowi, nie brak tu nawiązań do niego i jego filmów. Na ścianach hotelowych pokoi mnóstwo jest plakatów reklamujących filmy mistrza. Pomocne, ale i upierdliwe ptaszysko, które przez jakiś czas nam towarzyszy, nosi wdzięczne imię Alfred. Z kart pozostawionych na stoliku możemy ułożyć nazwisko bohatera filmu Psycho. Takich ciekawostek jest w grze znacznie, znacznie więcej, za co oczywiście ogromny plus. Twórcy poszli jednak jeszcze dalej. Do przygodówki włączono krótkie urywki filmów Hitchcocka, a grafikę i ujęcia kamery zrobiono zgodnie z zasadami, jakimi kierował się mistrz. Prawdę mówiąc owego zoomu Hitchcocka w grze nie zaobserwowałam (ale też obserwator ze mnie marny), ale skoro już mowa o pracy kamery, to mam do niej pewne zastrzeżenia. Były momenty, w których widok nagle kompletnie się zmieniał, co cholernie utrudniało sterowanie bohaterem (notabene do prowadzenia postaci używamy klawiatury, co jednak nie jest jakoś przesadnie uciążliwe). Kiedy pod koniec gry przenosimy ciężkie nagrobki, w pewnej chwili kamera ustawia się tak, że wykopane w szeregu doły na trumny są kompletnie niewidoczne - i traf tu człowieku po omacku w odpowiednie miejsce...
[tab=30]Skoro już mowa o utrudnieniach, muszę wypowiedzieć (napisać) dwa znienawidzone przez większość przygodomaniaków magiczne określenia: zręcznościówki i możliwość zgonu. Tu mamy i jedno i drugie, ale proszę się nie bulwersować - nie jest tragicznie. Najpoważniejsze wyzwanie może stanowić chodzenie po rusztowaniu (choć wyczytałam, że w wersji amerykańskiej ten moment gry jest pominięty). Wydaje mi się jednak, że w porównaniu ze zręcznościówkami przygotowywanymi nam przez twórców innych przygodówek, to jest akurat bardzo proste. Co do śmierci bohatera - to również nie jest szczególnie irytujące, gdyż zostajemy automatycznie cofnięci do momentu sprzed zgonu.



Pod względem graficznym jest tak, jak powinno być: szaro, ponuro, smutno i w ogóle jakoś tak nieprzyjemnie. Budynki są odrapane, a wnętrza - schludne, ale też niespecjalnie optymistyczne. Na niebie ani ćwierć słońca, jak okiem sięgnąć tylko szare chmury. Cała ta smętność idealnie pasuje do klimatu gry. Mam jednakże małe zastrzeżenie. Rozumiem, że cała okolica ma wyglądać na opuszczoną, ale myślę, że odrobinkę przesadzono - miejsce sprawia wrażenie zupełnie martwego. Drzewa są chyba z plastiku - ani drgną, a chmury prawdopodobnie zostały przyspawane do nieba. Aż dziw, że nieliczni pozostali przy życiu bohaterowie nie dostali depresji i nie rzucili się do morza.
[tab=30]Zupełnie nie wiem, jak oceniać oprawę dźwiękową. Z jednej strony - świetny dubbing i klimatyczny podkład muzyczny. Z drugiej - bywają momenty, że słowa padające z ust bohaterów nijak się mają do podpisów, zaś w kilku odwiedzanych miejscach zamiast muzyki pojawiają się dziwne charkoty.



Regułą jest, że recenzując grę przygodową, koniecznie trzeba poświęcić sporo miejsca zagadkom. A tych jest w Hitchcocku niemało. Będziemy rozbrajać bombę, układać tytuły filmów, piec ciasto czy dopasowywać nazwiska do pseudonimów. Ponadto przyjdzie nam przeszukiwać hotelowe pokoje w poszukiwaniu wskazówek oraz oczywiście zbierać i wykorzystywać przedmioty. Niestety, liczba moich zastrzeżeń do tych wszystkich zadań jest długa. Po pierwsze, w grze jest mnóstwo błędów. Nie wiem, od czego to zależy, ale na cztery próby rozbrojenia bomby, tylko jedna zakończyła się u mnie tak, jak powinna. W pozostałych przypadkach traciłam możliwość interakcji z przedmiotami w pokoju. Mijał mój czas, jednak bomba nie wybuchała. Takie sytuacje zdarzały się zresztą znacznie częściej. Do tego podpowiedzi do zagadek podsuwane są graczowi pod sam nos. Potrzebujesz kodu do paska? Jest wypisany na plakacie w tym samym pokoju. Nie wiesz jak ustawić kompas? Książka z podpowiedzią jest na półce wyżej. Bleh. Pisałam już, że mam mały mózg, ale bez przesady.
Kolejna sprawa to czynności, które nie wnosiły nic do gry. W każdym niemal pokoju była Biblia, a w niej zaznaczony jakiś fragment tekstu. Przeczytałam każdy. Po co? - nie wiem. Przeznaczenia niektórych zebranych przedmiotów nie znam do tej pory (a niektóre odgadłam dopiero za drugim podejściem do gry). Niedługo przed końcem dostajemy dwie karty magnetyczne, które (prawdopodobnie) nie otwierają żadnych drzwi. Niektórych pokoi nie trzeba zresztą w ogóle przeszukiwać - nie ma to wpływu na ukończenie przygody. Generalnie rzecz biorąc gra jest mocno niedopracowana. Detektyw niejednokrotnie mi uciekał - po wyjściu z jakiegoś budynku zaczynał biec co sił w nogach, a zatrzymywał się dopiero kilka plansz dalej... W tym momencie przypomniał mi się jeszcze jeden drobiazg, który serdecznie mnie ubawił - główny bohater powinien koniecznie zrezygnować z bycia detektywem i przerzucić się na sport - jestem przekonana, że na setkę biega szybciej niż Usain Bolt (animacja biegu jest powalająca).

Reżyser, któremu poświęcona jest recenzowana gra powiedział kiedyś, że dobry film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć. Hitchcock: ostatnie cięcie zaczyna się, owszem, od małego trzęsienia (a konkretnie: od nawału trupów), ale później atmosfera kompletnie siada. To, co zapamiętam z zabawy z tą przygodówką, to niestety przede wszystkim spora ilość błędów i (dziwnie to zabrzmi) prosta, ale skomplikowana fabuła. Gdyby mnie ktoś zapytał, nie umiałabym składnie opowiedzieć, kto był kim w tej grze. Nie bawiłam się może najgorzej, ale powstało już wiele znacznie lepszych przygodówek - ta jest zwykłym przeciętniakiem. 6/10
Tego jeszcze nie grali.
vaapku(at)przygodomania(kropa)pl

Wróć do „Hitchcock: ostatnie cięcie”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość