The beast within: tajemnica Gabriela Knighta - recenzja

Awatar użytkownika
Adam_OK
Moderator
Posty: 2605
Rejestracja: 24 lutego 2013, 10:28
Lokalizacja: Ząbki koło Warszawy
Podziękował(a): 54 razy
Otrzymał(a) podziękowania: 33 razy
Płeć: Mężczyzna

The beast within: tajemnica Gabriela Knighta - recenzja

Postautor: Adam_OK » 09 czerwca 2013, 18:02

Obrazek

W swoim poprzednim tekście, a była to recenzja “A Vampyre Story”, wspomniałem że równolegle z w/w tytułem grałem również w drugą część serii spod znaku Sierry. Napisałem też wtedy co nieco o moich odczuciach jej dotyczących. Teraz przyszedł czas, aby dokładniej przyjrzeć się kontynuacji przygód pewnego pisarza z Nowego Orleanu.

Otóż, po wydaniu jego najnowszej książki, w której opisał swe przygody znane z prequela, stan konta Gabriela znacznie się powiększył. Został on też m.in. właścicielem zamku w Niemczech, więc postanowił udać się tam, aby na miejscu załatwić wszelkie formalności spadkowe (po wuju Wolfgangu) i nie tylko. Z kolei Grace – jego współpracownica – miała w Ameryce pilnować interesu, jakim była księgarnia. Jak się nietrudno domyśleć, sytuacja zaczęła się komplikować. Pewnego wieczoru do zamku Schloss Ritter zapukała grupa wieśniaków domagająca się rozmowy z Schattenjägerem. Chcieli oni, aby Łowca Cieni zajął się sprawą brutalnych morderstw, do jakich doszło w ostatnim czasie. Ostatnią ofiarą była mała dziewczynka rozszarpana przez bestię. Być może zabiły ją wilki, które zniknęły niedawno z monachijskiego zoo, ale to tylko jedna z hipotez wymagających sprawdzenia. Gabriel ostatecznie zgadza się przyjąć to zadanie i udaje się do stolicy Bawarii. Będąc tam wysyła list do Grace, w którym informuje ją o całej sprawie. Ona zaś, zamiast siedzieć w księgarni, postanawia pojechać do Niemiec. Tam, podobnie jak najmłodszy z rodu Ritterów, przeżyje wiele przygód. Jak się one zakończą, to zależy od gracza, nie będę jednak zdradzał zbyt wielu szczegółów fabuły (która została podzielona na sześć rozdziałów) tym, którzy jeszcze nie mieli okazji zapoznać się z tą grą. Powiem tylko, że ona mnie osobiście bardzo zaciekawiła. Poza tym, aby poznać jej zakończenie spędziłem przed monitorem dobrych kilkanaście godzin, co w porównaniu ze współczesnymi produkcjami jest wynikiem rewelacyjnym.

Niestety, takiej samej opinii nie mogę wyrazić o zagadkach. Po pierwsze dlatego, że zadań logicznych tu praktycznie nie ma. Wyjątkiem jest jedynie sama końcówka gry, gdzie trzeba przejść pewien mini labirynt. Na początku zabawy trzeba też było „sfabrykować” pewne nagranie korzystając z dostępnych taśm; być może było też później coś, o czym zapomniałem, ale to i tak mało, za mało jak na tak długą zabawę. Po drugie – podobnie jak w części pierwszej, tak i tutaj mamy zręcznościówki. Najpierw w lesie, a później w wielkim finale rozgrywki. Szczególnie ta druga mocno dała mi się we znaki, gdyż powtarzałem ją ze dwadzieścia razy nim mi się udała (i to w sytuacji, gdy wydawało mi się, że znów nie wyjdzie). Pozostałe zadania, jakie przed nami postawili twórcy polegają na zbieraniu przeróżnej maści przedmiotów i wykorzystywanie ich w odpowiednich miejscach. Krótko mówiąc – przygodówkowy standard.


Obrazek

Swego czasu standardem był też pewien rodzaj oprawy wizualnej, wykorzystanej również i tutaj. Dla mnie była to pierwsza produkcja tego typu, dlatego tym bardziej mnie ciągnęło do niej, bo chciałem zobaczyć jak to się prezentuje. Teraz już wiem, że oprawa typu FMV (z ang. Full Motion Video), czyli z udziałem żywych aktorów jest interesująca. Jej plusem jest to, że mimika postaci, ich gestykulacja czy sposób poruszania się są naturalne. Teoretycznie można powiedzieć, aby dany aktor chodził, jakby połknął kij od szczotki, ale jest to wbijanie sobie samobója. Ktoś może zarzucić, że jak np. Gabriel i jakaś inna postać siedzą sobie w fotelach koło siebie, ale nie prowadzą rozmowy, to zaczynają się ”gibać” na boki i że wygląda to dziwnie. Z jednej strony będzie to prawda, ale z drugiej powiedzcie mi – czy siedząc w fotelu dłużej niż dziesięć sekund nie poruszycie ręką, nogą czy czymkolwiek innym ani razu? Nie? Cóż, ja bym nie potrafił tego zrobić, więc dla mnie takie „gibanie” się jest normalne. Bardzo dobrze wyglądają również wszelkie przerywniki filmowe, a jest ich całkiem sporo. Oglądając je wydawało mi się, że mam włączony telewizor, a nie komputer z grą. Jak dla mnie są one do dziś klasą samą w sobie. Jeśli zaś chodzi o lokacje, to nie mam tu nic do zarzucenia – wszystko wygląda tak, jak w rzeczywistości. Poruszając się po Monachium czy po innych miejscach miałem wrażenie, że sam tam jestem, że sam odwiedzam te wszystkie zamki, domy i muzea. Szkoda tylko, że te wszystkie widoki można podziwiać w mizernej rozdzielczości w postaci małego okienka na środku ekranu. A wszystko przez to, że nie ma opcji zwiększenia „rozdziałki”. Przyczyną tego stanu rzeczy może być fakt, że druga część przygód Gabrysia powstała kilkanaście lat temu. Można więc to zrozumieć, choć z drugiej strony szkoda, że nie ma takiej możliwości.

Zastosowanie techniki FMV i zaangażowanie aktorów wpłynęło również na oprawę audio. Zaletą takiego rozwiązania jest fakt, że każda postać mówi swoim własnym głosem, ma swój charakterystyczny akcent i styl wypowiadania się. Generalnie jest z tym dobrze, czasem tylko zdarzało się, że nasz bohater wypowiadał się nieco cicho i mało wyraźnie. Poza tym nie mam zastrzeżeń do muzyki czy dźwięków – stoją one na odpowiednio wysokim poziomie.


Obrazek

Czas teraz na podsumowanie interfejsu. Jest to typowe point and click, więc wszelkie możliwe czynności wykonujemy myszą. Nasz inwentarz jest dostępny na dole ekranu, a po jego bokach są różne ikony. Dzięki jednym możemy dokładnie obejrzeć nasze przedmioty lub też wziąć coś z naszego ekwipunku, drugi zaś zestaw ukryty jest pod obrazkiem wyglądającym jak okładka gry. Tu mamy menu główne, gdzie można się zapisać (slotów jest całkiem sporo), wczytać poprzedni stan rozgrywki itp. Poza tym można odsłuchać nagrań z poszczególnych rozmów, co jest przydatne, gdyż nie ma opcji wyświetlania napisów, co może sprawić kłopot tym, którzy słabiej znają angielski. Na szczęście język w tej produkcji nie jest aż tak trudny, aby nie dało się go zrozumieć z przekazu ustnego. Na koniec tego akapitu poinformuję o pewnym, bardzo miłym fakcie. Otóż w tej odsłonie Grace stała się równie ważną postacią, jak Gabriel. Świadczyć o tym może fakt, że przez (mniej więcej) pół rozgrywki to właśnie nią kierujemy. Dzięki temu jest ona bardziej urozmaicona i ciekawsza.

Podsumowując, opisywana tu gra jest produkcją bardzo udaną. Jej główną zaletą jest świetna fabuła, a oprócz niej do plusów można zaliczyć oprawę audio – wizualną, sterowanie i dwie grywalne postacie. Gdyby tylko było trochę więcej łamigłówek, ewentualnie gdyby nie było żadnych elementów czasowo – zręcznościowych mielibyśmy grę kompletną. Mimo tego uważam, że każdy przygodomaniak powinien się z nią zapoznać. Naprawdę warto.


OCENA GRY: 8/10

ZALETY:

+ świetna fabuła
+ dwie grywalne postacie
+ oprawa audio – wizualna
+ sterowanie

WADY:

- za mało zagadek
- zręcznościówki

Obrazek
Czasem trzeba się cofnąć, aby móc pójść dalej.
Moja lista gier ukończonych
W sprawach forum i www piszcie: adam_ok(at)przygodomania.pl

Wróć do „A Gabriel Knight mystery: the beast within”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość