Gabriel Knight 3: krew świętych, krew potępionych - recenzja

Awatar użytkownika
Adam_OK
Moderator
Posty: 2565
Rejestracja: 24 lutego 2013, 10:28
Lokalizacja: Ząbki koło Warszawy
Podziękował(a): 44 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 33 razy
Płeć: Mężczyzna

Gabriel Knight 3: krew świętych, krew potępionych - recenzja

Postautor: Adam_OK » 09 czerwca 2013, 18:08

Obrazek

O serii gier spod znaku Sierry można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest mało różnorodna. Po pierwsze jest tak ze względu na trzy różne techniki, w jakich wykonano wszystkie trzy części. Po drugie – każda z nich toczy się w innym zakątku świata. Najpierw był Nowy Orlean i Afryka, potem Niemcy, a w ostatniej odsłonie jest małe francuskie miasteczko i jego okolice. Jeśli ciekawi was, czy będzie po trzecie – każdej z nich wystawiłem inną ocenę – to zapraszam was do lektury tego tekstu.

Akcja tej części przygód Schattenjägera toczy się w Rennes le–Chateau, cztery lata po sprawie znanej z „The Beast Within”. Gabriel trafia tutaj, gdyż on i Grace dostali nowe zadanie. Mają oni ochraniać synka księcia Jamesa, potomka rodu Stewartów. Książę zwrócił się do Łowcy Cieni, gdyż zaczęli go nachodzić nieproszeni goście - Nocni Goście. Są to istoty mające cechy wampirów, więc aby je pokonać, książę potrzebował wsparcia. Niestety, para naszych bohaterów początkowo nie spełnia pokładanych w nich nadziei. Efekt? Najmłodszy ze Stewartów – Charles – zostaje porwany, a Gabriel traci przytomność. Ostatnie, co słyszy to „San Greal”. Po obudzeniu się w hotelowym pokoju we wspomnianym miasteczku (zawiózł go tu taksówkarz, który znalazł go na stacji kolejowej w sąsiedniej Couizie), Mr Knight próbuje powiązać porwanie z usłyszanymi słowami. Oznacza to zgłębianie tajemnic templariuszy, legendy arturiańskiej oraz plotek o skarbie znajdującym się gdzieś w pobliżu. Oczywiście, podobnie jak w poprzednich częściach, tak i tutaj autorką scenariusza jest Jane Jensen. I tak jak poprzednio efekt jest świetny – zakręcona fabuła, sporo zwrotów akcji oraz historia z pogranicza archeologii i religii. Poza tym spora część napotkanych postaci ma swoje drugie, skrywane przed światem, oblicze. Co ciekawe, wśród nich jest znany z pierwszej odsłony serii detektyw Mosely. Cóż za tajemnicę on skrywa i jaki ma ona związek z głównym wątkiem opowiedzianej tu historii? Tego lepiej dowiedzieć się samemu, więc jeśli ktoś jeszcze nie miał okazji zapoznać się z tym tytułem, to niech zrobi to jak najszybciej.


Obrazek

Sporym atutem zachęcającym do sięgnięcia po tę produkcję są również zagadki. Zadowalająca jest zarówno ich ilość, jak i jakość. Najwięcej łamigłówek związanych jest z analizą mapy. Wykonujemy to na komputerze z systemem zwanym „Sidney”. Dzięki niemu można zaznaczyć na wspomnianej mapie różne punkty, które program potem „przemieli” np. pod kątem powiązania tych punktów z różnymi figurami geometrycznymi. Poza tym „Sidney” zanalizuje różne dokumenty, odciski palców, nagrania, zdjęcia i wiele innych rzeczy, które będziemy kolekcjonować podczas naszej przygody. Są też inne zadania, takie jak pewien rodzaj szachów, w jakie zagramy pod koniec zabawy. Niestety, tradycyjnie dla tego cyklu, napotkamy również zręcznościówki. Początkowo myślałem, że sytuacja, w której musimy zwabić Mose’a cukierkiem i zabrać mu paszport z kieszeni jest strasznie trudna i upierdliwa. Sporo później przekonałem się, że tylko tak mi się wydawało, a to za sprawą pewnego wahadła. Na jego końcu było wielkie ostrze, które poszatkowało mnie co najmniej kilkanaście razy, nim udało mi się z nim wygrać, czyli złapać je, nim ono złapało mnie. Naprawdę, miałem już dosyć tej zręcznościówki i chciałem przez nią rzucić grę w diabły, ale ponieważ było to tuż przed finałem, więc ciekawość jego ujrzenia zmusiła mnie do walki z tym wielkim ostrzem. Oczywiście za fakt zaimplementowania zręcznościówek odejmę trochę punktów z oceny końcowej.

Podobnie będzie z grafiką. Nie chodzi mi o to, że mamy tu znienawidzone przez wielu 3D, albo że w obecnych czasach gra sprzed 10 lat wygląda jak skamielina. Chodzi o pewną kwestię częściowo związaną również ze sterowaniem. Otóż, jeśli chcemy przejść z jednej lokacji do innej i ustawimy kamerę bardzo blisko owego przejścia, to możemy zobaczyć, że Gabriel albo Grace (tak, tu ponownie mamy dwie grywalne postacie) zamiast tyłu głowy mają wielką dziurę. Poza tym w kwestiach wizualnych nie mam większych uwag. Owszem, postacie (szczególnie na zbliżeniach) są kanciaste, ale ze względu na wspomniany wcześniej wiek gry, można to wybaczyć. Jeśli zaś chodzi o miejsca, jakie odwiedzamy, to przygotowano je naprawdę starannie (wiele obiektów jest bardzo wiernym odwzorowaniem istniejących budynków, ulic itp.) i nie ma się do czego przyczepić. Również przerywniki filmowe stoją na wysokim poziomie i nawet dzisiaj robią pozytywne wrażenie. Krótko mówiąc – dobra robota!

Teraz będzie parę słów o pozostałych aspektach technicznych. Zacznę może od oprawy audio, którą uważam za dobrą. Muzyczka jest miła dla ucha i bardzo klimatyczna. Widać, a raczej słychać, że została stworzona w oparciu o to, co słyszeliśmy już wcześniej. Przykładowo motyw znany z „Grzechów Ojców” z księgarni Gabriela słychać teraz w hotelowym pokoju podczas pracy z „Sidneyem”. Nie jest to dla mnie wada, przeciwnie - miło jest przypomnieć sobie niektóre kawałki. Co do dźwięków to też nie mam żadnych krytycznych uwag, gdyż reprezentują one odpowiedni poziom.


Obrazek

Odnośnie do sterowania, to wspomniałem już, że znów kierujemy poczynaniami dwóch osób, na zmianę są to Gabryś i Grace. Interfejs jest stosunkowo prosty, ale ma pewne wady. Po pierwsze – chcąc wziąć coś z ekwipunku, nie wystarczy wejść w zawartość kieszeni i zaznaczyć interesującą nas rzecz. Trzeba bowiem albo wcisnąć klawisz „Esc”, albo kliknąć na opcji „wyjdź” (z ekwipunku, nie z gry). Po drugie – trochę dziwny jest sposób poruszania się postaci, gdyż zależy on od ustawienia kamery. Otóż, jeśli na ekranie widać naszą postać i chcemy aby przeszła ona z punktu A do punktu B, to klikamy LPM w punkcie B, a nasze alter ego tam się uda. Brzmi normalnie, prawda? Owszem, ale jeśli klikniemy LPM w punkcie B przy takim widoku, że Gabriela/Grace nie ma na ekranie, to dosłownie pół sekundy później pojawi się on/ona w wyznaczonym miejscu. Można wręcz powiedzieć, że się tam nasza postać teleportowała. W sumie jest to niespotykane (bo w zasadzie to poruszamy kamerą, a nie bohaterem), ale często z tego korzystałem, gdyż nasi herosi łażą bardzo ślamazarnie.

Powinienem teraz jeden akapit poświęcić polonizacji. Będzie on jednak bardzo krotki, bo poważniejszych błędów w lokalizacji nie znalazłem. Dodam jeszcze, że przetłumaczono tylko napisy, a wszystkie postacie mają oryginalne głosy. W związku z tym osoby, które nie lubią polskiego dubbingu, poczują się tu jak w raju.

Podsumowując, ostatnia (jak na razie) część serii nie zawodzi. Intrygująca fabuła, ciekawe zagadki i dobre wykonanie nawet dziś zrobią wrażenie na niejednym graczu. Szkoda tylko, że znów parę drobiazgów, których można było uniknąć, zadecydowało że tytuł ten nie dostanie ode mnie maksymalnej noty. Mimo tego zachęcam tych, którzy jeszcze nie grali w „Krew Świętych, Krew Potępionych” do sięgnięcia po ten tytuł, bo warto.


OCENA GRY: 8/10

ZALETY:

+ fabuła
+ zagadki
+ oprawa audio–wizualna
+ polonizacja

WADY:
- zręcznościówki (szczególnie wahadło)
- błąd z „dziurawymi głowami”
- trochę niedopracowane sterowanie

Obrazek
Czasem trzeba się cofnąć, aby móc pójść dalej.
Moja lista gier ukończonych
W sprawach forum i www piszcie: adam_ok(at)przygodomania.pl

Wróć do „Gabriel Knight 3: krew świętych, krew potępionych”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość